Przepisywanie tekstów

 



  Są w internecie momenty, w których człowiek orientuje się, że rzeczywistość blogowania wygląda zupełnie inaczej, niż wyobrażał ją sobie na początku. Kiedy dwa lata temu zakładałem bloga na WordPressie, miałem w głowie dość prostą wizję: piszę, publikuję, czytelnicy czytają, dyskutują, a reszta dzieje się niejako sama. Internet miał być przestrzenią wolności – miejscem, w którym każdy może powiedzieć coś własnego, coś autentycznego, coś, co nie jest kopią czyjegoś zdania sprzed pięciu minut. Szybko jednak okazało się, że blogowanie to nie tylko pisanie. To także technologia, migracje, decyzje finansowe i cała masa drobnych spraw, o których na początku nikt nie myśli.

Po dwóch latach prowadzenia bloga na WordPressie doszedłem do momentu, w którym postanowiłem coś zmienić. Nie dlatego, że WordPress jest zły – absolutnie nie. To potężne narzędzie, które daje ogromne możliwości. Problem polega jednak na tym, że z czasem blog zaczyna generować koszty, które dla kogoś piszącego bardziej z pasji niż z kalkulacji biznesowej zaczynają być zwyczajnie niepotrzebnym obciążeniem. Hosting, różne dodatki, czasem płatne rozwiązania – suma sumarum robi się z tego całkiem konkretna kwota. A ja w pewnym momencie zadałem sobie bardzo proste pytanie: po co?

Po co płacić za coś, co można zrobić prościej?

Właśnie wtedy pojawił się pomysł przeniesienia bloga na Bloggera. Platformę może mniej modną, może mniej efektowną z punktu widzenia technologicznych purystów, ale wciąż działającą, stabilną i – co najważniejsze – darmową. Jedyny koszt, jaki postanowiłem zachować, to domena. Reszta miała być maksymalnie prosta: pisanie, publikowanie, rozmowa z czytelnikami. Bez technicznego nadmiaru i bez niepotrzebnych wydatków.

I tu zaczęła się historia, która w teorii miała trwać kilkanaście minut.

Naturalnym krokiem przy przenoszeniu bloga jest eksport treści. Internet jest pełen poradników, które opisują to jako proces banalnie prosty. Wpisujesz w wyszukiwarkę kilka słów, trafiasz na stronę, która w kilka sekund konwertuje plik z WordPressa na format Bloggera i… gotowe. Jedną z takich stron był znany w sieci konwerter dostępny pod adresem wordpress-to-blogger-converter.appspot.com. W wielu poradnikach polecano go niemal jak magiczne narzędzie, które rozwiązuje wszystkie problemy jednym kliknięciem.

Problem polegał na tym, że kiedy spróbowałem z niego skorzystać, okazało się, że… po prostu nie działa.

I wtedy następuje moment zderzenia z rzeczywistością internetu. Tą mniej romantyczną częścią. Internet pełen jest poradników opisujących rozwiązania, które już dawno przestały istnieć. Strony, które kiedyś działały, dziś są tylko martwymi adresami. Narzędzia, które miały ułatwiać życie twórcom, nagle znikają bez śladu. A człowiek zostaje z pytaniem: i co teraz?

Właśnie w tym momencie pojawiła się decyzja, która z perspektywy czasu okazała się dość symboliczna. Skoro automatyczna droga przestała istnieć, postanowiłem zrobić coś, co w epoce cyfrowej automatyzacji brzmi niemal jak herezja: przenieść wszystko ręcznie.

Tak, ręcznie.

Każdy tekst. Każdy wpis. Każde zdanie napisane przez dwa lata prowadzenia bloga.

Można oczywiście powiedzieć, że to absurd. Że to strata czasu. Że w dobie sztucznej inteligencji, automatycznych migracji i skryptów robi się takie rzeczy jednym kliknięciem. Ale wiecie co? Właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo ciekawego. Internet przyzwyczaił nas do łatwości kopiowania. Do powielania treści. Do przepisywania tekstów z jednego miejsca do drugiego tak, jakby słowa nie miały żadnej wagi.

A przecież każde zdanie, które kiedyś napisałem na tym blogu, powstało z jakiegoś powodu.

Za każdym tekstem stoi jakaś myśl, emocja, obserwacja świata. Kiedy więc zacząłem przenosić wpisy ręcznie z WordPressa na Bloggera, wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem. Zacząłem czytać własne teksty na nowo. I nagle zobaczyłem dwa lata blogowania jak w lustrze.

Niektóre wpisy wciąż były aktualne. Inne wydawały się napisane przez zupełnie innego człowieka. Były teksty, które dziś napisałbym inaczej, i takie, których nie zmieniłbym ani o jedno słowo.

I właśnie wtedy zrozumiałem, że przepisywanie tekstów to nie tylko techniczna czynność.

To także konfrontacja z własnym pisaniem.

Z własnymi poglądami.

Z własnym rozwojem.

Bo w Internecie bardzo łatwo jest publikować nowe rzeczy i zapominać o tych starych. Nowy wpis wypiera poprzedni, a algorytmy sprawiają, że większość tekstów znika gdzieś w cyfrowym archiwum. Ręczne przenoszenie treści zatrzymuje ten proces. Zmusza do zatrzymania się na chwilę i spojrzenia na to wszystko z dystansu.

I może właśnie dlatego ta historia o przepisywaniu tekstów nie jest tylko historią technicznej migracji między dwiema platformami.

To historia o tym, jak wygląda prawdziwe blogowanie w świecie, który coraz bardziej przypomina wielką kopiarkę treści. Gdzie jedni piszą, a inni tylko przepisują. Gdzie oryginalność bywa rzadkością, a kopiowanie stało się niemal codzienną praktyką.

A ja – trochę z wyboru, trochę z konieczności – postanowiłem na chwilę wrócić do podstaw. Do najprostszej czynności, jaka istnieje w świecie pisania.

Do przepisywania własnych słów.



 Ręczne przepisywanie tekstów to coś więcej niż czynność techniczna – to rytuał, swoiste przeglądanie własnego życia w wersji cyfrowej. Każdy wpis, każda notka, każda drobna refleksja, którą niegdyś w pośpiechu wrzucałem na WordPressa, nagle staje się przedmiotem introspekcji. I w tym momencie uderza w człowieka coś, czego nie da się przewidzieć, dopóki się tego nie zrobi: jak bardzo blogowanie wciąga w spiralę własnej świadomości.

Przepisywanie ręczne wymusza refleksję nad tym, co naprawdę chcieliśmy powiedzieć dwa lata temu. Niektóre zdania, które pisałem w tempie pędzącego pociągu codzienności, teraz brzmią niemal obco, jak echo kogoś innego, kogoś, kim byłem wtedy, a kim już nie jestem. Właśnie to uderza w sedno internetowego życia: każdy z nas tworzy w sieci ślady, które w pewnym momencie mogą przestać do nas należeć – albo które my sami przestajemy rozpoznawać.

Co więcej, ręczne przenoszenie treści uświadamia, jak wiele informacji i pomysłów w sieci jest tak naprawdę przepisywaniem przepisywania. Czytam wpisy innych, przeglądam poradniki, i nagle zdaję sobie sprawę, że większość „nowych treści” to powtórzenia, reinterpretacje albo drobne modyfikacje już istniejących formuł. Internet ma niebywałą moc wynoszenia na piedestał twórców, którzy jednocześnie w swojej pracy opierają się na cudzych myślach. I nie ma w tym nic złego – inspiracja istnieje od zawsze – ale różnica między twórczością a kopiowaniem jest jak różnica między oddechem a zadławieniem.

Kiedy przepisuję własne teksty, uświadamiam sobie też, jak bardzo w sieci liczy się kontekst i forma. Ten sam pomysł, wyrażony inaczej, może rezonować zupełnie inaczej. Na WordPressie moje wpisy funkcjonowały w jednym ekosystemie – komentarze, tagi, struktura strony – wszystko wpływało na odbiór. Na Bloggerze wszystko jest nowe, czyste, niemal bez historii, a jednak niesamowicie surowe. To trochę jak wprowadzenie się do nowego mieszkania: stary wystrój znika, a Ty zostajesz sam z tym, co naprawdę chcesz zostawić.

Nie sposób też pominąć aspektu czasowego. Przepisywanie tekstów ręcznie jest powolne. Każde zdanie wymaga decyzji: czy kopiuję je dokładnie, czy wprowadzam poprawki, czy usuwam, co dziś wydaje się zbędne. Ten proces działa jak filtr – wyłapuje rzeczy, które dawniej przemykały niepostrzeżenie, pozwala zobaczyć własną drogę rozwoju, błędy, powtórzenia, poważne przemyślenia i drobne nonsensy, które teraz bawią lub irytują. Ręczne przepisywanie jest jak spacer po własnym archiwum życia – z tą różnicą, że każde słowo ma wagę i każdy wpis staje się częścią świadomej narracji.

I tu pojawia się kluczowa myśl: przepisywanie własnych treści to również walka z samym sobą. Z tendencją do wygodnictwa, do kopiowania, do nadmiernej ekspozycji. W świecie, w którym treści mnożą się w tempie ekspresowym, gdzie „szybko, więcej, natychmiast” jest prawem, ręczne przenoszenie własnych wpisów to manifest cierpliwości i autentyczności. To wybór, który mówi: „Nie chcę, aby moje słowa były tylko wypełniaczem przestrzeni cyfrowej. Chcę, żeby były moją myślą, moją historią, moją refleksją”.

Przepisywanie uświadamia też coś innego: że każdy tekst, który powstaje, staje się częścią szerszej rozmowy z internetem. Kiedy publikujemy wpis, nawet na najbardziej niszowym blogu, stajemy się częścią globalnego ekosystemu treści. Ręczne przeniesienie starych wpisów na nową platformę nie tylko daje im nowe życie, ale pozwala spojrzeć krytycznie na siebie i na odbiorców. To okazja do tego, by zastanowić się, co chcemy, aby czytelnicy zobaczyli, a co powinni zostawić w archiwum.

Nie można też pominąć krytyki samego systemu. Internet jest w dużej mierze narzędziem kopiowania i natychmiastowego konsumowania. Algorytmy promują to, co świeże, szybkie, popularne. Ręczne przepisywanie starych treści jest sprzeczne z tym systemem: wymaga cierpliwości, refleksji, woli zmierzenia się z własnymi słowami. To subtelny bunt przeciwko kulturze cyfrowego fast foodu – przeciwko powierzchowności, która coraz bardziej dominuje w sieci.

I w tym wszystkim tkwi paradoks. Przepisywanie starych wpisów to praca, która technicznie wydaje się stratą czasu, ale w rzeczywistości jest inwestycją w siebie jako twórcę. To świadomy akt afirmacji własnej autentyczności. Każde zdanie, które przepisałem, każda notka, którą wrzuciłem na Bloggera, staje się dowodem na to, że blogowanie nie polega na klikaniu „opublikuj”. Blogowanie to proces tworzenia, przemyślenia, korekty, refleksji i – czasami – konfrontacji z własnym ego.

W świecie, w którym przepisywanie treści innych stało się normą, ręczne przenoszenie własnych słów to akt odwagi. To manifest, że nasze myśli mają wartość, że każda refleksja, każde zdanie, nawet jeśli napisane dwa lata temu, jest istotne. Bo w końcu blogowanie to nie tylko publikacja treści – to budowanie historii, która należy do nas, a nie do algorytmów.

Przenosząc teksty ręcznie, poczułem również, że Internet wciąż może być miejscem głębokiego kontaktu – z innymi i z samym sobą. Bo w świecie kopiowania i powielania, prawdziwa wartość tkwi w tym, co jest autentyczne, w tym, co jest nasze, w tym, co powstało z myślą, że ktoś naprawdę przeczyta i zrozumie.



 Kiedy wreszcie patrzę na swój nowy blog na Bloggerze, ręcznie wypełniony starymi wpisami, uderza mnie jedno – każda litera, każde zdanie, które przepisałem własnymi rękami, staje się symbolem świadomego wyboru. To nie jest tylko migracja treści techniczna; to podróż przez własne refleksje, błędy, sukcesy i momenty inspiracji. Czuję, że każda sekunda spędzona na kopiowaniu, poprawianiu, porządkowaniu słów, była inwestycją w autentyczność, której w dzisiejszym internecie tak bardzo brakuje.

Przyglądając się starym notkom, dostrzegam, jak wiele z nich przetrwało próbę czasu – nie dlatego, że były perfekcyjnie napisane, ale dlatego, że niosły ze sobą moje doświadczenie, moją perspektywę. Ręczne przepisywanie zmusza do konfrontacji z własnym ego, z własnym stylem, z tym, co naprawdę chcemy przekazać światu. Bo w sieci łatwo zatracić się w natłoku treści, łatwo stać się jedną z wielu powielonych myśli. Ale tutaj, na nowym blogu, wszystko jest moje. Każde zdanie jest moim świadectwem – i to daje niezwykłą satysfakcję.

Nie mogę też nie wspomnieć o ironii całej sytuacji. Internet miał być miejscem ułatwiającym życie, miejscem, gdzie technologia sprawia, że wszystko dzieje się szybciej, sprawniej, bez wysiłku. Tymczasem okazało się, że narzędzie, które miało mnie „przenieść jednym kliknięciem”, nie działa. Zmuszone do ręcznej pracy, odkryłem, że czasem technologia zabiera nam coś, czego nie da się kupić – spokój, refleksję i świadomość twórcy. Brak automatycznego konwertera stał się więc błogosławieństwem w przebraniu – zmusił mnie do prawdziwego kontaktu z własną twórczością.

Ręczne przenoszenie wpisów pokazało mi również, jak bardzo blogowanie to sztuka selekcji, decydowania o tym, co chcemy zachować, co poprawić, a co zostawić w przeszłości. To proces krytyczny, wymagający szczerości wobec samego siebie. Nie chodzi tylko o techniczne „przepisywanie słów” – chodzi o zrozumienie, które treści mają sens, które nadal rezonują, które wpisy naprawdę reprezentują twórcę, a które są po prostu cyfrowym balastem.

I tu pojawia się nieunikniona refleksja nad całym Internetem. W świecie, w którym algorytmy promują szybkość, popularność i powielanie, prawdziwa wartość jest w autentyczności. Każdy z nas, kto decyduje się tworzyć treści, stoi przed wyborem: kopiować, dostosowywać, ścigać się z czasem i liczbami, czy zatrzymać się, przepisać własne słowa, przemyśleć je, uczynić swoje. Ręczne przenoszenie własnych wpisów to manifest, że chcę, aby moje słowa miały znaczenie, aby były częścią historii, którą tworzę świadomie, a nie tylko produktem dla kliknięć.

Ostatecznie to doświadczenie nauczyło mnie czegoś jeszcze: cierpliwość, refleksja i troska o własną twórczość to waluta, której nie da się przeliczyć na lajki ani odsłony. Przepisywanie tekstów z WordPressa na Bloggera to więcej niż migracja – to świadome tworzenie, dbanie o kontekst, przesyłanie własnej wizji w formie, która ma szansę przetrwać w hałaśliwym świecie internetu. Każdy wpis stał się swoistym pomostem między przeszłością a teraźniejszością, między moim „ja” sprzed dwóch lat a tym, kim jestem dziś.

I choć proces był żmudny, czasochłonny i momentami frustrujący, efekt jest nieoceniony. To poczucie, że każda treść, którą teraz publikuję, jest autentyczna, przemyślana i świadomie wybrana, daje ogromną satysfakcję. W świecie, w którym kopiowanie stało się normą, ja zdecydowałem się postawić na własną narrację, własne słowa i własną historię.

Bo ostatecznie przepisywanie to coś więcej niż technika. To manifest twórczej wolności, afirmacja wartości własnych myśli i świadectwo, że w sieci można być autentycznym, jeśli tylko się tego naprawdę chce.

Komentarze

  1. Ja od zawsze blogguję na Bloggerze i nie chciałoby mi się robić żadnych przenosin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też to rozumiem. Jeśli ktoś już od lat działa na Bloggerze i wszystko ma tam poukładane, to przenosiny potrafią być więcej roboty niż korzyści. Czasem lepiej zostać przy tym, co działa i co się po prostu dobrze zna 🙂

      Usuń
  2. Dziękuję za komentarze .
    Choć ja na blogerze od 2012 roku , pamiętam exodus na inne platformy . Że lepiej , więcej możliwości itp ….migracje ….
    Mnie się nie chciało .
    Zostałam i …. Zaczęłam umieszczać tak raczej takie treści do szuflady . Własnej .
    Własną książkę kucharską czy własny album podróżniczy .
    By czasem wracać do emocji które z danej podróży mi towarzyszyły . Czasem by zebrać wspomnienia i nową wiedzę w “kupe” , poukładać informacje .
    Rozumie więc potrzebę by nie zniknęło w odchylani , ale mrówcza praca z przepisywaniem …. Szacun . Prawie jak psychoterapia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem blog po latach przestaje być „do świata”, a bardziej staje się takim własnym archiwum wspomnień. Fajnie mieć miejsce, do którego można wrócić i przypomnieć sobie smaki, miejsca czy emocje z tamtego momentu. A to, że zostałaś na Bloggerze mimo wszystkich migracyjnych mód, pokazuje, że najważniejsze było samo pisanie i zbieranie tych historii, a nie platforma. No i faktycznie — takie porządkowanie starych wpisów potrafi działać trochę jak terapia 😉

      Usuń
  3. W tym cudownym Internecie wiele rzeczy nie działa, na Bloggerze też: jestem zalogowana na sowim blogu, wchodzę tutaj dodać komentarz, a wyświetlam si jako Anonimowy, logowanie się nie przeniosło i od nowa muszę się logować;
    Zdałeś sobie sporo trudu, ale masz rację, czytanie swoich danych tekstów może być odświeżające, sprawdza się, co się zdezaktualizowało, a co przetrwało próbę czasu, czasem człowiek się potrafi zdziwić, że napisał to, co napisał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, dokładnie to znam 😅 Czasem te techniczne niedogodności naprawdę irytują, a najprostsze rzeczy – komentarz czy logowanie – potrafią sprawić najwięcej problemów. Ale masz rację co do czytania swoich starych tekstów – to trochę jak spotkanie ze starszą wersją siebie. Nieraz człowiek się śmieje, nieraz zaskakuje tym, co kiedyś napisał. Trochę jak własny wehikuł czasu, tylko w formie słów

      Usuń
  4. Ja właśnie lubię czasami wracać do staroci. Na przykład instagram... Mam tam zdjęcia sprzed dobrych kilku lat, takie których nie mam nigdzie indziej bo to tylko przypadkowe "shoty" i usuwam je z telefonu na bieżąco. I spoglądając na nie przypomina się owa chwila, owy czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak mam 🥰 Czasem te stare zdjęcia to prawdziwe kapsułki wspomnień – momenty, które inaczej by przepadły. Fajnie, że Instagram może pełnić rolę takiego małego archiwum, gdzie można wpaść i przypomnieć sobie atmosferę tamtych dni. Czasem jedno zdjęcie potrafi przywołać całą historię w sekundę

      Usuń
  5. Każda platforma ma jakieś swoje plusy i minusy. Jestem na bloggerze, bo taki jest mój wybór, choć nie powiem - próbowałam gdzie indziej, ale -jak napisałeś- koszty potrafią skutecznie odstraszyć. Teraz czasami kupię szablon do bloga, opłacę domenę i tyle kosztów. Co do przepisania tekstów z poprzedniego bloga podziwiam, ale też trochę się dziwię, że nie było funkcji utwórz kopię zapasową bloga;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, niektóre rzeczy w Bloggerze potrafią być naprawdę ograniczone, ale jak piszesz – prostota i brak dodatkowych kosztów mają swoje zalety. 🙂 Kupowanie pojedynczych szablonów czy domeny to w sumie rozsądny kompromis między wygodą a inwestycją. Co do kopi zapasowej – ja też zawsze się zastanawiam, dlaczego tak podstawowa funkcja nie jest bardziej dostępna. Ręczne przepisywanie to czasem prawdziwy test cierpliwości

      Usuń
  6. To znacz, nie dało się tekstu poszczególnych wpisów przenosić metodą copy/paste?

    Czy może "copy/paste" masz na myśli powyżej, bo nie dało się eksportować i importować całości?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z bloggera do WordPressa się da przenieść cały blok, jednak z WordPressa na blogera już nie, bo to inny format. Google kiedyś stworzyło stronę do przenoszenia, ale teraz nie działa, co dobrze widać po zdjęciach w tym poście

      Usuń
    2. Przenoszenie w drugą stronę z bloggera do WordPressa też takie kolorowe nie jest, bo na próbę się bawiłam z Pracownią Kotołaka. Przeniosło mi tylko częśc wpisów w dodatku wszystko porozwalało. Da się to ogarnąć ale też by było dużo pracy. Na razie jednak się w to nie bawię. Blogger ma duuużo wad, ogółem jest trochę przestarzały ale jedną duuużą zaletę no jest darmowy xD.

      Usuń
    3. Też mam wrażenie, że z tymi migracjami blogów w teorii wszystko wygląda prosto, a w praktyce wychodzi masa dziwnych problemów. Niby są narzędzia do przenoszenia, ale jak zaczynają się rozsypywać wpisy, formatowanie albo zdjęcia, to człowiek szybko traci zapał 😅

      W sumie Cię rozumiem, że na razie odpuściłaś. Jeśli blog działa i nie ma pilnej potrzeby zmiany, to czasem naprawdę szkoda nerwów na walkę z przenosinami. A fakt, że Blogger jest darmowy, to jednak spory plus — szczególnie kiedy blog jest bardziej z pasji niż z jakiegoś biznesowego planu.

      Usuń
    4. No tak, różne serwisy czy producenci nie mają specjalnego interesu w tym, żeby ktoś się przenosił do konkurencji. Tak mi się wydaje.

      Nie wiem, czy dałoby się wyeksportować do formatu CSV czy czegoś w tym rodzaju.

      Ale jak mówisz, przepisałeś i uważasz, że Ci to wiele dało, na przykład gdy chodzi o autorefleksję. To też się liczy :)

      Usuń
    5. Dokładnie, czasem sama świadomość i przemyślenie własnych działań daje więcej niż techniczne możliwości eksportu danych. 😊 Czasami „przepisywanie” czy analizowanie własnych informacji pomaga uporządkować myśli i zobaczyć rzeczy, których normalnie byśmy nie zauważyli. To taki mały trening uważności, który naprawdę może się przydać w codziennym życiu.

      Usuń
  7. Witaj słonecznie Andrzeju
    Tak, blog z czasem staje się zapiskami wspomnień dla nas samych. Pamiętam ten moment, kiedy po 12 latach mojego pisania WP zamknęła wszystkie blogi. Bardzo to przeżyłam. Tyle lat pisania zniknęło.
    Pozdrawiam uśmiechem pierwszych kwiatów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To musiał być naprawdę trudny moment. Po tylu latach prowadzenia bloga człowiek zostawia tam kawałek swojego życia, wspomnienia, emocje z różnych etapów. Nic dziwnego, że mogło to zaboleć, gdy nagle wszystko zniknęło. Mam nadzieję, że mimo tego dalej masz w sobie chęć do pisania i dzielenia się swoimi myślami.

      Pozdrawiam serdecznie i również przesyłam trochę wiosennego uśmiechu 🌼

      Usuń
  8. Ja od początku na blogspocie, tutaj się wszystkiego uczyłam, ale kiedy prowadziłam działalność to był oczywiście wordpress. Wspominam miło, chociaz były różne krzaczory, ale miałam osobę, która zawsze pomogła. Miałam już nie bl;ogować, ale że stary blog był, no to wróciłam, na jak długo? zobaczymy :)
    Pozdrawiam i życzę miłego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że wróciłaś 😊 Czasami stare blogi mają w sobie taką magię, że trudno ich porzucić. Te “krzaczory” to chyba nieodłączny element każdej platformy, ale fajnie, że miałaś kogoś, kto Cię wspierał. Mam nadzieję, że powrót będzie przyjemny i znajdziesz tu nowe inspiracje. Miłego weekendu również 🌸

      Usuń
  9. Nas wyrzucono z Bloxa. Próbowałam zaprzyjaźnić się .z Wordpressem, ale okazał się dla mnie zbyt trudny. Ostatecznie od lat jestem na Bloggerze i całkiem mi tu dobrze. Co prawda posty z Bloxa zapisałam w komputerze, ale przy jego zmianie / był już bardzo stary!/ niechcący wszystko skasowałam. Sama się dziwię, ale dość szybko pogodziłam się ze stratą.
    A tak naprawdę, to kto to będzie czytał? I po co?…😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, czasami te zmiany platform potrafią dać w kość 😅 Fajnie, że znalazłaś swoje miejsce na Bloggerze i czujesz się tu dobrze – to w końcu najważniejsze. Straty zawsze bolą, ale skoro szybko się z tym pogodziłaś, to znak, że warto iść dalej i cieszyć się tym, co teraz masz. Co do czytających – wcale nie musi być ich tysiące, czasem wystarczy kilka osób, które naprawdę doceniają Twoją pracę 😊 Trzymaj się i powodzenia w nowych wpisach!

      Usuń
  10. Anonimowy14/3/26 18:49

    Musiałeś włożyć dużo pracy i poświęcić bardzo dużo czasu na takie ręczne przenosiny, ale jeśli pozwoliło Ci to doświadczyć pozytywnych dla Ciebie emocji, to dobrze. Pozdrawiam/ crouschynca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie tak. Włożyłem w to serce i cierpliwość – takie projekty naprawdę uczą wytrwałości i dają satysfakcję, nawet jeśli czasem męczą. Czasem najbardziej wartościowe są właśnie te rzeczy, które wymagają wysiłku.

      Usuń
  11. Podziwiam za przepisywanie tekstów, ale jak nie było innego wyjścia to myślę że postąpiłabym tak samo. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w takich sytuacjach człowiek po prostu robi to, co uważa za konieczne. Czasem nie ma idealnych rozwiązań i trzeba sobie jakoś poradzić z tym, co się ma. Ważne, że wszystko skończyło się dobrze. Również serdecznie pozdrawiam 🙂

      Usuń
  12. Każdy robi to w czy się spełnia to co sprawia mu przyjemność ,więc się nie dziwię że chciałeś zachować to co napisałeś - hmmm ciekawe tez doświadczenie powrotu do własnych myśli sprzed lat 😀 pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, takie rzeczy mają dla człowieka dużą wartość. Po latach fajnie jest zajrzeć do swoich dawnych przemyśleń i zobaczyć, jak wtedy się myślało i co było ważne. Czasem można się nawet trochę zdziwić samym sobą. Pozdrawiam również 🙂

      Usuń
  13. Założono mi konto na Bloggerze i już tu zostanę, bo nie lubię zmian i zawsze się boję, że podczas przenosin coś pójdzie nie tak, że stracę treści, zdjęcia itp. I tak wiecznie blogować nie będę, więc zostawiam wszystko tak jak jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem takie podejście. Jeśli wszystko działa i masz tam już swoje miejsce z zapisanymi wspomnieniami, to czasem naprawdę nie ma sensu tego ruszać na siłę. Najważniejsze, żeby pisało Ci się tam spokojnie i bez stresu o jakieś techniczne niespodzianki. 😊 Patrz a ja zamierzam blogować do emerytury lub dalej.

      Usuń
  14. Dla mnie blogger jest najlepszy, od początku tutaj działam i nie zamierzam nic zmieniać póki co:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam podobne podejście 🙂 Jeśli coś działa dobrze i jesteś do tego przyzwyczajony, to nie ma większego sensu na siłę wszystkiego zmieniać. Blogger może nie jest najnowszą platformą, ale jest prosty w obsłudze i robi dokładnie to, do czego został stworzony. Jeśli od początku tam działasz i wszystko Ci pasuje, to najważniejsze

      Usuń
  15. Podobnie jak Ty przeszłam z pisanie na Wordpressie na Bloggera. Zgadzam się z 100%, że to pierwsze blogerowe miejsce daje więcej możliwości, ma więcej funkcji, ale i jest bardziej sieciowo, internetowo wymagająca. Przeniosłam się, bo niegdyś dostępny u mnie Internet był zbyt słaby, bym mogła korzystać z WordPressu. Bywało tak, że nie mogłam zedytować własnego wpisu ;)

    Sytuacja się zmieniła, w tym szybkość i jakość mojego neta, ale i tak zostałam na Bloggerze, z racji na jego nieograniczającą mnie pojemność, w sensie brak limitu. Nie przepadam za ograniczeniami, nie bardzo mam ochotę płacić i dokupować miejsca, tym bardziej, że piszę jedynie o przygodówkach, przynajmniej w większości, a to mega nisza, nie generująca mnóstwa czytelników, więc pozostało miejsce, na którym dzielę się swoją pasją, w lipcu już dwa lata. Niby nie długo.... a jednak ;)

    Próbowałam też coś pisać na Wix, ale coś mi ta strona nie pasowała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię w pełni 😊 Czasem wygoda i brak ograniczeń naprawdę przeważają nad bardziej zaawansowanymi funkcjami. Blogger ma swój urok, zwłaszcza jeśli chodzi o prostotę i brak stresu z limitem miejsca – można pisać, ile się chce, bez zastanawiania się nad technikaliami. A niszowe tematy, jak Twoje przygodówki, często lepiej odnajdują swoje miejsce tam, gdzie nie trzeba walczyć o każdy megabajt.

      Usuń
  16. Nie wyobrażam sobie przepisywać aż tyle tekstów ręcznie.. Tym bardziej z okresu 2 lat ;) Ja pewnie przepisałabym tylko część i się poddała. Tak swoją drogą to może warto mieć swoje teksty dodatkowo na komputerze w jakimś uniwersalnym formacie, nawet w tym zwykłym programie typu WordPad? Teraz sama się nad tym zastanawiam, bo w sumie to nie jest taki zły pomysł :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ręczne przepisywanie jest strasznie czasochłonne 😅 Trzymanie kopii na komputerze to naprawdę dobry pomysł – nawet w prostym formacie tekstowym, jak WordPad czy Notatnik, masz przynajmniej bezpieczeństwo, że nic Ci się nie zgubi. Dodatkowo łatwiej potem edytować czy przenosić teksty między różnymi platformami. Tylko co z komentarzami?

      Usuń
  17. Swego czasu testowałem obydwie platformy. Wydaję mi się, że wordpress daje większe możliwości, ale niestety trzeba zabulić.

    Dwa blogi mam na blogspot. A jeden na wordpress.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię całkowicie. Też miałem podobne doświadczenie – WordPress faktycznie daje więcej swobody i opcji, ale czasem opłaty potrafią zaboleć. Blogspot jest prostszy i szybciej wystartujesz, więc idealny, jeśli nie chcesz się bawić w hosting czy wtyczki. Trzeba tylko pogodzić się z ograniczeniami, ale do zwykłego blogowania sprawdza się świetnie.

      Usuń
  18. Na bloggerze jestem już od 13 lat, ale mam jeszcze hosting na OVH. Przyznam, że ja się tym nie zajmuję jak również szablonem. Zazwyczaj proszę o to moją profesjonalistkę Karolinę. Mój czas jest tak wypełniony, że wolę ułatwiać sobie co mogę, niż coś zepsuć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w sumie bardzo rozsądne podejście 🙂 Jeśli masz kogoś sprawdzonego, kto się na tym zna, to szkoda czasu i nerwów na samodzielne grzebanie w technikaliach. Każdy powinien robić to, w czym czuje się najlepiej, a resztę po prostu delegować — szczególnie przy tak napiętym grafiku.

      Usuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń

WAŻNA ZDROWOTNA INFORMACJA:

Treści publikowane przeze mnie na blogu, w mediach społecznościowych (Instagram, itp.) ani w innych kanałach komunikacji nie stanowią profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam również indywidualnych porad ani konsultacji psychologicznych za pośrednictwem maila, komunikatorów czy mediów społecznościowych. Jeśli doświadczasz trudności psychicznych, emocjonalnych lub jesteś w kryzysie, gorąco zachęcam do skontaktowania się z wykwalifikowanym specjalistą — psychoterapeutą lub psychiatrą. To wspaniali profesjonaliści, którzy posiadają odpowiednią wiedzę i narzędzia, by realnie pomóc. Korzystanie z ich wsparcia jest ważnym i wartościowym krokiem 💙

PRAWA AUTORSKIE:

Wszelkie treści dostępne na blogu Andrzeja Włodarczyka podlegają ochronie prawnej. Ich pobieranie, kopiowanie, zwielokrotnianie, przechowywanie, rozpowszechnianie lub jakiekolwiek inne wykorzystywanie — niezależnie od formy, charakteru i sposobu wyrażenia — wymaga uprzedniej i jednoznacznej zgody właściciela bloga. Ochroną objęte są w szczególności treści słowne, tekstowe, graficzne, fotograficzne, audialne, audiowizualne, muzyczne, a także dane, informacje oraz bazy danych, bez względu na ich przeznaczenie i sposób utrwalenia. Zakaz dotyczy zarówno działań wykonywanych manualnie, jak i z użyciem narzędzi automatycznych, w tym systemów uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji. Powyższe zastrzeżenie nie obejmuje wykorzystywania treści wyłącznie w celu ich indeksowania przez wyszukiwarki internetowe ani korzystania z nich w ramach obowiązujących umów lub dozwolonego użytku przewidzianego przez właściwe przepisy prawa. Szczegółowe informacje dotyczące zasad korzystania z treści znajdują się pod tym linkiem. Materiały redakcyjne znajdujące się na blogu Andrzej Włodarczyk - https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu są wyłącznie własnością Andrzeja Włodarczyka. Stanowią one własność intelektualną. W związku z tym, w powołaniu na art. 25 Ustawy z 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych, autor bloga nie wyraża zgody na rozpowszechnianie (przedruk, wykorzystanie w przestrzeni internetowej, etc.) jakichkolwiek informacji zawartych na blogu Andrzej Włodarczyk - https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu bez pisemnej zgody autora.