Dobry czy nie dobry?

 


 „Dobry czy nie dobry?” – pytanie, które nagle staje się bardzo realne, gdy wkraczasz w świat wielkich portali i obietnic, które pachną szumem, ale często okazują się być mgłą. Na początku na głównej stronie Onetu pojawiła się informacja, że szukają ciekawych twórców, osób, które mogłyby wnieść świeże spojrzenie, kreatywność i energię, by reklamować się na ich portalu. Brzmiało to kusząco, niemal jak zaproszenie do ekskluzywnego klubu, gdzie Twoje słowa mogą dotrzeć do tysięcy, a może nawet milionów. Nie mogłem przejść obojętnie. Zgłosiłem się. W końcu kto nie chciałby sprawdzić, czy jego teksty, jego pomysły, jego styl są „dobre” w oczach tak wielkiego medium?

Obiecali, że każdy zgłoszony otrzyma zaproszenie na rozmowę – miało to być bez zobowiązań, czysta formalność. Nie oznaczało to wcale, że od razu zaczniesz pisać dla Onetu, że Twoje treści nagle wylądują na głównej stronie, ale dawało nadzieję na krok w świat, który wydawał się być poza zasięgiem zwykłego blogera. Słowa na ekranie wydawały się obiecujące, pełne powagi i profesjonalizmu. Każdy detal komunikatu brzmiał tak, że chciało się wierzyć w ten proces, w obietnicę możliwości.

Minęły dwa miesiące. Cisza. Przeszedłem przez wszystkie fazy: od podekscytowania, przez niepewność, po irytację. Miesiąc trzeci właśnie się zaczął i wciąż – nic. Żadnej wiadomości, żadnej reakcji. Zero kontaktu, zero informacji, nawet automatycznego maila. Papier, nawet wirtualny, przyjmie wszystko, jak się okazuje – obietnice, nadzieje, deklaracje – i nic z tego nie wynika. Ta cisza ma swoją wagę. Jest jak echo pustego pokoju, w którym Twoje nadzieje odbijają się bez odpowiedzi, w którym zaczynasz się zastanawiać, czy „dobry” w oczach portalu oznacza cokolwiek więcej niż cyfry, algorytmy i marketingowe frazesy.

Piszę o tym, bo to doświadczenie uderza w sedno tego, co w dzisiejszym świecie twórcy często odczuwają: brutalna prawda o tym, że media – nawet te największe – potrafią zignorować człowieka, jego pasję, jego czas i pracę. Nawet jeśli jesteś „dobry”, nie znaczy, że ktoś inny to doceni. Nawet jeśli wierzysz w swoje słowa, Twój głos może zniknąć w labiryncie kliknięć, statystyk i automatycznych filtrów.

To wstęp do refleksji, która będzie prowadzić mnie dalej w tym tekście: czym naprawdę jest „dobry”? Kto decyduje o wartości Twojej pracy, o tym, co zasługuje na uwagę, a co zostaje w cieniu? I wreszcie – jak radzić sobie z tym, że czasami nawet największe obietnice są tylko pustymi słowami? Bo ten artykuł nie będzie o sukcesie w oczach portali. Będzie o tym, jak sprawdzić siebie, swoje treści i swoje standardy w świecie, w którym papier przyjmie wszystko, ale realne docenienie to zupełnie inna historia.




 Nie ma nic bardziej frustrującego niż bycie „na liście” i jednocześnie poza światem, w którym chcesz być zauważony. To uczucie, gdy wiesz, że Twoja praca i Twoje słowa mają wartość, ale system, który obiecywał, że ją dostrzeże, po prostu milczy. Cisza staje się głośniejsza niż jakikolwiek komentarz czy odzew – jak echo w pustym, wirtualnym holu, w którym niby wszystko jest możliwe, ale w praktyce nic nie rusza się ani o milimetr.

W tej ciszy zaczynasz analizować każdy detal. Czy zgłoszenie było dostatecznie przekonujące? Czy może moja twórczość nie pasowała do strategii portalu? A może – co gorsza – nikt tam naprawdę nie ma zamiaru nikogo słuchać? I wtedy pojawia się gorzka świadomość: w świecie mediów cyfrowych „dobry” nie zawsze oznacza „wart docenienia”. W tym ekosystemie decydują algorytmy, statystyki klikalności i kaprysy osób decyzyjnych. Nawet najbardziej kreatywny pomysł może zostać stłamszony przez brak widoczności lub po prostu przez fakt, że Twoje zgłoszenie „nie wypadło dobrze” w ocenie kogoś, kto nigdy nie poznał Twojej pasji.

I tu dochodzimy do sedna: to doświadczenie uświadamia, że prawdziwa wartość nie pochodzi od platform ani wielkich portali, tylko od samego twórcy. Od nas, którzy piszemy, fotografujemy, nagrywamy – od ludzi, którzy inwestują w swoje pomysły czas, energię i serce. Można czekać na uznanie z zewnątrz, ale jeśli nie pojawi się ono w przewidywalnym czasie, trzeba je wziąć w swoje ręce. To nie jest banał, to prawda brutalna i nieubłagana: media, portale, algorytmy – wszystko to jest narzędziem, a nie gwarantem sukcesu.

W tym wszystkim pojawia się pytanie, które zresztą każdy twórca zna z autopsji: czy warto w ogóle czekać na „tak” od kogoś, kto i tak nie musi Cię zauważyć? Czy nie lepiej tworzyć i publikować na własnych zasadach, nawet jeśli to oznacza, że Twój głos nie znajdzie się na pierwszej stronie portalu, który miał być przepustką do sławy? Twórczość to coś więcej niż wirtualne potwierdzenie z algorytmu – to proces, pasja, decyzja, by zostawić po sobie ślad, nawet jeśli tylko wąskie grono osób to zauważy.

Przy tym wszystkim nie sposób pominąć aspektu psychologicznego. Cisza i brak odpowiedzi to test cierpliwości i samooceny. Każdy, kto choć raz wysłał zgłoszenie do dużego portalu lub agencji kreatywnej, wie, że czekanie może stać się obsesją – sprawdzasz skrzynkę mailową, odświeżasz stronę, analizujesz każdy sygnał, który może być odpowiedzią. I w tym momencie zaczynasz kwestionować samego siebie, swoje umiejętności, swój talent. Czy naprawdę jestem „dobry”? Czy moja twórczość coś znaczy?

A odpowiedź – i tu przychodzi lekcja najważniejsza – jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. „Dobry” to nie to, co ktoś Ci powie na ekranie portalu. „Dobry” to decyzja, by tworzyć mimo milczenia innych. „Dobry” to odwaga, by nie czekać na akceptację systemu, który w gruncie rzeczy jest obojętny na indywidualność twórcy. Bo w świecie, gdzie papier (nawet wirtualny) przyjmie wszystko, najcenniejsze jest to, co faktycznie wychodzi z serca i trafia do ludzi, którzy chcą to dostrzec.

To rozwinięcie pokazuje też, że sytuacja z Onetem jest jedynie symbolem szerszego problemu: platformy cyfrowe mają ogromną moc, ale ich władza nad oceną twórczości jest iluzoryczna w kontekście wartości samego dzieła. Można być ignorowanym przez największe media, a mimo to tworzyć coś, co realnie zmienia czyjeś życie, inspiruje lub zostaje zapamiętane. I w tym sensie każdy bloger, autor, twórca, który mierzy się z cyfrowym milczeniem, stoi przed tym samym wyzwaniem: znaleźć w sobie siłę, by kontynuować mimo ciszy, mimo algorytmów, mimo braku „odpowiedzi”.



I na końcu zostaje pytanie, które nie chce odejść, nawet gdy odchodzimy od komputera: co tak naprawdę oznacza być „dobrym”? Czy to ktoś decyduje na portalu, w agencji, w mediach społecznościowych, czy to my sami powinniśmy sobie przyznać tę ocenę? Cisza Onetu stała się symbolem czegoś znacznie większego – zwierciadłem, w którym każdy twórca może zobaczyć, jak naprawdę funkcjonuje świat cyfrowej selekcji. Świat, w którym papier przyjmie wszystko, a wirtualne obietnice smakują jak powietrze – lekkie, nieuchwytne i ulotne.

Bo „dobry” nie zależy od widoczności na pierwszej stronie portalu ani od tego, ile kliknięć zbierze Twój wpis. „Dobry” to decyzja, by tworzyć mimo braku potwierdzenia z zewnątrz, mimo że nikt nie nagradza, nie wyróżnia, nie odnotowuje. To siła, by nie zatracić się w algorytmach, w cyfrowych rankingach, w statystykach, które w gruncie rzeczy nigdy nie oddadzą wartości Twojej pracy. Dobry to ten, kto wciąż pisze, fotografuje, nagrywa, publikując nawet wtedy, gdy wirtualne echo pozostaje puste.

I tu kryje się lekcja, której nie da się przecenić: twórczość sama w sobie jest wartością. To, że portal milczy, nie oznacza, że Twoje myśli, teksty i obrazy są bez znaczenia. To, że nikt nie odpisuje, nie świadczy o tym, że nie są potrzebne. Bo prawdziwa siła twórcy leży w zdolności zauważenia własnej wartości, niezależnie od tego, co mówi świat zewnętrzny.

A jeśli Onet wciąż nie odpowiada, jeśli system nie wypełnia swoich obietnic – to dobrze. Bo twórczość, która zależy od potwierdzenia z zewnątrz, staje się więzieniem, a nie pasją. W ciszy, w milczeniu, w cyfrowym pustkowiu – tu rodzi się prawdziwa wolność. Tu powstaje treść, która nie jest dostosowana do algorytmu, lecz do ludzkiego odbiorcy, który szuka autentyczności, a nie reklamy.

W końcu „dobry” nie oznacza popularny, nie oznacza doceniony, nie oznacza klikany. „Dobry” oznacza konsekwentny, odważny, świadomy swojej wartości. Ten, kto potrafi stworzyć coś prawdziwego mimo braku uznania, mimo milczenia, mimo cyfrowych barier, zostaje na zawsze. Papier przyjmie wszystko, ale prawdziwe dzieło przetrwa ciszę i algorytmy. I w tym właśnie tkwi sedno – wartość twórcy nie jest determinowana przez system, lecz przez niego samego.

Tak więc, jeśli czekasz na odpowiedź portalu, na potwierdzenie, na „dobry” od kogoś z zewnątrz – pamiętaj: najważniejsze jest, byś Ty sam wiedział, że jesteś „dobry”. I że Twoja twórczość, niezależnie od wszystkiego, ma znaczenie. Nawet jeśli papier przyjmie wszystko, a wirtualna strona milczy.

Komentarze

  1. Zacznę ogólnie, od tego, że trzeba pogodzić się z faktami. Nie każdy może być geniuszem. Większość z nas jest zwyczajnie przeciętna ... i choć brzmi pesymistycznie, to z perspektywy statystyki i psychologii społecznej po prostu jest to opis rzeczywistości. Przeciętność nie oznacza jednak ani braku wartości, ani bycia gorszym. Niestety współcześnie promowana przez media kultura celebrytów i sukcesu promuje narrację, że każdy może być wyjątkowy i odnieść sukces, co często prowadzi niestety ludzi do przesadnej pewności siebie i oczekiwania podziwu, nawet przy braku wybitnych dokonań. Co w efekcie kończy się tym, że osoby, które uwierzyły w swoją wyjątkowość, boleśnie zmagają się z rozczarowaniem, gdy otoczenie nie potwierdza ich niezwykłości. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno narcyzm dotyczył głównie jednostek, a dziś mówi się już o "epidemii narcyzmu" w kulturze indywidualizmu. Cóż kiedy brak adekwatnego obrazu własnego " ja " pojawia się tendencja do przeceniania swoich możliwości. Oczywiście masz rację, że każdy z nas potrzebuje "głasków", bycie docenionym to jedna z naszych podstawowych, uniwersalnych potrzeb. Bardzo słusznie podkreśliłeś , że mimo tego, że w naturalny sposób pragniemy uznania z zewnątrz to równie ważne / o ile nie ważniejsze/ jest nauczenie się doceniania samego siebie – chwalenie się za codzienne małe sukcesy i bycie dla siebie dobrym... szczególnie po porażkach. Kończąc ...myślę, że najlepiej robić swoje ... tak by samemu być z tego zadowolonym a nie z myślą o sukcesie i laurach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz sporo racji, szczególnie w tym, że zderzenie wyobrażeń o własnej wyjątkowości z rzeczywistością potrafi być bolesne. Tylko mam wrażenie, że problem nie leży w samej „przeciętności”, ale raczej w tym, jak ją rozumiemy. Bo można być statystycznie przeciętnym, a jednocześnie mieć sensowne życie, relacje i rzeczy, które naprawdę wychodzą nam dobrze — i to wcale nie jest mało.

      Z tą „epidemią narcyzmu” też bym trochę uważał. Jasne, widać w sieci dużo pompowania ego, ale z drugiej strony mnóstwo ludzi zmaga się raczej z niedowartościowaniem niż z jego nadmiarem. Czasem to całe pokazywanie się i udowadnianie swojej wartości to bardziej przykrywka niż realne przekonanie o własnej wielkości.

      Najbardziej trafia do mnie to, co napisałeś na końcu — żeby robić swoje i szukać satysfakcji w tym, co się robi, a nie w samym uznaniu. Bo paradoksalnie, im mniej człowiek goni za „laurami”, tym łatwiej mu zachować zdrowy dystans i nie rozpaść się przy pierwszym rozczarowaniu.

      Usuń
  2. Mam akurat pozytywne doświadczenie z Onetem chociaż sięga ono jakichś 16 lat wstecz. Zacząłem tworzyć mój blog prawie 18 lat temu. Wybrałem platformę blogową Onetu, bo i wybór wtedy był taki sobie. Z początku było cicho i spokojnie, a pierwszy komentarz przyjąłem z euforią. Któregoś dnia zaglądam na blog a tam informacja że jest 16.000 czytających mój ostatni tekst, a liczba ta cały czas rośnie. Nie wiedziałem o co chodzi, aż znalazłem link do mojego bloga na głównej stronie Onetu. Potem takie nagłówki z fragmentem tekstu i linkiem pojawiały się częściej. Tekst o świniobiciu w górach osiągnął 115.000 czytających. W jaki sposób ktoś dotarł do mojego bloga i dlaczego stałem się autorem polecanym? Tego nie wiem. Nikt nie kontaktował się w tej sprawie ze mną, nie mówiąc że moja działalność była całkowicie non profit. Potem onetowski blog zaczął ulegać awariom, a w końcu zapadła decyzja o likwidacji platformy blogowej. Miałem wtedy na liczniku prawie 2,5 miliona odwiedzin. Potem zamieszkałem na Bloggerze, ale nie uzyskałem już takiej popularności. Co to znaczy promocja. Mile wspominam, a najbardziej jeden komentarz pod tekstem o wspomnianym świniobiciu. Komentator napisał :
    Tym niemniej Hrabal to opisał to nieco lepiej.
    Serdecznie podziękowałem mu za komentarz, a taki komplement i porównanie nigdy już później mi się nie trafiło.
    Nie odkryłem przed Tobą tajemnicy funkcjonowania Onetu, ale powspominałem nieco.
    Mam nadzieję że mi wybaczysz.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie nagłe zainteresowanie czytelników to chyba marzenie każdego blogera – zwłaszcza bez żadnej wcześniejszej promocji czy kontaktu z redakcją. Muszę przyznać, że 2,5 miliona odwiedzin to robi wrażenie, a komentarz porównujący Twój tekst do Hrabala to prawdziwa wisienka na torcie – takie momenty zostają w pamięci na długo. Fajnie, że podzieliłeś się tym wspomnieniem, widać, że była to wyjątkowa przygoda w świecie blogowania

      Usuń
  3. Powiem krótko: warto być sobą i robić swoje, nawet jeśli nie osiągniemy czegoś, na co w danym momencie mieliśmy nadzieję. Słusznie napisałeś, że najważniejsze jest to co my sami o sobie myślimy :) A czymże jest sukces? To pojęcie względne. Sukcesem równie dobrze być fajnie napisany artykuł, z którego jesteśmy zadowoleni :) Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często gubimy się w tym, co inni uznają za sukces, a prawdziwa satysfakcja płynie z poczucia, że zrobiliśmy coś dobrze dla siebie. Czasem drobne rzeczy dają więcej radości niż wielkie osiągnięcia na pokaz

      Usuń
  4. Bardzo mocny i poruszający tekst — aż czuć tę frustrację, ale też dojrzewanie i przewartościowanie tego, czym jest „bycie dobrym” w świecie twórcy. Świetnie oddajesz kontrast między obietnicą a rzeczywistością oraz to, jak cisza potrafi wpływać na pewność siebie.
    Najbardziej wybrzmiewa jednak wniosek — że wartość twórczości nie zależy od zewnętrznej akceptacji, tylko od tego, co sam w nią wkładasz. I właśnie to zostaje najdłużej.
    Dziękuję za wizytę na moim blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten tekst naprawdę daje do myślenia. To ciekawe, jak czasem własne poczucie sensu i satysfakcji przewyższa wszystkie lajki czy pochwały z zewnątrz. Cieszę się, że dzielisz się tak szczerymi refleksjami – to inspiruje, żeby bardziej ufać sobie i własnej twórczości

      Usuń
  5. Dla mnie sukces to nie to co jest na pokaz. Sukces to co jest w sercu. Jak mawiał Mały książę, miej serce i patrzaj w serce. A reszta jest niczym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100%. Czasem zapominamy, że to, co naprawdę się liczy, to spokój wewnętrzny i poczucie spełnienia, a nie oklaski innych. Takie spojrzenie na sukces daje zupełnie inny komfort życia

      Usuń
  6. Może jestem inny niż typowy bloger, ale nie interesuję mnie pisanie np dla Onetu. To zupełnie nie moja bajka. Musiałbym się uczyć pisać na nowo - a nie chcę.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię całkowicie. Czasem lepiej trzymać się własnego stylu i pasji, niż dostosowywać się do schematów, które nie do końca do nas pasują. To, co autentyczne, zawsze znajdzie swoje grono odbiorców.

      Usuń
  7. Nie dziwię się Twojemu rozżaleniu, przecież ostateczna instancja oceniająca Twoją ewentualną przyszłą pracę nie siedzi w redakcji portalu, ale przed monitorem – to Ty i Twoja uczciwość wobec odbiorcy. Znasz swoją wartość. Życzę powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz całkowitą rację – czasem to, co naprawdę się liczy, to własne kryteria i poczucie odpowiedzialności wobec siebie, a nie opinia „zewnętrznej instancji”. Cieszy mnie, że mimo frustracji zachowujesz wierność własnym standardom – to w dzisiejszych czasach rzadkość

      Usuń
  8. Historia z Onet to tak naprawdę tylko przykład czegoś znacznie szerszego – zderzenia twórcy z systemem, który często bardziej „liczy” niż „słucha”. Najbardziej trafia do mnie myśl, że cisza też jest odpowiedzią, tylko trudniejszą do zaakceptowania.

    Dobrze pokazujesz, że „bycie dobrym” nie powinno zależeć od decyzji kogoś po drugiej stronie ekranu. W świecie algorytmów łatwo w to wpaść i zacząć mierzyć swoją wartość cudzym milczeniem. A przecież to, co najważniejsze, dzieje się poza tym – w konsekwencji, autentyczności i tym, że mimo wszystko dalej tworzysz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w tym sporo prawdy — zwłaszcza to, jak łatwo pomylić brak reakcji z oceną. A przecież często to po prostu kwestia mechanizmów, na które nikt z zewnątrz nie ma wpływu. Najtrudniejsze chyba jest utrzymanie własnego kierunku mimo tego, że nie dostaje się żadnego sygnału zwrotnego.

      Usuń
  9. Anonimowy22/3/26 22:01

    Rozumiem Twoje rozżalenie i zawód. Podjąłeś inicjatywę, spróbowałeś i pewnie gdzieś tam w głębi serca zakiełkowała nadzieja na fajną współpracę, karierę, zasięgi...
    A tymczasem z drugiej strony brak odpowiedzi. Przykre to, ale ponoć normalne.
    Pewnie tych zgłoszeń jest bardzo dużo i redakcja nie panuje nad tym. Tak sobie to tłumaczę.

    Wiesz, na pewno to nie umniejsza Tobie jako twórcy.
    Nie zniechęcaj się do blogowania przez czyjeś milczenie. Rób dalej swoje.
    Rób to, co kochasz. Nie pozwól komuś innemu zgasić swój wewnętrzny ogień.
    Wiem, zabrzmiało trochę pompatycznie, ale tak czuję.

    Na pytanie "dobry czy niedobry?" , odpowiedź jest jedna: oczywiście, że dobry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za te słowa, naprawdę to dobrze brzmi i trochę podnosi na duchu 😊 Masz rację – czasem brak odpowiedzi wcale nie świadczy o tym, że ktoś jest „niedobry” czy nie ma talentu, tylko o tym, jak chaotyczne bywa życie po drugiej stronie. Fajnie, że przypomniałaś, żeby robić swoje i nie tracić energii na rozczarowania – to chyba najważniejsze. Trzeba po prostu iść dalej i nie dać się zniechęcić!!

      Usuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń

WAŻNA ZDROWOTNA INFORMACJA:

Treści publikowane przeze mnie na blogu, w mediach społecznościowych (Instagram, itp.) ani w innych kanałach komunikacji nie stanowią profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam również indywidualnych porad ani konsultacji psychologicznych za pośrednictwem maila, komunikatorów czy mediów społecznościowych. Jeśli doświadczasz trudności psychicznych, emocjonalnych lub jesteś w kryzysie, gorąco zachęcam do skontaktowania się z wykwalifikowanym specjalistą — psychoterapeutą lub psychiatrą. To wspaniali profesjonaliści, którzy posiadają odpowiednią wiedzę i narzędzia, by realnie pomóc. Korzystanie z ich wsparcia jest ważnym i wartościowym krokiem 💙

PRAWA AUTORSKIE:

Wszelkie treści dostępne na blogu Andrzeja Włodarczyka podlegają ochronie prawnej. Ich pobieranie, kopiowanie, zwielokrotnianie, przechowywanie, rozpowszechnianie lub jakiekolwiek inne wykorzystywanie — niezależnie od formy, charakteru i sposobu wyrażenia — wymaga uprzedniej i jednoznacznej zgody właściciela bloga. Ochroną objęte są w szczególności treści słowne, tekstowe, graficzne, fotograficzne, audialne, audiowizualne, muzyczne, a także dane, informacje oraz bazy danych, bez względu na ich przeznaczenie i sposób utrwalenia. Zakaz dotyczy zarówno działań wykonywanych manualnie, jak i z użyciem narzędzi automatycznych, w tym systemów uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji. Powyższe zastrzeżenie nie obejmuje wykorzystywania treści wyłącznie w celu ich indeksowania przez wyszukiwarki internetowe ani korzystania z nich w ramach obowiązujących umów lub dozwolonego użytku przewidzianego przez właściwe przepisy prawa. Szczegółowe informacje dotyczące zasad korzystania z treści znajdują się pod tym linkiem. Materiały redakcyjne znajdujące się na blogu Andrzej Włodarczyk - https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu są wyłącznie własnością Andrzeja Włodarczyka. Stanowią one własność intelektualną. W związku z tym, w powołaniu na art. 25 Ustawy z 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych, autor bloga nie wyraża zgody na rozpowszechnianie (przedruk, wykorzystanie w przestrzeni internetowej, etc.) jakichkolwiek informacji zawartych na blogu Andrzej Włodarczyk - https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu bez pisemnej zgody autora.