Szokujące zmiany w komunikacji miejskiej – Twoje rozmowy i ulubione piosenki zakazane!

 

 

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęła się moja fascynacja komunikacją miejską w Krakowie, ale jedno wiem na pewno — to zawsze było coś więcej niż tylko przemieszczanie się z punktu A do punktu B. Tramwaje, autobusy, ich rozkłady, stukot kół po szynach, zapach porannej kawy i półprzytomnych pasażerów – to była codzienna symfonia miasta, której każdy z nas był częścią. Ludzie wsiadali i wysiadali, w tle ktoś nucił swoją ulubioną piosenkę, ktoś prowadził rozmowę przez telefon, ktoś inny próbował wcisnąć się w wolne miejsce, trzymając w ręku papierową gazetę albo laptopa. To była ta swoista dynamika miasta, nieprzewidywalna i chaotyczna, ale też piękna w swojej zwyczajności.

I nagle, tak po cichu, jak cienie w porannym świetle, pojawił się komunikat: od 12 stycznia 2026 roku w autobusach i tramwajach Krakowa rozmowy i odtwarzanie muzyki w trybie głośnomówiącym stają się zakazane. Bez ostrzeżenia, bez dyskusji, po prostu — nowy regulamin wchodzi w życie. Przepisy nie dotyczą już tylko tradycyjnych radioodbiorników, które w dzisiejszych czasach są prawie muzealnym eksponatem, ale obejmują telefony komórkowe, zestawy głośnomówiące, przenośne głośniki i nawet instrumenty muzyczne. W praktyce oznacza to koniec głośnych rozmów i mini-koncertów, które czasem uprzyjemniały drogę do pracy czy szkoły. Za złamanie zakazu grozi kara 200 zł, a kontrola przepisów spoczywa zarówno na kontrolerach biletów, jak i na kierowcach oraz motorniczych.

Dla mnie, pasażera, który od lat przemierza krakowskie tramwaje i autobusy, to nie jest tylko kwestia nowego przepisu. To zmiana w rytmie codzienności, w doświadczeniu miasta. Komunikacja miejska przestaje być miejscem spontanicznych kontaktów, miejscem, gdzie ludzie dzielili się historiami, emocjami, drobnymi radościami i irytacjami. Zyskujemy ciszę, ale kosztem czegoś bardziej ulotnego – atmosfery wspólnego miasta, które żyje i oddycha razem z nami.

Nie mogę też nie myśleć o kontrastach: w sieci, w komentarzach, już teraz pojawia się fala frustracji i sprzeciwu. Ludzie dzielą się swoimi doświadczeniami, a niektórzy wspominają, jak podobne pomysły w Warszawie w 2017 roku okazały się nieskuteczne – bo jak egzekwować ciszę w zatłoczonym autobusie, w którym każdy spieszy się do pracy lub szkoły? Czy 200 zł mandat rzeczywiście wprowadzi porządek, czy raczej wywoła jeszcze większe napięcie i poczucie kontroli?

A przecież historia tego zakazu zaczęła się od zwykłej petycji mieszkańca, który wskazał, że regulamin z 2008 roku nie przystaje do nowoczesnej rzeczywistości smartfonów i przenośnych głośników. I nagle ta drobna inicjatywa stała się powodem do wprowadzenia zmian, które odmienią codzienną rutynę tysięcy ludzi.

To nie jest tylko artykuł o przepisach – to opowieść o tym, jak zmienia się nasze wspólne życie, jak miasto próbuje narzucić nowe reguły i jak my, pasażerowie, będziemy musieli odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.

 

 

Nie sposób przejść obojętnie obok pierwszych dni obowiązywania zakazu rozmów i muzyki w krakowskiej komunikacji miejskiej. Wsiadając do tramwaju w godzinach szczytu, od razu czuć napięcie w powietrzu – ludzie patrzą na siebie, unoszą brew, wyciągają smartfony, ale w milczeniu, z wyczekiwaniem, jakby każdy w wagonie badał, kto odważy się pierwszy złamać nowe zasady. Sam przyznaję, że czuję dziwny dysonans – z jednej strony cenię spokój, z drugiej tęsknię za tymi drobnymi dźwiękami życia miasta: nuceniem piosenki przez kogoś w słuchawkach, śmiechem podczas rozmowy telefonicznej czy drobną dyskusją pasażerów stojących w korku tramwajowym.

Pierwsze dni przyniosły też konkretne sytuacje, które pokazują, jak trudne będzie praktyczne egzekwowanie zakazu. Kontrolerzy biletów przyłapali pasażerów puszczających muzykę z głośników przenośnych. Kierowcy autobusów musieli reagować na osoby prowadzące rozmowy przez zestawy głośnomówiące – w niektórych przypadkach wzywając ich do opuszczenia pojazdu. Atmosfera zmienia się momentalnie, bo nagle codzienny rytuał komunikacyjny staje się grą na granicy przepisów. Ludzie patrzą na siebie nerwowo, starając się przewidzieć, kto zgłosi naruszenie, a kto po prostu będzie ignorował zakaz. To zupełnie nowa dynamika społeczna w miejskim transporcie.

Sieć społecznościowa zareagowała natychmiast. Na grupach mieszkańców Krakowa pojawiły się dziesiątki postów, komentarzy i memów, które obśmiewają nowe przepisy. „Cisza w tramwaju niczym w bibliotece – a gdzie moje podcasty?”, pisze jeden użytkownik. „200 zł za rozmowę? Lepiej mówić do siebie w myślach”, komentuje inny. Z drugiej strony widać też poparcie – osoby starsze, pracujące czy rodzice z dziećmi podkreślają, że nowy zakaz poprawi komfort podróży. W tej sieci napięć i opinii tworzy się swoisty mikroświat, w którym każdy pasażer staje się potencjalnym świadkiem lub naruszycielem przepisów.

Nie można też zapomnieć o finansowych i prawnych konsekwencjach. Mandat 200 zł to nie drobiazg – zwłaszcza dla studentów, młodych pracowników czy osób, które codziennie korzystają z komunikacji miejskiej. Każde złamanie zakazu staje się natychmiast ryzykiem finansowym, a kontrolerzy mają jasno określone uprawnienia: mogą wystawić opłatę wyłącznie w momencie stwierdzenia naruszenia, nie licząc zgłoszeń czy nagrań przesłanych po fakcie. To oznacza, że pasażerowie muszą być w pełni świadomi przepisów i konsekwencji ich łamania, a miasto nie przewiduje taryfy ulgowej.

Warto spojrzeć też szerzej – porównania z innymi miastami pokazują, że Kraków nie jest pierwszym, który próbuje wprowadzić ciszę w komunikacji miejskiej. Londyn czy Warszawa mierzyły się z podobnymi problemami. W Londynie wprowadzono przepisy ograniczające głośne zachowania pasażerów, ale egzekwowanie ich w zatłoczonych autobusach było trudne, a mandaty w wielu przypadkach okazały się nieskuteczne. W Warszawie w 2017 roku podjęto próbę ograniczenia hałasu, ale działania kontrolerów i kierowców były zbyt niejednolite, by wprowadzić realną zmianę. Kraków stara się uczyć na cudzych doświadczeniach – nowe przepisy są bardziej precyzyjne, jasno określają urządzenia objęte zakazem i wysokość kar, a także odpowiedzialność kontrolerów i kierowców.

Możliwe scenariusze rozwoju konfliktu są równie ciekawe, co niepokojące. Pierwszy wariant to pełna akceptacja – pasażerowie szybko przyzwyczają się do ciszy, a autobusy i tramwaje staną się miejscem spokojnej podróży, co dla wielu może być prawdziwym luksusem w hałaśliwym mieście. Drugi scenariusz to częściowy opór – ludzie będą unikać komunikacji miejskiej w godzinach szczytu, wybierać samochody albo rowery, a miasto stanie przed wyzwaniem egzekwowania przepisów i utrzymania frekwencji w transporcie publicznym. Trzeci scenariusz, bardziej dramatyczny, zakłada lawinę sprzeciwu – pasażerowie mogą próbować „obejść” przepisy, wprowadzając własne formy buntu, podobnie jak w Londynie przy ULEZ. W sieci pojawią się kampanie, memy, protesty, a kontrolerzy staną przed trudnym zadaniem mediacji między regulaminem a społeczną rzeczywistością.

Rozwinięcie tej historii pokazuje jedno: Kraków wchodzi w nową erę komunikacji miejskiej, w której prywatność, swoboda i spontaniczność pasażerów są konfrontowane z zasadami porządku i komfortu wspólnego. Każdy tramwaj i autobus staje się areną testu społecznego – testu, w którym miasto, pasażerowie i kontrolerzy muszą wypracować równowagę między ciszą a swobodą. I choć wielu z nas może początkowo odczuwać frustrację, to właśnie w tej nowej dynamice kryje się fascynacja – możliwość obserwowania, jak w praktyce funkcjonuje miasto, jakie reguły tworzymy sami sobie i jak codzienność kształtuje się na styku prawa i życia społecznego.

 

 

Patrząc na pierwsze dni obowiązywania zakazu rozmów i muzyki w krakowskich autobusach i tramwajach, trudno nie poczuć mieszanych emocji. Z jednej strony rozumiem intencje miasta – cisza i komfort podróży dla wszystkich pasażerów to realna potrzeba, zwłaszcza dla osób starszych, rodziców z dziećmi czy tych, którzy korzystają z komunikacji miejskiej, aby odpocząć lub skupić się na pracy w drodze. Z drugiej strony czuję, że tracimy coś, co do tej pory było niewidzialną tkanką miejskiego życia – drobne rozmowy, śmiech, nucenie ulubionej piosenki w słuchawkach, które czasem rozświetlały szarą codzienność.

Osobiście doświadczyłem tego zderzenia wsiadając do tramwaju w godzinach szczytu. Cisza była niemal namacalna. Ludzie patrzyli na siebie niepewnie, jakby każdy był jednocześnie sędzią i potencjalnym przestępcą. W tle słychać było jedynie monotonne szuranie butów po podłodze, szelest gazet i odgłos tramwaju sunącego po torach. Czułem się trochę jak intruz we własnym mieście, które nagle stało się miejscem nadzoru i nieustannej oceny zachowań.

Nowe przepisy to nie tylko kwestia komfortu – to również kwestia finansowa i prawna, której skutki odczujemy wszyscy. Mandat w wysokości 200 zł może dla jednych być drobiazgiem, dla innych – poważnym ciosem w domowy budżet. Ale ważniejsze od pieniędzy jest poczucie kontroli i odpowiedzialności. Każdy pasażer staje się częścią systemu, w którym drobne przewinienie może mieć natychmiastowe konsekwencje. To zmienia mentalność ludzi – zamiast spontanicznej rozmowy, pojawia się refleksja: „Czy mogę to zrobić, czy nie?”. I tak codzienna podróż staje się laboratorium społecznych zachowań.

Nie sposób nie dostrzec też wpływu sieci społecznościowych na postrzeganie nowych przepisów. Internet natychmiast stał się areną komentarzy, memów i ironicznych reakcji, pokazując, że obywatelski głos jest równie ważny jak regulamin miasta. Ludzie dzielą się doświadczeniami, ostrzegają siebie nawzajem, a niektórzy wręcz eksperymentują, testując granice zakazu. To pokazuje, że zmiana prawa w praktyce staje się dialogiem między władzami a mieszkańcami – procesem żywym, czasem chaotycznym, ale niezmiennie fascynującym.

Porównując Kraków do doświadczeń innych miast, takich jak Warszawa czy Londyn, widać, że podobne inicjatywy nigdy nie były proste do wdrożenia. Zawsze pojawiają się pytania o skuteczność, egzekwowanie przepisów i społeczną akceptację. Kraków stoi dziś przed tym samym wyzwaniem – będzie musiał znaleźć równowagę między komfortem podróżnych a swobodą codziennego życia. Ale być może to także szansa, by nasze miasto nauczyło się nowych form współistnienia, gdzie respektowanie zasad nie odbiera radości z drobnych chwil codzienności.

Osobiście, patrząc na tramwaj pełen ludzi w milczeniu, myślę o tym, jak zmiany w komunikacji miejskiej odbijają się szerzej na naszej kulturze i zwyczajach. Czy cisza stanie się nowym luksusem, czy raczej przyczynkiem do frustracji i społecznych napięć? Jak wiele z naszych codziennych nawyków będzie wymagało przemyślenia, a ile z nich znajdzie sposób, by przetrwać w tej nowej rzeczywistości? Jedno jest pewne – każdy kurs tramwaju i autobusu, każdy pasażer, który ostrożnie wsłuchuje się w ciszę, staje się świadkiem historii w czasie rzeczywistym. Historia miasta, które stara się wyważyć granice komfortu, wolności i wspólnego dobra.

I na koniec, mimo całej powagi sytuacji, nie mogę oprzeć się refleksji, że w tym wszystkim jest coś fascynującego – obserwować, jak Kraków próbuje odnaleźć nową harmonię, gdzie każdy pasażer i każdy przepis mają znaczenie. Może to początek nowego etapu, w którym miasto nie tylko przewozi ludzi, ale także uczy nas, jak żyć razem w jednym, zatłoczonym wagonie codzienności.

Komentarze

  1. Czy to na pewno jest szukaniem harmonii, a moze kolejnym malym kroczkiem zakazow i nakazow w sukcesywnym odbieraniu ludziom wolnosci? Wolnosci nieszkodliwych zachowan, bo nie czarujmy sie, rozmowy czy sluchanie nieco glosniej muzyki w pojezdzie komunikacji miejskiej jeszcze nikomu nie zaszkodzilo, cenzury, ograniczen. Ktoregos dnia obudzimy sie w pelnej dyktyturze, nie zauwazywszy po drodze, jak moglo do tego dojsc.
    Rzadko korzystam z komunikacji miejskiej, ale kiedy mi sie zdarza, zupelnie nie przeszkadzaja mi glosne rozmowy dzieciakow wracajacych ze szkoly czy jakas muzyka dobiegajaca w tle. Autobus to nie kaplica cmentarna, zeby siedziec w nim na bacznosc i bac sie ust otworzyc, dla mnie to czysta szykana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem ten punkt widzenia i myślę, że warto go głośno wypowiadać. Granica między dbaniem o wspólną przestrzeń a narzucaniem ludziom coraz większej liczby zasad bywa bardzo cienka. Łatwo zacząć od „dobrej intencji”, a skończyć na sytuacji, w której każdy przejaw spontaniczności traktuje się jak problem. Komunikacja miejska to miejsce publiczne, a nie strefa absolutnej ciszy – normalne rozmowy czy muzyka w tle są częścią życia i trudno uznać je za realną krzywdę. Mnie też bardziej niepokoi kierunek myślenia oparty na zakazach niż sam hałas. Jeśli zaczniemy regulować takie drobiazgi, to rzeczywiście można się zastanawiać, gdzie i kiedy postawimy granicę.

      Usuń
  2. kierowca/motorniczy w roli kontrolera i egzekutora tego, powiedzmy mocno dyskusyjnego przepisu?... chyba coś jest nie tak?... co prawda kierowcy zdarza się interweniować w skrajnych sytuacjach, ale generalnie jego obowiązki polegają raczej na skupieniu się na czymś innym, niż pilnowanie ciszy na pokładzie... a takim sposobem z powodu dbałości o komfort jakiejś drobnej części znacząco zmniejszono bezpieczeństwo wszystkich pasażerów, a także innych uczestników ruchu ulicznego...
    przy okazji skojarzył mi się istniejący od lat zakaz wapowania e-papierosów w komunikacji miejskiej... tak, wapowania, bo e-papierosów się nie pali, chyba że w piecu... przepis zaiste idiotyczny w zestawieniu z faktem, że pasażerom zionącym alkoholem przepis jednak jazdy nie zabrania, a przecież powodują oni co najmniej rząd wielkości większe skażenie atmosfery w pojeździe...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. eż mam z tym spory problem i nie potrafię przejść nad tym obojętnie. Oczekiwanie, że kierowca czy motorniczy stanie się jednocześnie kontrolerem zachowań pasażerów, brzmi jak pomysł oderwany od realiów. Jego podstawowym zadaniem jest bezpieczne prowadzenie pojazdu, a nie rozstrzyganie, kto mówi za głośno, a kto za cicho. W praktyce to nie tylko rozmywa odpowiedzialność, ale może realnie obniżać bezpieczeństwo wszystkich – wystarczy chwila dekoncentracji i konsekwencje mogą być poważne.

      Porównanie z zakazem wapowania jest trafne i pokazuje, jak niespójne bywają takie regulacje. Z jednej strony ściga się coś, co dla większości pasażerów jest co najwyżej neutralne lub ledwie zauważalne, z drugiej kompletnie ignoruje się sytuacje faktycznie uciążliwe i nieprzyjemne. To rodzi poczucie absurdu i braku proporcji.

      Mam wrażenie, że zamiast zdrowego rozsądku coraz częściej idziemy w stronę przepisów „na papierze”, które dobrze wyglądają w komunikacie, ale kompletnie nie przystają do życia. I właśnie wtedy zaczyna się frustracja – nie dlatego, że ludzie nie chcą zasad, tylko dlatego, że chcą zasad sensownych.

      Usuń
  3. Podejrzewam, że będzie to martwy przepis, nie przestrzegany przez nikogo- z kierowcą włącznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie wrażenie. To wygląda na przepis, który dobrze brzmi w teorii, ale w praktyce nikt nie będzie miał ani narzędzi, ani realnej potrzeby, żeby go egzekwować. Kierowca ma zupełnie inne obowiązki i trudno oczekiwać, że nagle zacznie reagować na rzeczy, które przez lata były po prostu elementem codziennej jazdy.

      Z doświadczenia wiadomo, że takie regulacje kończą jako zapis „na papierze” – obowiązują, dopóki ktoś nie spróbuje ich zastosować, a potem wszyscy udają, że temat nie istnieje. I może właśnie to jest największy problem: zamiast porządkować rzeczywistość, dokładamy kolejne martwe prawo, które tylko zwiększa chaos i poczucie absurdów.

      Usuń
  4. Często jeżdzę autobusami, męczą mnie komórki, głośne rozmowy.
    Telefony opanowaly wszystkie miejsca, nawet tam, gdzie powinna panować cisza.
    Pamiętam lata, kiedy takie tabliczki z napisem Cisza, w miejscach publicznych były.
    Kultura, dobre wychowanie się kłaniają!
    Pozdrawiam serdecznie:)



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem ten punkt widzenia i wcale mnie on nie dziwi. Głośne rozmowy przez telefon potrafią być męczące, zwłaszcza gdy człowiek wraca zmęczony z pracy albo po prostu chce chwilę pobyć w ciszy. Faktem jest też, że telefony bardzo mocno weszły w naszą codzienność i często przestajemy zauważać, jak bardzo ingerują w przestrzeń wspólną.

      Z drugiej strony mam wrażenie, że kiedyś cisza w miejscach publicznych była bardziej czymś naturalnym, a nie wymuszonym zakazami. Tabliczki „Cisza” działały, bo istniała ogólna umowa społeczna i większa uważność na innych. Dziś chyba bardziej niż kolejnych przepisów brakuje nam właśnie tej zwykłej kultury i empatii wobec współpasażerów. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  5. Nie korzystam z komunikacji, mieszkam w małym mieście, czasami jadę pociągiem.
    Jestem za tym, by każdy korzystał ze słuchawek, nie narzucając innym, czego mają słuchać, czasami to istny ból głowy. Poza tym zestawy głośnomówiące są raczej do auta, nie do pociągu czy tramwaju, często dziwi mnie, że ktoś nie wstydzi się prowadzić intymne rozmowy w autobusie czy pociągu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem to podejście i w gruncie rzeczy trudno się z nim nie zgodzić. Wspólna przestrzeń rządzi się innymi prawami niż własny dom czy samochód, a słuchawki są dziś na tyle oczywiste i dostępne, że naprawdę trudno znaleźć usprawiedliwienie dla puszczania dźwięków „na zewnątrz”. To nie kwestia sztywnego zakazu, tylko zwykłego szacunku do innych ludzi.

      Też mam wrażenie, że zestawy głośnomówiące w komunikacji publicznej są kompletnie nie na miejscu. Nie tylko narzucają innym cudze rozmowy, ale często obnażają bardzo prywatne sprawy, które wcale nie muszą być publiczne. Dla mnie to raczej znak braku refleksji nad otoczeniem niż odwagi czy luzu. Wystarczyłoby odrobina wyczucia i wszyscy mieliby spokojniejszą podróż.

      Usuń
  6. Mnie się marzy taki zakaz w moim mieście. Zostałam wychowana w czasach, gdy kultura współbytowania była wysoka. W komunikacji miejskiej i w pociągach było cicho i spokojnie. W Niemczech oczy wyszły mi z orbit z szoku i niesmaku spowodowanych zachowaniem tamtejszej młodzieży, hałaśliwej i niemającej za grosz kultury. Byłam zdegustowana. Do dzisiaj mi nie przeszło, powszechny upadek obyczajów to coś, z czym chyba nigdy się nie pogodzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem ten punkt widzenia, bo tu nie chodzi o czepianie się ludzi, tylko o elementarne zasady wspólnego funkcjonowania. Cisza w autobusie czy pociągu nie była kiedyś luksusem, tylko czymś oczywistym – formą wzajemnego szacunku wobec obcych osób, które jadą obok. Dla mnie to też nie jest kwestia wieku czy kraju, ale granic, które gdzieś po drodze zaczęły się rozmywać. Podróż to nie prywatny salon i dobrze byłoby, gdyby każdy miał tego świadomość. Nie oczekuję sterylnej ciszy, ale zwykłej uważności na innych. Jeśli takie przepisy miałyby coś realnie poprawić, a nie być tylko kolejnym martwym zapisem, to trudno mi się im dziwić.

      Usuń
  7. Co prawda, nie jeżdżę komunikacją miejską, bo u nas jej nie ma, ale myślę, że zawsze potrzebny jest umiar. Trudno wytrzymać kiedy cały autobus słyszy rozmowę lub musi słuchać muzyki, która niekoniecznie się podoba. Jestem za słuchawkami w takich okolicznościach, a bywa z tym różnie. Dlatego rozumiem osoby, którym trudno się z takim stanem pogodzić, a przepisy? No cóż, czas pokaże jak wyjdzie w praktyce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet jeśli ktoś na co dzień nie korzysta z komunikacji miejskiej, zasada umiaru pozostaje uniwersalna. Przestrzeń wspólna rządzi się innymi prawami niż własny salon i warto mieć tego świadomość. Głośne rozmowy czy muzyka puszczana „dla wszystkich” potrafią być zwyczajnie męczące, zwłaszcza gdy ktoś wraca zmęczony po pracy albo chce w spokoju dojechać do celu. Słuchawki są prostym i kulturalnym rozwiązaniem, choć praktyka pokazuje, że różnie z tym bywa. A przepisy? Same w sobie niewiele zmienią, jeśli nie pójdzie za nimi odrobina empatii i zdrowego rozsądku. Czas rzeczywiście pokaże, czy coś z tego wyniknie.

      Usuń
  8. Zazwyczaj czytam książkę i nie lubię jak ktoś koło mnie wrzeszczy na cały tramwaj lub autobus o rzeczach, które mnie nie interesują. Najgorsze jest właśnie to gadanie z kimś na głośnomówiącym albo puszczanie na ful swojej muzyki, nie przejmowanie się innymi. Trochę niefajnie. Też myślę, że to martwy przepis, a szkoda bo to świadczy tylko o tym, że nie szanujemy się nawzajem. W Japonii ludzie w metrze czy w pociągu umieją się dostosować tylko my nie umiemy. Człowiek wraca zmęczony z pracy komunikacja miejską i potrzebuję odpocząć, bo na przykład boli go glowa, jednak reszta współpasażerów ma to gdzieś. Ludzie, szanujmy się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod tym, co piszesz. Komunikacja miejska to dla wielu osób jedyny moment ciszy między pracą a domem, a nie scena do publicznych rozmów czy koncertów z telefonu. Głośnomówiący i muzyka „na cały wagon” to chyba najbardziej męczące przykłady braku wyczucia – niby drobiazg, a potrafi skutecznie zepsuć komuś dzień. Też mam wrażenie, że taki przepis pozostanie na papierze, choć szkoda, bo w gruncie rzeczy chodzi nie o zakazy, tylko o wzajemny szacunek. Skoro w innych krajach da się funkcjonować spokojnie w przestrzeni wspólnej, to znaczy, że to kwestia nawyków, a nie niemożliwych do spełnienia wymagań. Wystarczyłoby czasem pomyśleć o tym, że obok siedzi ktoś zmęczony, z bólem głowy, kto po prostu chce dojechać do domu w spokoju. To naprawdę niewiele.

      Usuń
  9. Sporadycznie poruszam się komunikacją miejską, takiego podróżowania zwyczajnie nie lubię. Staram sie świadomie wybierać wędrowanie na własnych nózkach, niż MPK, w którym faktycznie można usłyszeć rzeczy, których zwyczajnie słyszeć się nie powinno. Niestety są takie sutyacje, że komunikację miejską wybrać muszę i jest to dla mnie, osoby lubiącej ciszę, droga przez mękę. Rozmowy o życiu na telefonie w trybie głośnomówiącym czy muzyka z telefonu na full to norma. I nie jest to miłe, ani nie jest szacunkiem do innych pasażerów. Co ciekawe telefonów używają takze kierowcy, nie raz i nie dwa nie zatrzymując się na przystankach, choć pasażerowie wciskają przycisk.

    Popieram decyzje o zakazie, która zapewne zostanie wprowadzona w sporej ilości miast. Mam nadzieję, że w moim mieście też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam bardzo podobne odczucia. Komunikacja miejska z założenia powinna być neutralną przestrzenią — środkiem do celu, a nie miejscem, w którym ktoś narzuca innym swoje rozmowy, muzykę czy emocje. Rozumiem, że nie każdy lubi ciszę, ale elementarny szacunek do współpasażerów powinien działać w obie strony. Głośnomówiące rozmowy i puszczanie muzyki z telefonu to nie jest kwestia gustu, tylko kultury.

      Zwróciłeś też uwagę na rzecz, o której rzadko się mówi, a jest bardzo poważna — używanie telefonów przez kierowców. To już nie tylko irytuje, ale realnie wpływa na bezpieczeństwo i komfort podróży. Jeśli ktoś płaci za bilet, ma prawo do tego, żeby autobus się zatrzymał na przystanku, a nie „przejechał”, bo kierowca akurat jest zajęty czymś innym.

      Dlatego decyzję o wprowadzeniu zakazów odbieram raczej jako próbę przywrócenia podstawowych zasad współżycia niż zamach na wolność. Cisza w przestrzeni publicznej nie jest luksusem — jest potrzebą wielu ludzi. Oby faktycznie takie rozwiązania pojawiły się w jak największej liczbie miast i były egzekwowane z głową.

      Usuń
    2. Mam w moim mieście taką kobietę kierowcę autobusu, z którą, słowo daje, strach jeździć. Jest tak odklejona od tego co dzieje się na drodze, bo skupia uwagę na czymś innym, że jazdą z nią za kierownicą autobusu to doslownie igranie ze śmiercią. Także zakaz powinien być, i dotyczyć dokładnie wszystkich.

      Usuń
    3. Rozumiem ten głos, bo bezpieczeństwo w takich sytuacjach nie jest sprawą opinii, tylko realnego ryzyka. Kierowca autobusu odpowiada za kilkadziesiąt osób naraz i nie ma tu miejsca na „chwilę nieuwagi” czy tłumaczenie się wielozadaniowością. Jeśli ktoś za kółkiem nie skupia się w pełni na drodze, to prędzej czy później musi się to źle skończyć — niezależnie od tego, czy mówimy o rozmowie przez telefon, słuchawkach czy innych rozpraszaczach. Dlatego zakaz ma sens tylko wtedy, gdy dotyczy wszystkich bez wyjątków i jest egzekwowany, a nie zostaje na papierze. W przeciwnym razie to puste hasło, a pasażerowie nadal będą zdani na czyjąś beztroskę.

      Usuń
  10. Ja bym wprowadzila tez i w moim miasteczku zakaz muzyki w autobusach i innych miejscach tego typu bo to pokazuje brak szacunku do podroznych innych a dzwieki muzyki moga bardzo przeszkadac innym. Ale ogolnie problemem jest to ze w ludziach brakuje milosci i dlatego maja gdzies dobro innych. Nie wiem czy kary pieniezne pomoga raczej niezabardzo. Pomoglaby tylko prawdziwa milosc ale nie taka jak kazdy postzrega ja inaczej, bo milosc jest tylko jedna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam wrażenie, że problem nie zaczyna się od muzyki w autobusie, tylko dużo wcześniej – od braku wrażliwości na drugiego człowieka. Dla jednych to drobiazg, dla innych realny dyskomfort, a wystarczyłoby zwykłe pomyślenie: „może komuś to przeszkadza”. Zakazy i kary mogą coś uporządkować, ale raczej nie zmienią nastawienia ludzi, jeśli w środku zostaje obojętność. Szacunek nie bierze się z regulaminów, tylko z wychowania i z empatii, której faktycznie coraz częściej brakuje. I chyba masz rację, że bez tej podstawowej „ludzkiej miary” żadne przepisy nie zadziałają tak, jak byśmy chcieli.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy warto iść na jarmark bożonarodzeniowy w tym roku?

Sylwester 2026

Życzenia świąteczne 2025