O perłach, które rodzą się z łez – i o świecie, który zawsze chce je sprzedać

 



 Czasem mam wrażenie, że żyjemy w epoce, która wszystko potrafi zamienić w towar. Emocje, historie, wspomnienia, a nawet cudze łzy. Internet zrobił z nich walutę. Jeśli ktoś płacze – ktoś inny liczy wyświetlenia. Jeśli ktoś cierpi – algorytm przelicza to na zasięgi. W tym sensie nasza cywilizacja opanowała pewną dziwną alchemię: zamieniamy ludzkie doświadczenia w cyfrowe perły.

Dlatego gdy pierwszy raz usłyszałem o filmie The Girl Who Cried Pearls, od razu poczułem, że to historia, która trafia w samo sedno współczesności. Choć paradoks polega na tym, że opowiada ją w sposób niemal staroświecki. Bez fajerwerków. Bez wielkiego budżetu. Bez armii animatorów pracujących przy komputerach.

Zamiast tego mamy coś znacznie bardziej kruchego.

Animację lalkową.

Taką, która powstaje powoli. Tak powoli, że w dzisiejszym świecie brzmi to niemal absurdalnie. Pięć lat pracy nad krótkim filmem. Pięć lat przesuwania maleńkich lalek o milimetry, klatka po klatce. Pięć lat życia podporządkowanego jednej historii.

W czasach, gdy wszystko musi być „na już”.

I może właśnie dlatego, gdy film zdobył Oscara, wielu widzów poczuło coś więcej niż tylko radość z sukcesu twórców. Poczuli ulgę. Jakby kino na moment przypomniało sobie, że nie zawsze chodzi o tempo.

Bo za tym projektem stoi duet twórców, który od lat udowadnia, że animacja może być czymś znacznie bardziej niepokojącym, intymnym i poetyckim niż kolorowa rozrywka dla dzieci. Maciek Szczerbowski i Chris Lavis nie robią filmów po to, żeby było ładnie. Robią je po to, żeby coś w człowieku poruszyć.

A to różnica ogromna.

Dla polskiej publiczności ta historia ma jeszcze jeden wymiar. W końcu mówimy o filmie, który świat nagrodził najważniejszą statuetką w kinie, a którego współtwórcą jest Polak. W kraju, gdzie sukcesy filmowe często przechodzą przez media jak krótki błysk fajerwerków – chwila dumy, kilka nagłówków i zaraz wszyscy zajmują się czymś innym – taka historia powinna zostać z nami trochę dłużej.

Bo to nie jest tylko opowieść o Oscarze.

To jest opowieść o cierpliwości.

Podczas gali Academy Awards Lavis powiedział coś, co wielu widzów rozbawiło, ale jednocześnie było brutalnie szczere. Ludzie często myślą, że trzeba być bardzo cierpliwym, żeby przez pięć lat tworzyć animację lalkową. Tymczasem – jak zauważył – prawdziwej cierpliwości potrzebują ci, którzy muszą z takim twórcą żyć.

To jedno zdanie mówi więcej o procesie twórczym niż niejeden podręcznik o kinie.

Bo prawda jest taka, że sztuka rzadko powstaje w komfortowych warunkach. Powstaje w chaosie, w obsesji, w uporze, który z zewnątrz często wygląda jak zwykłe szaleństwo. I kiedy patrzymy na kilka minut gotowego filmu, bardzo łatwo zapomnieć, ile lat życia ktoś zostawił między jedną klatką animacji a drugą.

A przecież właśnie z takich drobnych gestów rodzą się historie, które zostają z nami na długo.

I tak dochodzimy do samej opowieści.

Bo The Girl Who Cried Pearls jest na pierwszy rzut oka historią niemal dziecinną w swojej prostocie. Dziewczynka, której łzy zamieniają się w perły. Chłopiec, który ją kocha. Lombardzista, który odkrywa, że na cudzym smutku można zrobić świetny interes.

Brzmi jak bajka.

Ale jeśli przyjrzeć się bliżej, to wcale nie jest bajka dla dzieci. To raczej przypowieść o świecie, który od zawsze miał jeden problem – nie potrafił powstrzymać własnej chciwości.

Zresztą wystarczy spojrzeć wokół.

W historii ludzkości niemal każda piękna rzecz prędzej czy później trafiała na sprzedaż. Złoto, przyprawy, obrazy, idee, a dziś nawet uwaga drugiego człowieka. Nic więc dziwnego, że w tej filmowej opowieści pojawia się ktoś, kto odkrywa, że łzy mogą być cenniejsze niż diamenty.

Bo skoro zamieniają się w perły…

…to przecież można ich chcieć więcej.

I więcej.

I jeszcze trochę.

Najbardziej niepokojące w tej historii jest jednak to, że choć wygląda jak dawna legenda, to mówi bardzo dużo o naszym współczesnym świecie. O rzeczywistości, w której emocje coraz częściej są walutą. W której cudze dramaty stają się treścią do konsumowania. W której ktoś zawsze stoi z boku i liczy zyski.

Dlatego kiedy dziś film The Girl Who Cried Pearls pojawił się w sieci i każdy może obejrzeć go choćby na YouTube, nie jest to tylko ciekawostka dla fanów animacji.

To coś więcej.

To zaproszenie do historii, która pod warstwą baśniowej estetyki mówi o rzeczach bardzo niewygodnych.

O miłości.

O stracie.

O chciwości.

I o tym, że w świecie, który nauczył się handlować wszystkim, najtrudniej jest ocalić coś naprawdę bezcennego – ludzką wrażliwość.

A jeśli ta historia potrafi zostawić w widzu choćby cień takiej refleksji, to znaczy, że te kilka minut animacji jest warte więcej niż niejeden dwugodzinny blockbuster.

Bo perły, jak wiadomo, powstają z czegoś bardzo małego.

Z drobiny bólu ukrytej w środku muszli.

I może właśnie dlatego ta historia zostaje w głowie na długo po tym, gdy ekran już zgaśnie.




 

 Kiedy ogląda się The Girl Who Cried Pearls, bardzo szybko pojawia się wrażenie, że to historia z innej epoki. Nie dlatego, że jej bohaterowie noszą kostiumy przypominające dawne czasy. Chodzi raczej o atmosferę. O tempo narracji. O sposób, w jaki opowieść pozwala widzowi oddychać między kolejnymi scenami.

Współczesne kino, szczególnie to tworzone pod dyktando algorytmów popularności, rzadko daje nam taką przestrzeń. Wszystko musi się wydarzyć szybko. Emocje muszą być głośne, czytelne, niemal wykrzyczane. Jeśli widz nie dostanie bodźca co kilka sekund, istnieje ryzyko, że się znudzi, sięgnie po telefon albo włączy coś innego.

Film Maciek Szczerbowski i Chris Lavis działa dokładnie odwrotnie.

To kino, które nie próbuje nikogo zatrzymać na siłę.

Nie potrzebuje fajerwerków.

Nie potrzebuje też nachalnego tłumaczenia wszystkiego, co dzieje się na ekranie.

Zamiast tego pozwala historii mówić własnym językiem – językiem obrazów, gestów i ciszy.

I to właśnie cisza jest tu jednym z najważniejszych elementów.

Bo gdy dziewczynka zaczyna płakać perłami, nie słyszymy wielkiej muzycznej kulminacji. Nie pojawia się dramatyczna orkiestra. Nie ma patetycznego komentarza. Jest raczej coś znacznie subtelniejszego – moment zawieszenia. Chwila, w której widz zaczyna rozumieć, że uczestniczy w czymś, co przypomina starą przypowieść.

Tyle że ta przypowieść mówi bardzo niewygodną prawdę.





 

Baśń o chciwości, której nikt nie potrafi zatrzymać

Motyw człowieka, który próbuje zarobić na cudzym cierpieniu, nie jest oczywiście nowy. Literatura i kino wracają do niego od stuleci. Problem polega na tym, że każda epoka nadaje mu trochę inne znaczenie.

W dawnych legendach chciwość była najczęściej wadą jednostki. Jednego złego bohatera, który w końcu ponosił karę.

Dzisiaj sprawa wygląda znacznie bardziej skomplikowanie.

Bo współczesny świat w pewnym sensie zbudował całe systemy oparte na tej samej logice, którą w filmie reprezentuje lombardzista. Jeśli coś ma wartość – trzeba to wydobyć. Jeśli coś przynosi zysk – trzeba produkować tego więcej.

W tej perspektywie dziewczynka płacząca perłami przestaje być tylko bohaterką baśni. Staje się metaforą. Symbolem ludzi, których emocje zaczynają funkcjonować jak surowiec.

A surowiec – jak wiadomo – trzeba eksploatować.

Najbardziej przejmujące w tej historii jest to, że proces ten odbywa się powoli. Nikt nie krzyczy. Nikt nie mówi wprost: „chcę twojego cierpienia”.

Zamiast tego pojawia się sugestia.

Prośba.

Zachęta.

A potem kolejna.

I jeszcze jedna.

To mechanizm, który znamy aż za dobrze z codzienności. Rzadko kiedy ktoś mówi wprost, że chce wykorzystać drugiego człowieka. Zwykle zaczyna się od drobnego kompromisu.

„Jeszcze tylko raz”.

„Jeszcze jedna historia”.

„Jeszcze jedna łza”.

I nagle okazuje się, że granica dawno została przekroczona.




 

Kino tworzone z uporem godnym zegarmistrza

Nie sposób mówić o tym filmie bez zwrócenia uwagi na jego formę. Animacja lalkowa to jedna z najbardziej wymagających technik filmowych. Nie ma w niej miejsca na przypadek. Każdy element sceny musi być zaplanowany z niemal chirurgiczną precyzją.

W praktyce oznacza to coś bardzo prostego, choć jednocześnie niewiarygodnego dla ludzi przyzwyczajonych do cyfrowej produkcji.

Jedna sekunda filmu to dwadzieścia cztery zdjęcia.

Dwadzieścia cztery drobne ruchy lalek.

Dwadzieścia cztery momenty skupienia.

Jeśli pomnożyć to przez kilka minut projekcji, zaczynamy rozumieć, dlaczego praca nad takim projektem trwa latami.

To nie jest proces, który można przyspieszyć.

Nie ma skrótu.

Nie ma przycisku „render”.

Są tylko ręce animatora i jego cierpliwość.

Dlatego słowa Chris Lavis o tym, że najwięcej cierpliwości potrzebują rodziny twórców, nie są tylko żartem. To gorzka prawda o pracy artystycznej. O zawodzie, który potrafi pochłonąć całe życie.

A mimo to ludzie wciąż się na niego decydują.

Bo kiedy historia zaczyna istnieć naprawdę – kiedy postacie ożywają na ekranie – wszystko nagle nabiera sensu.



 

Wrażliwość, która nie pasuje do współczesnego świata

Jest jeszcze jedna rzecz, która wyróżnia The Girl Who Cried Pearls na tle wielu współczesnych produkcji.

To film, który nie boi się melancholii.

Dziś słowo „melancholia” brzmi niemal jak coś niepożądanego. Kultura popularna nauczyła nas, że wszystko powinno być szybkie, jasne i optymistyczne. Smutek jest dopuszczalny tylko wtedy, gdy prowadzi do natychmiastowego katharsis.

A tutaj smutek zostaje z nami dłużej.

Film nie próbuje go rozbroić żartem.

Nie proponuje łatwego pocieszenia.

Zamiast tego pokazuje coś bardzo ludzkiego – moment, w którym emocje są po prostu zbyt ciężkie, żeby dało się je szybko uporządkować.

Może dlatego ta historia działa tak mocno. Bo przypomina nam coś, o czym współczesna kultura coraz częściej zapomina.

Że wrażliwość nie zawsze jest wygodna.

Że czasem oznacza łzy.

A czasem perły.





 

Dziwny los artystów z pogranicza

Duet Maciek Szczerbowski i Chris Lavis od lat funkcjonuje trochę na obrzeżach głównego nurtu animacji. Ich filmy nie są blockbusterami. Nie trafiają do kin na całym świecie w tym samym czasie.

A jednak regularnie przyciągają uwagę festiwali.

Ich wcześniejsza produkcja Madame Tutli-Putli była dowodem na to, że animacja może być jednocześnie piękna i niepokojąca. Film zdobył nagrody w Cannes Film Festival i nominację do Oscara, choć trudno byłoby nazwać go łatwą rozrywką.

I może właśnie dlatego ten duet wciąż robi swoje.

Bo w świecie, który coraz częściej przypomina wielką fabrykę treści, ktoś musi przypominać, że kino może być czymś więcej niż produktem.

Może być opowieścią.

Może być doświadczeniem.

Może być nawet małą, niepokojącą baśnią o tym, jak łatwo człowiek zamienia cudze łzy w perły.

A jeśli po seansie widz zaczyna zastanawiać się nad własnym miejscem w tym mechanizmie – to znaczy, że film spełnił swoje zadanie.

Bo najlepsze historie nie kończą się wraz z napisami końcowymi.

One zaczynają się dopiero wtedy, gdy ekran gaśnie, a w głowie zostaje pytanie, którego wcześniej woleliśmy sobie nie zadawać.



Komentarze

  1. Pierwszy raz dowiedziałam się o Maćku Szczerbowskim i Chrisie Lavisie oraz ich twórczości dopiero teraz, z okazji Oskarów. Widziałam już trailer, faktycznie film jak sprzed ery nowoczesnych animacji cyfrowych. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek widziała animację lalkową w dłuższym filmie - poza pamiętnymi dobranockami jak z misiem Uszatkiem czy Colargolem ;-) To fajnie, ze piszesz o sukcesie filmu. Zapewne teraz więcej ludzi zainteresuje się nim i może go obejrzy, zastanowi nad bezdusznym generowaniem zysków z każdego dramatu, smutku, cierpienia w dzisiejszym świecie. Co się najczęściej klika w świecie Internetu? Drastyczne zdjęcia z okaleczonymi na wojnie dziećmi na rękach płaczących matek - takie zdjęcia zdobywają nagrody dziennikarskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam wrażenie, że takie mniej „wygładzone” formy animacji potrafią mocniej uderzyć emocjonalnie niż te perfekcyjne cyfrowe produkcje. Jest w tym jakaś surowość i autentyczność, która bardziej zostaje w głowie. No i dobrze, że takie filmy przebijają się do szerszej publiczności, bo dzięki temu można na chwilę zatrzymać się i pomyśleć o tym, co tak naprawdę przyciąga naszą uwagę i dlaczego właśnie takie, a nie inne rzeczy najczęściej robią największy „szum”.

      Usuń
  2. Obejrzałam wczoraj. Piękny film. Cieszę się, że i Ty go zobaczyłeś. Jest warty poznania szerszej publiczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne odczucia — to jeden z tych filmów, które niby są spokojne, ale zostają w głowie na dłużej. Dobrze, że trafia do większej liczby osób, bo zdecydowanie zasługuje na uwagę.

      Usuń
  3. Jeszcze nie widziałam tego filmu, a bardzo zachęciłeś mnie swoją opowieścią o nim i jego twórcach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, cieszę się, że udało mi się Cię zainteresować 🎬 Film można obejrzeć pod tym postem. Naprawdę warto dać mu szansę i przekonać się na własne oczy, co w nim takiego wyjątkowego.

      Usuń
  4. Pięknie zrobiony film. Myślę, że zasłużył na Oscara.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, widać ogrom pracy i dopracowanie w każdym detalu. Takie produkcje naprawdę zostają w głowie na dłużej i robią wrażenie nie tylko wizualnie, ale też emocjonalnie

      Usuń
  5. Dzięki za to polecenie <3 tego filmu jeszcze nie oglądałam, muszę też polecić kuzynce jeśli nie widziała. Z pewnością nam się spodoba, bo kochamy ten typ animacji. Jest ogromnie niedocenianyz, wymaga ogromnego nakładu pracy i porywają się na niego tylko pasjonaci. W tym komercyjnym świecie naprawdę warto to docenić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, takie rzeczy mają w sobie coś wyjątkowego, bo czuć w nich serce i zaangażowanie twórców. Daj znać koniecznie, jak obejrzycie – jestem ciekaw, czy też Was tak wciągnie 😊

      Usuń
  6. Jeszcze nie miałam okazji go zobaczyć.
    Pozdrawiam i zapraszam na nowy post :) magdatul-fan.blogspot.com.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, wszystko przed Tobą 🙂 jak już obejrzysz, to chętnie posłucham, jakie masz wrażenia. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Andrzeju, powie Ci, że nie oglądałam "The Girl Who Cried Pearls", ale Twoja recenzja zaciekawiła mnie. Szczerze też się przyznam, że tegoroczne Oscary raczej u mnie przeszły "bez echa".
    Niestety, ale żyjemy w świecie, gdzie nie ma już świętości, a wszystko (niestety, ale dosłownie wszystko!!!) jest na sprzedaż! Wydarzenie, uczucie, radość, sutek, głupota, chamstwo, byle tylko dało się przekuć na pieniądze i pęczniejące w banku konto (a najbardziej liczą się właśnie pieniądze i władze). I reklama ponad wszystko, byleby mówili i było głośno, ludzie owili, a portale plotkarskie publikowali, w tym celu wykorzystuje się nawet najintymniejsze szczegóły swojego życia. Jak dla mnie ostatnim tego przykładem jest pani Sylwia Peretti.
    Nasza rzeczywistość jest właśnie taka. Przykre to dokąd zmierzamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię całkowicie – też czasami czuję się przytłoczony tym, jak wszystko w naszym świecie jest „na sprzedaż” i jak łatwo prywatne życie staje się publiczną rozrywką. 😔 Masz rację, że media i reklama często kreują sztuczne emocje, a autentyczność schodzi na dalszy plan. Z drugiej strony, czasem dobrze jest znaleźć coś lub kogoś, kto jeszcze potrafi inspirować bez szukania sensacji – nawet drobne rzeczy mogą dawać poczucie, że świat nie jest tylko kolejnym towarem.

      Chociaż trudno się z tym nie zgodzić, to myślę, że warto szukać w kulturze czy sztuce momentów prawdziwej pasji i emocji – może tam jeszcze coś zostaje „nietknięte” przez komercję.

      Usuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń

WAŻNA ZDROWOTNA INFORMACJA:

Treści publikowane przeze mnie na blogu, w mediach społecznościowych (Instagram, itp.) ani w innych kanałach komunikacji nie stanowią profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam również indywidualnych porad ani konsultacji psychologicznych za pośrednictwem maila, komunikatorów czy mediów społecznościowych. Jeśli doświadczasz trudności psychicznych, emocjonalnych lub jesteś w kryzysie, gorąco zachęcam do skontaktowania się z wykwalifikowanym specjalistą — psychoterapeutą lub psychiatrą. To wspaniali profesjonaliści, którzy posiadają odpowiednią wiedzę i narzędzia, by realnie pomóc. Korzystanie z ich wsparcia jest ważnym i wartościowym krokiem 💙

PRAWA AUTORSKIE:

Wszelkie treści dostępne na blogu Andrzeja Włodarczyka podlegają ochronie prawnej. Ich pobieranie, kopiowanie, zwielokrotnianie, przechowywanie, rozpowszechnianie lub jakiekolwiek inne wykorzystywanie — niezależnie od formy, charakteru i sposobu wyrażenia — wymaga uprzedniej i jednoznacznej zgody właściciela bloga. Ochroną objęte są w szczególności treści słowne, tekstowe, graficzne, fotograficzne, audialne, audiowizualne, muzyczne, a także dane, informacje oraz bazy danych, bez względu na ich przeznaczenie i sposób utrwalenia. Zakaz dotyczy zarówno działań wykonywanych manualnie, jak i z użyciem narzędzi automatycznych, w tym systemów uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji. Powyższe zastrzeżenie nie obejmuje wykorzystywania treści wyłącznie w celu ich indeksowania przez wyszukiwarki internetowe ani korzystania z nich w ramach obowiązujących umów lub dozwolonego użytku przewidzianego przez właściwe przepisy prawa. Szczegółowe informacje dotyczące zasad korzystania z treści znajdują się pod tym linkiem. Materiały redakcyjne znajdujące się na blogu Andrzej Włodarczyk - https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu są wyłącznie własnością Andrzeja Włodarczyka. Stanowią one własność intelektualną. W związku z tym, w powołaniu na art. 25 Ustawy z 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych, autor bloga nie wyraża zgody na rozpowszechnianie (przedruk, wykorzystanie w przestrzeni internetowej, etc.) jakichkolwiek informacji zawartych na blogu Andrzej Włodarczyk - https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu bez pisemnej zgody autora.