Czy warto iść na jarmark bożonarodzeniowy w tym roku?
W tym roku postanowiłem po raz pierwszy wybrać się na jarmarki bożonarodzeniowe i przyznam szczerze, że doświadczenie przerosło moje oczekiwania. Odwiedziłem dwa miejsca, które zdecydowanie różnią się atmosferą, rozmiarem i sposobem prezentowania świątecznej magii – Kraków i Katowice. Już od samego wejścia na krakowski jarmark poczułem prawdziwą świąteczną aurę. Stoiska ciągnęły się jedno za drugim, a zapach pieczonych przysmaków, gorącego wina i aromatycznych przypraw wypełniał całe uliczki. Było ogromnie, tłumnie, kolorowo i… cenowo szaleńczo. 30 zł za bułkę z kiełbaską – tak, dobrze czytacie, kiełbaską, a nie kiełbasą – uderzyło mnie mocno, choć nie mogłem odmówić sobie spróbowania. Pomimo tego zaskoczenia uśmiech nie schodził mi z twarzy, bo jarmark w Krakowie ma w sobie coś, czego nie da się opisać słowami – atmosferę prawdziwej świątecznej krainy.
Z kolei Katowice pokazały mi zupełnie inny wymiar świąt. Choć stoisk było mniej i bardziej kameralnie, organizatorzy postarali się o atrakcje, które przyciągały zarówno dzieci, jak i dorosłych. Szczególnie zapadły mi w pamięć tzw. „ala szopki” – małe gabloty, w których znajdowały się świątecznie ubrane lalki. Co więcej, po naciśnięciu specjalnego przycisku lalki ożywały, tańczyły i śpiewały zagraniczne kolędy, co było wyjątkowo zabawnym i nietypowym doświadczeniem. Tutaj czuć było bardziej lokalny, rodzinny klimat, pełen interakcji i ciekawych niespodzianek dla każdego.
Podsumowując, jeśli chodzi o porównanie Śląska z Małopolską, moje serce zdecydowanie skłania się ku Krakowowi – większy rozmach, większa ilość stoisk i ta niepowtarzalna magia świąt sprawiają, że można poczuć się jak w prawdziwej bożonarodzeniowej bajce. Katowice z kolei to świetna opcja dla rodzin z dziećmi lub osób szukających czegoś bardziej kameralnego, z nutką kreatywności i zabawy. Całą atmosferę i moje ulubione kadry możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej lub na moim Instagramie, gdzie uchwyciłem zarówno świąteczne dekoracje, jak i uśmiechy przechodniów, które dodają tym miejscom wyjątkowego charakteru.
Spacer po krakowskim jarmarku bożonarodzeniowym to jak wejście do zupełnie innego świata. Już od pierwszych kroków widać, że organizatorzy zadbali o każdy detal – od oświetlenia, które migocze jak tysiące małych gwiazd, po ręcznie wykonane ozdoby, które zdobią stoiska. Każdy zakątek przyciąga wzrok: drewniane chatki pełne rękodzieła, ceramiki, ciepłych wełnianych czapek i szalików, słodyczy oraz aromatycznych przypraw. Największe wrażenie zrobiły na mnie stoiska z tradycyjnymi wypiekami i wędlinami – pachniało grzanym winem, świeżo pieczonymi piernikami i kiełbaskami prosto z grilla. To mieszanka zapachów, która sprawia, że nawet najbardziej zatwardziały przeciwnik świątecznej atmosfery mięknie.
Nie sposób nie zauważyć tłumów ludzi – wszyscy wędrują, zatrzymują się przy ulubionych stoiskach, fotografują dekoracje, rozmawiają, śmieją się i po prostu cieszą chwilą. Jednak, mimo tłoku, w Krakowie każdy znajdzie swoją przestrzeń. Jest coś magicznego w tym, jak świąteczne światełka odbijają się w oczach dzieci i dorosłych, jak uliczne koncerty wprowadzają ludzi w świąteczny nastrój, a dźwięk dzwoneczków z karuzeli miesza się z aromatem pierników. To miejsce, które na długo zostaje w pamięci – nie tylko wizualnie, ale też zapachowo i emocjonalnie.
Katowicki jarmark z kolei zaskoczył mnie swoją interaktywnością. Mniej stoisk nie oznaczało mniej atrakcji – wręcz przeciwnie. Skupiono się na detalach i angażowaniu odwiedzających. Ala szopki z lalkami były jednym z najbardziej kreatywnych elementów – po naciśnięciu przycisku lalki poruszały się, śpiewały kolędy, a niektóre nawet reagowały na ruchy ludzi stojących przed gablotami. To sprawiło, że nawet dorośli nie mogli powstrzymać uśmiechu i poczucia, że znów są dziećmi. Dodatkowo, atrakcje dla najmłodszych, takie jak warsztaty plastyczne czy mini karuzele, pozwalały rodzinom spędzić czas w sposób aktywny i pełen śmiechu. Katowice zrobiły na mnie wrażenie bardziej kameralnego, ale niezwykle ciepłego miejsca – pełnego detali, które pokazują, że magia świąt nie musi być tylko wielka i spektakularna.
Nie mogę też pominąć różnicy w cenach i dostępności produktów. Kraków imponuje rozmachem, ale jednocześnie potrafi mocno nadszarpnąć portfel. Katowice oferują bardziej umiarkowane ceny i większą różnorodność atrakcji „do przeżycia” niż „do kupienia”. Dlatego, jeśli ktoś szuka wielkiego, świątecznego widowiska, Kraków jest idealny. Natomiast jeśli zależy mu na spokojniejszym doświadczeniu z interaktywnymi atrakcjami i rodzinną atmosferą – Katowice mogą być strzałem w dziesiątkę.
Odwiedzając oba jarmarki, miałem okazję nie tylko chłonąć świąteczny klimat, ale też obserwować, jak ludzie reagują na przygotowane atrakcje. Widok uśmiechniętych dzieci i dorosłych, którzy zatrzymują się, by zrobić zdjęcie, spróbować przysmaków czy po prostu poczuć atmosferę, jest bezcenny. To właśnie te małe momenty tworzą magię świąt i sprawiają, że niezależnie od cen czy tłumów, warto się na takie wydarzenia wybrać.
Podczas moich wędrówek po jarmarkach odkryłem też, że święta to przede wszystkim czas dzielenia się radością i bycia razem, nawet jeśli tylko na krótką chwilę. Ludzie kupują dekoracje, przysmaki, ale najważniejsze są chwile uśmiechu, spojrzeń pełnych zachwytu i spontanicznych reakcji na atrakcje. To doświadczenie, które zostaje w pamięci i daje poczucie ciepła, które trudno znaleźć w codziennym pędzie życia.
Po odwiedzeniu obu jarmarków zostało mi jedno mocne przekonanie – magia świąt nie tkwi w liczbie stoisk, ani w cenach grzanego wina czy kiełbasek. Prawdziwa magia kryje się w doświadczeniu, które wynosimy ze sobą po wyjściu z rynku. W Krakowie zachwycił mnie rozmachem, monumentalnością dekoracji i możliwością zanurzenia się w prawdziwie świąteczną atmosferę. Każde stoisko, każdy zapach i każdy błysk świateł sprawiały, że czułem się częścią tej wielkiej komedii życia, która w grudniu nabiera wyjątkowego uroku.
Katowice z kolei pokazały, że nie zawsze wielkość decyduje o sile przeżyć. Tam liczy się pomysł, interaktywność i umiejętność zaangażowania odwiedzających. Miniaturowe, ruchome lalki, które poruszały się i śpiewały po naciśnięciu przycisku, warsztaty dla dzieci, kameralna atmosfera – to wszystko sprawiało, że święta czuło się tu bardziej osobiście, wręcz intymnie. To doświadczenie pozwalało na zatrzymanie się w biegu codzienności, spojrzenie na świat oczami dziecka i uśmiech, który pojawiał się spontanicznie, bez żadnego wysiłku.
Dla mnie oba miejsca miały swoje mocne strony, które trudno porównywać wprost. Kraków to spektakl dla zmysłów – feeria barw, zapachów i dźwięków, która może onieśmielać, ale też wciągać w wir świątecznego chaosu. Katowice natomiast to małe odkrycia, detale, które zatrzymują na chwilę i pozwalają docenić prostotę i kreatywność. I w tym tkwi sedno – nie chodzi o to, gdzie jest większy jarmark, ani gdzie stoisk jest więcej, ale o to, co z niego wynosimy dla siebie.
Osobiście zrozumiałem, że jarmarki bożonarodzeniowe to nie tylko zakupy, jedzenie i zdjęcia. To przestrzeń, w której można na chwilę odłożyć codzienny pośpiech, poczuć radość i ciepło, dzielić uśmiech z nieznajomymi i przypomnieć sobie, że magia świąt jest w nas samych, a nie tylko w wystawnych dekoracjach. To moment, kiedy nawet dorosły może poczuć ekscytację dziecka, a drobne przyjemności – zapach pierników, migotanie lampek, ruchome lalki – stają się tym, co naprawdę zostaje w pamięci.
Na koniec mogę tylko powiedzieć: warto odwiedzać jarmarki, nawet jeśli ceny wydają się przesadzone, a tłumy nieco przytłaczają. Bo w tych chwilach zatrzymuje się czas, a serce czuje coś, czego nie kupi się za żadną sumę. Kraków i Katowice nauczyły mnie, że święta to przede wszystkim doświadczenie i emocje, które wnosimy do swojego życia – radość, spokój i refleksję nad tym, co naprawdę ważne. I choć może to zabrzmieć banalnie, wiem jedno: wspomnienia, które wynosimy z takich chwil, pozostają z nami na długo, a magia świąt nie ma sobie równych, niezależnie od tego, w jakim mieście się ją przeżywa.

na bazary i do galerii handlowych /mimo różnic oprawy są to takie same miejsca/ z reguły chodzimy po coś, zaś aspekt rozrywkowy jest kwestią drugorzędną, choć bywają też ludzie, którzy uczęszczają tam głównie dla funu, aby sobie połazić...
OdpowiedzUsuńjarmarki okazjonalne, świąteczne, zmieniają tą kolejność, tam chodzimy właśnie dla zabawy, zaś ewentualne zakupy, z reguły przepłacone, robimy tam tylko przy okazji...
p.jzns :)
W galeriach czy na bazarach cel jest zwykle prosty i dość przyziemny — coś kupić, coś załatwić, wyjść. Jarmarki działają inaczej, bo tam sens wyjścia nie zaczyna się od portfela, tylko od nastroju. Człowiek idzie, żeby się przejść, popatrzeć, poczuć zapachy, chwilę pobyć między ludźmi bez konkretnego planu. Te droższe zakupy są w zasadzie „kosztem klimatu”, na który świadomie się zgadzamy. I chyba właśnie dlatego to ma sens — bo nie wszystko musi być racjonalne, czasem wystarczy, że jest przyjemne.
UsuńLubię atmosferę świątecznych jarmarków. U mnie, niestety, trwał krótko, bo tylko 4 dni i raczej był skromny. Natomiast obiecałam sobie, że muszę koniecznie odwiedzić w przyszłości jarmark na przykład we Wrocławiu, Gdańsku, czy właśnie w Krakowie :)
OdpowiedzUsuńTeż mam słabość do tej atmosfery, nawet jeśli sam jarmark jest niewielki. Chodzi bardziej o nastrój niż o rozmach – światła, zapach grzanego wina, ludzie, którzy na chwilę zwalniają. Te duże miasta kuszą właśnie tym, że można się w tym klimacie „zanurzyć” na dłużej, bez pośpiechu. Kraków czy Wrocław mają swój charakter, ale myślę, że każdy taki wyjazd to bardziej pretekst do bycia gdzieś indziej niż lista atrakcji do zaliczenia. Dobrze mieć takie małe plany na przyszłość, nawet jeśli jeszcze bez konkretnej daty :)
UsuńU nas jarmark był skromny i tylko trzydniowy.
OdpowiedzUsuńJarmarki jako takie lubię, ale rzadko cos kupuje, bo drogo lub mam wątpliwości, co do świeżości ciast i pieczywa.
Sam fakt, że jarmark się pojawia, już tworzy klimat, nawet jeśli trwa krótko i nie jest szczególnie rozbudowany. Też mam podobnie z zakupami — ceny potrafią zniechęcić, a przy jedzeniu człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to bardziej tradycja, czy już marketing. W efekcie zostaje spacer, kilka światełek, może kubek czegoś ciepłego i tyle wystarczy. Czasem mniej znaczy więcej, zwłaszcza jeśli nie trzeba niczego sobie udowadniać.
UsuńW Krakowie byłam kilka lat temu, niezapomniane wrażenia. U nas odbywa się Jarmark jednodniowy, nie jest tak może spektakularny, ale i tak miło było pochodzić między straganami, porozmawiać ze sprzedawcami czy wziąć udział w warsztatach. Szczególnie dzieci miały dużą frajdę, że mogły coś dla siebie świątecznego zrobić.
OdpowiedzUsuńTo widać, że takie momenty zostają w pamięci na dłużej, nawet jeśli skala wydarzenia jest zupełnie inna. Kraków robi wrażenie, ale ten lokalny, jednodniowy jarmark ma swój urok właśnie w prostocie i bezpośredniości. Możliwość spokojnej rozmowy ze sprzedawcami czy udział w warsztatach to coś, czego często brakuje w większych, bardziej „masowych” imprezach. A radość dzieci, kiedy mogą coś stworzyć własnymi rękami, jest chyba najlepszym dowodem, że nie wszystko musi być spektakularne, żeby miało sens.
UsuńCześć Andrzej! Coś się dzieje z wpisem, bo na smartfonie widzę tylko początek i nie ma opcji "czytaj dalej", ale na laptopie już ok.
OdpowiedzUsuńNie przepadam za takimi jarmarkami, głównie ze względu na bardzo wysokie ceny. Czuję się jakby wyzyskiwany, bo za 30 zł spokojnie mogę zjeść dobry obiad a nie to o czym piszesz. Poza tym, na jarmarkach nic nie kupuję - dlatego rzadko wybieram się w takie miejsca. Może tylko z ciekawości, lub zwykłego spaceru.
Też zwróciłbym uwagę na ten techniczny szczegół, bo dla wielu osób telefon to dziś podstawowe narzędzie czytania. Dobrze, że na laptopie działa, ale warto to sprawdzić. Już problem jest rozwiązany. Dzięki za zwrócenie uwagi.
UsuńCo do jarmarków – mam bardzo podobne odczucia. Ceny potrafią skutecznie odebrać przyjemność i zamiast klimatu pojawia się poczucie, że ktoś mocno naciąga temat „świąteczności”. Skoro za te same pieniądze można zjeść porządny posiłek, to trudno się dziwić, że człowiek podchodzi do tego z dystansem. U mnie też kończy się zwykle na krótkim spacerze i rozejrzeniu się z ciekawości. Sam klimat bywa miły, ale bez zakupów i bez presji, że „wypada” coś kupić.
Ja mam tak samo. U mnie jakieś stragany są, ale nie widzę potrzeby kupowania tam, choć możliwe że jakość jest bardzo dobra.
UsuńDokładnie, rozumiem Cię. Te stragany często mają fajny klimat i czasem rzeczywiście można trafić na coś wartościowego, ale dla mnie osobiście najczęściej nie ma potrzeby kupowania – raczej patrzę, poczuję atmosferę, popatrzę na produkty. Czasem jednak ciekawość kusi, bo niektóre rzeczy faktycznie mogą być lepsze niż w zwykłych sklepach.
UsuńAle czujesz tam atmosferę świąt? Bo ja czuję atmosferę biznesu, handlu, kupowania i prezentowania swoich wyrobów. Bombki, stroiki świąteczne, chleby, wędliny, miody i jakieś inne rzeczy - możliwe, że gdy ktoś naprawdę świętuje to kupuje sobie takie przedmioty. Dla mnie święta mogłyby nie istnieć, korzystam bo to okazja do odpoczynku, wolnego dnia, pospania dłużej itp. No ale świat jest tak różnorodny, że pewnie sporo ludzi zdecyduje się na zakupy na takich jarmarkach. I dobrze, niech wspierają PKB i czują się lepiej - bo często kupowanie poprawia nastrój.
UsuńDla wielu osób jarmarki i całe to „świąteczne” zamieszanie mają dziś więcej wspólnego z handlem niż z przeżywaniem czegokolwiek głębiej. Sam też mam wrażenie, że atmosfera bywa bardziej sprzedażowa niż świąteczna, a dekoracje i stoiska często przykrywają zwykły biznes.
UsuńZ drugiej strony przyjmuję to raczej bez złości. Jeśli dla kogoś kupienie bombki, chleba czy miodu faktycznie jest elementem świętowania, to nie ma w tym nic złego. Każdy potrzebuje innego pretekstu, żeby na chwilę zwolnić albo poprawić sobie nastrój. Ja również traktuję ten czas głównie jako moment odpoczynku i wyhamowania, bez wielkich uniesień. I chyba właśnie w tej różnorodności podejść jest najwięcej sensu — jedni znajdą magię, inni spokój, a jeszcze inni po prostu wolny dzień.
Byłam na jarmarku świątecznym w Katowicach, bardzo mi się podobało. Jednak najlepsza była przejażdżka tym wielkim diabelskim młynem.
OdpowiedzUsuńKrakowa nie lubię, więc tam nie jeżdżę, zaliczyłam jeszcze jarmark świąteczny w Ciechocinku dwa lata temu, gdy byłam w sanatorium. Bardzo mi smakowały grzańce.
Ten diabelski młyn w Katowicach rzeczywiście robi robotę — zmienia perspektywę dosłownie i w przenośni, a to często najlepsza część takich wyjść. Każdy ma swoje miasta, z którymi mu po drodze i takie, do których nie ciągnie, i nie widzę w tym nic dziwnego. Ciechocinek pasuje tu idealnie — spokojniejszy, bardziej „do przejścia”, a dobry grzaniec potrafi skutecznie dopełnić całą atmosferę. Czasem właśnie takie proste przyjemności zostają z nami najdłużej.
UsuńPobyt w sanatorium był dla mnie w ogóle ogromną przyjemnością. Codziennie basen, różne zabiegi, wysypianie się w dowolnym momencie, błogie lenistwo, mili ludzie... Chyba to powtórzę.
UsuńBrzmi naprawdę świetnie. Takie pobyty potrafią dać sporo energii i odprężenia, zwłaszcza gdy można pozwolić sobie na codzienny relaks bez pośpiechu. Basen, zabiegi i spokojny rytm dnia to naprawdę luksus, którego czasem brakuje w zwykłym życiu. Też bym się chętnie na coś takiego wybrał.
UsuńDokładnie tak — na jarmarki idzie się dla klimatu i zabawy, a nie dla zakupów. Te są tylko dodatkiem, często przepłaconym, ale akceptowanym, bo płaci się głównie za atmosferę i oderwanie od codzienności. Galerie i bazary są „po coś”, jarmarki są „dla przeżycia”.
OdpowiedzUsuńJarmarki działają na zupełnie innym poziomie niż miejsca codziennych zakupów — tam nie chodzi o rozsądek ani kalkulację, tylko o chwilowe wyjście z rutyny. Człowiek idzie bez listy, bez planu, bardziej po to, żeby się przejść, popatrzeć i złapać ten moment „poza codziennością”. Te drobne, droższe zakupy są w gruncie rzeczy symbolem tego przeżycia, a nie realną potrzebą. I chyba właśnie dlatego wielu z nas wciąż tam wraca, nawet mając pełną świadomość, jak to wygląda od strony praktycznej.
UsuńTo wszystko prawda! Piękny wpis poruszający to co najistotniejsze w jarmarkach, no i w życiu - obecność drugiego człowieka. Wszystko inne to miły dodatek. Pięknych świąt!
OdpowiedzUsuńZgadzam się w pełni – w tym wszystkim najważniejsze są spotkania i chwile spędzone z innymi. Atmosfera, światełka czy zapach pierników są przyjemne, ale to towarzystwo nadaje całości sens. To miły przypominacz, że czasem warto zwolnić i po prostu być z ludźmi. Dziękuję za komentarz i również życzę spokojnych, ciepłych Świąt.
UsuńU mnie w mieście jak co roku był, i wciąż jest jarmark, ale jakoś do tej pory nie udało mi się na niego dotrzeć, i nie wydaje mi się, bym znalazła na niego czas ;)
OdpowiedzUsuńJarmark niby jest „pod ręką”, co roku ten sam, a jednak życie toczy się swoim rytmem i jakoś nie ma ani potrzeby, ani przestrzeni, żeby tam zajrzeć. I chyba to też jest w porządku — nie wszystko trzeba zaliczać tylko dlatego, że jest sezonowe albo „świąteczne”. Czasem ważniejsze jest to, na co realnie mamy ochotę i energię, a nie to, co dzieje się w tle miasta. Jeśli się nie uda, świat się od tego nie zawali.
UsuńO rety ! jak dużo ludzi tam było. Ja tego roku nie byłam na żadnym jarmarku Bożonarodzeniowym. Miłego weekendu.
OdpowiedzUsuńTeż mam wrażenie, że z roku na rok tych ludzi jest coraz więcej i że ta skala potrafi przytłoczyć. Czasem sama myśl o przeciskaniu się przez tłum skutecznie odbiera chęć na „świąteczny klimat”. Skoro w tym roku odpuściłaś jarmarki, to nic straconego — święta i tak da się przeżyć spokojnie, na własnych zasadach. Miłego, spokojnego weekendu i chwili oddechu bez pośpiechu.
UsuńOstatnio nie jestem przekonana do takich imprez, ale wiem, że to wynik miejsca w którym się znalazłam w życiu w ostatnim czasie. Był czas, że z przyjemnością chodziłam. Możliwe, że to pragnienie jeszcze się we mnie odrodzi.
OdpowiedzUsuńCzasami nasze podejście do pewnych rzeczy zmienia się w zależności od tego, co aktualnie dzieje się w naszym życiu. To naturalne, że kiedyś coś sprawiało przyjemność, a w danym momencie mniej nas do tego ciągnie. Ważne, że nie przekreślasz tego całkowicie — czasem potrzeba po prostu chwili, żeby znów poczuć tę ochotę i radość z uczestnictwa.
UsuńCzytając ten tekst, miałam wrażenie, jakbym sama spacerowała między stoiskami i chłonęła świąteczną atmosferę razem z autorem. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki opisujesz detale – zapachy, światła, drobne elementy dekoracji – to właśnie one sprawiają, że ten wpis jest tak obrazowy i przyjemny w odbiorze.
OdpowiedzUsuńMieszkałam w Katowicach przez wiele lat, dlatego opowieści, w których mogę odnaleźć to miasto, mają dla mnie szczególną wartość i wywołują spory sentyment :)
Masz w tym dużo racji – detale naprawdę robią ogromną różnicę i potrafią przenieść czytelnika w samo centrum opisywanej sceny. Dla kogoś, kto zna Katowice, takie wspomnienia mają dodatkowy wymiar, bo można odnieść opisy do własnych doświadczeń. Twój komentarz dobrze oddaje, jak ważne są takie „małe rzeczy”, które sprawiają, że tekst staje się bardziej żywy i osobisty.
UsuńWspaniałe porównanie dwóch jarmarkow, podczas czytania poczułam jakbym też tam była i czuła ta świąteczna atmosferę przechadzajac się miedzy stoiskami. To jest niesamowite, że w każdym miejscu jarmark wygląda zupełnie inaczej, ma swoje plusy, minusy, i można w nim z ale coś wyjątkowego.
OdpowiedzUsuńW Polsce niestety nie byłam na żadnym jarmarku, jak jeszcze tam mieszkalam to w moim miasteczku nie było nic takiego. Kiedyś oglądałam zdjęcia z Wrocławia z jarmarku i pięknie to wszystko wyglądało choć ceny też były znacznie większe niż w innych miastach.
W Glasgow praktycznie co roku jestem na jarmarku bo mam blisko i każdego dnia trochę inaczej wygląda, są stałe elementy, ale też są nowe. W tamtym roku był utworzony piękny kolorowy tunel w kształcie gwiazdy, animacje na budynku zmieniające się do rytmu muzyki, a w tym roku jeden jarmark został przeniesiony w zupełnie inne miejsce i jest w parku, co zawsze był w środku miasta. Jest lodowisko, wesole miasteczko, wiele stoisk z jedzeniem, pamiątkami ręcznie robionymi i muzyka na żywo.
Te różnice między jarmarkami w różnych miastach są chyba właśnie tym, co sprawia, że nie stają się one nudne ani powtarzalne. Każde miejsce dodaje coś od siebie – inną przestrzeń, tempo, klimat. To, co piszesz o Glasgow, dobrze pokazuje, że jarmark może być czymś żywym, zmieniającym się z roku na rok, a nie tylko zestawem tych samych stoisk.
UsuńNajlepszy podobno jest w Gdańsku, całkiem niedaleko mam, ale wolę chyba bardziej kameralne miejsca. Chciałam wybrać się w tym roku, może jeszcze mi się to uda. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńDuże, „najlepsze” jarmarki brzmią kusząco, ale często właśnie ta skala trochę mnie zniechęca. Wolę miejsca, gdzie da się spokojnie przejść, coś zauważyć, zatrzymać się bez przeciskania przez tłum. Gdańsk kusi klimatem i historią, więc może warto dać mu szansę choćby raz, nawet poza godzinami największego ruchu. A jeśli się nie uda w tym roku, to nic na siłę — takie plany dobrze smakują wtedy, gdy są naturalne. Pozdrawiam ciepło 🙂
UsuńW moim mieście, pewnie jak w każdym innym jest taki jarmark bożonarodzeniowy...
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że wszystkie są do siebie bardzo podobne. Głośno, przaśnie, rubasznie, dużo ludzi, drogo jak nie wiem... i choć nie przepadam za zgiełkiem, i tłumem, to tam zaglądam, choćby tylko po to, by sobie popatrzeć na kolorowe dekoracje, radujące się dzieciaki, by zrobić przy okazji kilka zdjęć. W grudniu tego roku jeszcze na takowym nie byłam, ale może jak pojawi się trochę śniegu, to nabiorę większej ochoty 🤔.
Rozumiem to podejście. Te jarmarki faktycznie często są do siebie bardzo podobne — ten sam hałas, podobne stoiska i ceny, które potrafią skutecznie odebrać entuzjazm. A jednak jest w nich coś, co mimo wszystko przyciąga, choćby na chwilę. Nie po to, żeby kupować czy stać w tłumie, ale żeby popatrzeć, złapać jakiś kadr, zobaczyć dzieciaki cieszące się światełkami. Dla mnie to też raczej krótki spacer niż „wydarzenie”. I masz rację — śnieg potrafi zmienić wszystko. Wtedy nawet to, co znane i trochę przaśne, nabiera innego klimatu. Jeśli się pojawi, może faktycznie będzie większa ochota, a jak nie — to też w porządku.
UsuńTegoroczny Jarmark jeszcze przede mną. Żona jednak z pewnością dopilnuje naszej tam obecności. Rzeczywiście Kraków powala cenami, ale czegóż nie robi się dla tradycji. Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńZ jarmarkami chyba tak już jest, że idzie się tam trochę z obowiązku, trochę z przyzwyczajenia, a trochę dla samego faktu bycia razem. Ceny w Krakowie potrafią skutecznie ostudzić zapał, ale tradycja ma swoją wartość, zwłaszcza gdy staje się pretekstem do wspólnego wyjścia i złapania na moment tego świątecznego klimatu. Nawet jeśli człowiek narzeka, to potem i tak zostaje jakieś miłe wspomnienie. Pozdrawiam serdecznie.
UsuńWybieram się jeszcze na jarmark, więc Twoje wskazówki wydają mi się wartościowe. U nas popularne są również pokazy światełek bożonarodzeniowych przy domach prywatnych, w miasteczkach i parkach. Można je oglądać z samochodu lub pieszo. Wybrać się na łyżwy, bo często przygotowane są lodowiska. Spotkanie ze znajomymi przy gorącej czekoladzie lub grzańcu, nawet jeśli jest to jedzonko ze straganów, bezcenne.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że poczułeś ducha świąt.
Masz rację, te drobne rzeczy często budują świąteczny klimat mocniej niż same jarmarki. Pokazy światełek czy lodowiska mają w sobie coś spokojniejszego, bardziej „do przeżycia” niż do zaliczenia. Fajnie, że wspominasz o spotkaniach ze znajomymi, bo to chyba one zostają w pamięci najdłużej, niezależnie od tego, czy kawa jest z kawiarni, czy kubek grzańca ze straganu.
Usuń:-)no pacz a my właśnie sie wybieramy na jarmarki po świętach , do Bielska białej, Bratysławy, Zakopanego i Krakowa . Byliśmy w listopadzie w Berlinie na jednym...ale to zdecydowanie za wcześnie. fajnie, ze piszesz.
OdpowiedzUsuńPo świętach jarmarki oddychają spokojniej, łatwiej coś zobaczyć, poczuć klimat, a nie tylko przeciskać się przez tłum. Berlin w listopadzie faktycznie bywa jeszcze bez tej właściwej iskry, więc rozumiem niedosyt. Trasa, którą planujecie, brzmi bardzo dobrze — każde z tych miejsc ma zupełnie inny charakter.
UsuńZaglądam do Ciebie na chwilę, bo tuż tuż Wigilia, Boże Narodzenie...
OdpowiedzUsuńAle oczywiście lubię atmosferę bożonarodzeniowych jarmarków. Najwięcej wzruszenia przeżyłam na jednym w czeskiej Pradze.
Życzę Ci ciepłej, wigilijnej nocy, pełnej radości i bliskości. Niech Święta przyniosą wiele dobrych chwil, a dni je poprzedzające niech upłyną bez pośpiechu.
Jarmarki potrafią mieć w sobie coś poruszającego, zwłaszcza gdy trafia się na miejsce, które zostaje w pamięci – Praga rzeczywiście ma w tej materii swój niepowtarzalny klimat. Dobrze, że przypominasz o spokoju i uważności w tych ostatnich dniach przed Wigilią, bo to właśnie one często decydują o tym, jak przeżyjemy same święta. Dziękuję za te życzenia i życzę równie ciepłej, dobrej przestrzeni dla siebie w tym czasie.
UsuńMy chodzimy co roku na jarmark w naszym mieście. Jest mały i jednodniowy połączony ze spotkaniem z Mikołajem. W tym roku nam się nie udało z powodu chorób dzieci, ale za to zdążyliśmy odwiedzić jarmark w Warszawie. Jechałam od razu z założeniem, aby po prostu poczuć magię świąt, pospacerować bez konieczności kupienia. Ii.. nie udało mi się poczuć magii jarmarku, bo wybraliśmy się w weekend i ludzi było po prostu za dużo. Zamiast pooglądać piękne stoiska musiałam skupić się, aby nie zgubić dzieci. Ale to mnie nie zniechęca do kolejnych prób, jedynie daje nauczkę aby jeździć w ciągu tygodnia :)
OdpowiedzUsuńRozumiem to bardzo dobrze. Przy takich wydarzeniach granica między „klimatem” a zwykłym logistycznym wyzwaniem potrafi być cienka, zwłaszcza gdy w grę wchodzą dzieci i weekendowy tłum. Fajne jest to, że pojechałaś tam bez presji kupowania, z nastawieniem na spacer i atmosferę — szkoda tylko, że rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Ale masz rację, to raczej lekcja na przyszłość niż powód, by całkiem odpuścić. Czasem wystarczy zmienić moment, tempo albo miejsce, żeby ten sam jarmark odebrać zupełnie inaczej. I dobrze, że mimo wszystko nie gasisz w sobie ciekawości ani chęci kolejnych prób.
UsuńJa z kolei odpuszczam sobie jarmarki. Raz byłam na jednym, ale był mały i pusty tron Mikołaja robił smutne wrażenie. W tym roku przed jedną galerią handlową widziałam obszar zagospodarowany niczym taki świąteczny jarmark - ładnie to wszystko wyglądało, ale nie zwiedzałam dokładnie, bo akurat co innego było celem mojej wyprawy w te okolice owego dnia.
OdpowiedzUsuńCzasami te „mini-jarmarki” czy dekoracje przy galeriach wyglądają ładnie, ale brakuje im tej prawdziwej atmosfery i magii, którą można poczuć tylko w większych, dobrze zorganizowanych miejscach. Czasem lepiej odpuścić i korzystać z okazji, które naprawdę sprawiają przyjemność, zamiast oglądać coś, co tylko udaje świąteczny klimat.
UsuńU mnie w mieście jest jarmark, ale jako że nie lubię tłumów i tabunów ludzi to w dni powszednie sobie zaglądam co tam słychać, ale ceny skutecznie mnie odstraszają od zakupów tam :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńDokładnie to rozumiem. Sama atmosfera jarmarku potrafi być przyjemna, zwłaszcza kiedy jest spokojniej w dni powszednie, ale te ceny potrafią skutecznie ostudzić zapał do zakupów. Czasem wystarczy po prostu pospacerować, pooglądać dekoracje i poczuć klimat, bez presji kupowania czegokolwiek.
UsuńKatowicki jarmark znam tylko z Twojego opisu, ale krakowski...ileż to razy serce biło w przyśpieszonym rytmie na widok świątecznej radości pomieszanej z tym i owym...
OdpowiedzUsuńJarmarki wchodzą już do najmniejszych miasteczek i dobrze. Niech ta świąteczna radość udziela się wszystkim. Serdecznie pozdrawiam, dziękuję za odwiedziny na moim blogu i pięknych Świąt życzę we wszystkich wymiarach.
Zgadzam się, że jarmarki, nawet w najmniejszych miejscowościach, potrafią wprowadzić w ten specyficzny, świąteczny nastrój. Fajnie, że mimo całego zgiełku potrafisz dostrzegać w tym radość i cieszyć się drobnymi chwilami. Również życzę spokojnych, pełnych ciepła Świąt!!
UsuńPięknie ujęta esencja świątecznych jarmarków 🎄 — zarówno ich bajkowej atmosfery, jak i tego, co mniej oczywiste (ceny, tłumy, różne doświadczenia w różnych miastach). Świetnie się czyta o tym, jak klimat, zapachy i światła potrafią wywołać uśmiech, nawet jeśli portfel trochę cierpi 😊. Dla mnie takie miejsca to przede wszystkim chwila zatrzymania się w pędzie dnia codziennego — nawet krótki spacer między stoiskami potrafi wprawić w świąteczny nastrój.
OdpowiedzUsuńJarmarki mają w sobie coś, co potrafi zatrzymać człowieka na chwilę i przypomnieć o tym, co w świętach naprawdę ważne. Fajne jest też to, że mimo tłumów czy wysokich cen, te drobne przyjemności — światła, zapachy, uśmiech dziecka — zostają w pamięci i wprowadzają w dobry nastrój. Czytając Twój opis, niemal poczułem tę atmosferę.
UsuńW tym roku znalazłam się na jarmarku przypadkiem i porobiłam tam kilka zdjęć, ale zupełnie nie miałam weny, cykałam bez natchnienia. Nie łapię tej atmosfery.
OdpowiedzUsuńJedzonko przepysznie wygląda, ale niestety wszystko ma tak wywindowane ceny, że szkoda portfel otwierać.
Jarmarki to jest przede wszystkim biznes, wiadomo. A dla oglądającego? Co kto lubi. Jeżeli jesteś wypełniony duchem tradycji i religijności, obecność tam, pozostawi po sobie miłe wspomnienia. Dla kogoś kto już wyszedł z religii, będzie to kolejny rynek – ale – pragnę zauważyć, że ładniejszy i należy odwiedzać tylko po zmroku. Bardzo lubię iluminacje uliczne.
Ilekroć robię relacje z takich miejsc, wiem, że wielu osobom materiał przypadnie do gustu. Budzi ciepłe skojarzenia z nadchodzącą wigilią i odpoczynkiem.
Zgadzam się z Twoją obserwacją — jarmarki mają różne oblicza w zależności od nastawienia odwiedzającego. Dla jednych to magia świąt i tradycji, dla innych po prostu ładnie przystrojony rynek z wysokimi cenami. Mi też zdarza się robić zdjęcia bardziej z przyzwyczajenia niż z inspiracji, ale czasem wystarczy chwila światła, zapach grzańca czy dziecięcy uśmiech, żeby poczuć choć odrobinę tej atmosfery. Twoja uwaga o odwiedzaniu po zmroku trafia w punkt — iluminacje naprawdę potrafią nadać miejscu inny wymiar.
UsuńKiedyś chodziłam na jarmarki, ale z czasem (tzn. z wiekiem) się zniechęciłam.
OdpowiedzUsuńNa tych, na których byłam brakowało owej magii, która sprawia, że z zachwytem przyglądamy się wszystkiemu. Za tłoczno, za głośno, za... przaśnie, zbyt chaotycznie. Do tego czasem niezbyt przyjemny zapach jedzenia, którym się przesiąka na wiele godzin.
Wolę w tym czasie pójść na spacer do lasu.
Rozumiem Cię doskonale. Te wszystkie tłumy, hałas i przesycone zapachy potrafią skutecznie odebrać przyjemność z wizyty na jarmarku. Dla mnie też czasami lepszym wyborem jest cisza i kontakt z naturą — spacer po lesie daje w tym okresie coś, czego nie zastąpi żadna świąteczna dekoracja, a do tego pozwala naprawdę odpocząć i odetchnąć od codziennego zgiełku.
UsuńCzy warto iść na jarmark bożonarodzeniowy ? Jeśli to sprawia radość zainteresowanemu to warto :) Generalnie warto robić rzeczy , które sprawiają nam frajdę :)
OdpowiedzUsuńSens takich wyjść jest prosty: jeśli sprawia Ci to przyjemność, to jest w tym wartość. Dla mnie jarmarki mają sens głównie wtedy, gdy człowiek naprawdę czerpie z nich radość, a nie tylko „trzeba być”, bo tak wypada. Warto wybierać to, co daje pozytywne emocje, nawet jeśli dla innych wydaje się drobnostką.
UsuńW Krakowie najciekawszy jarmark był na Małym Rynku, gdzie królowało rękodzieło, a pajda chleba była tańsza o 10 zł od tej z głównego Rynku.
OdpowiedzUsuńTeż mam podobne odczucia. Mały Rynek zawsze wydawał mi się bardziej „ludzki” – mniej nachalny, spokojniejszy, z ofertą, za którą stoją konkretni ludzie, a nie masowa sprzedaż pod turystów. Rękodzieło faktycznie robi tam różnicę, bo widać serce i pracę włożoną w te rzeczy. A ta różnica w cenach, nawet przy tak prozaicznej pajdzie chleba, dobrze pokazuje, jak bardzo lokalizacja potrafi zmienić sens jarmarku. Dla mnie to właśnie takie miejsca budują prawdziwy klimat miasta.
UsuńByłam, ale bez konsumcji, w Krakowie.
OdpowiedzUsuńMęczą mnie tłumy, wolę mnie jarmarki.
Pozdrawiam:)
Rozumiem Cię całkowicie – ja też coraz częściej wybieram spokojniejsze miejsca i spacery bez tłumów. Czasami łatwiej wtedy poczuć atmosferę miasta i po prostu się zrelaksować, zamiast gonić za wszystkimi atrakcjami. Kraków w weekendy potrafi przytłoczyć.
UsuńKocham wszelkie jarmarki i tyle😄😊😄😊
OdpowiedzUsuńDobrego Nowego roku:)
Ja też mam słabość do jarmarków – te zapachy, światełka i tłum ludzi wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, lubię tę atmosferę. 😄 Cieszę się, że są takie miejsca, gdzie można poczuć trochę radości i codziennego ciepła. Tobie również wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! 🎉
UsuńJuż po. Lubię popatrzeć na jarmarki, choć nie lubię wrzaskliwej muzyki i reklam. Na szopki ze zwierzętami spoglądam z niechęcią. Żal mi tych zwierząt.
OdpowiedzUsuńZdecydowanie podzielam Twój niepokój w kwestii żywych zwierząt w szopkach — trudno mi patrzeć na nie w takich warunkach, zawsze myślę, że powinny być gdzie indziej, w naturalnym środowisku albo przynajmniej w spokoju.
UsuńWitaj, Andrzeju.
OdpowiedzUsuńW końcu dotarłam do Twojego bloga, zastanawiam się tylko, czy jest on rzeczywiście Twój, czy korzystasz z pomocy.?
To podejrzenie pojawiło się, gdy sama spróbowałam z tej pomocy skorzystać i "Twoje" słowa bardzo mi przypominają, to co ja uzyskalam, korzystając z tej pomocy, ale nigdy nie opublikowałam.
Ciekawa jestem, czy mam rację?