Przejdź do głównej zawartości

Moje chore serce i życie na zwolnionych obrotach

 

 

 

Długo biłem się z myślami, czy w ogóle powinienem o tym pisać. Czy to jest odpowiednie miejsce, odpowiedni moment i czy w ogóle ktokolwiek tego potrzebuje. Przez długi czas wydawało mi się, że są rzeczy, które lepiej zachować dla siebie, nie wyciągać ich na światło dzienne, nie mieszać życia prywatnego z felietonami, codziennymi obserwacjami i sprawami, o których zwykle tu piszę. Raz już zaczynałem jeden z tekstów w podobnym tonie, ale wtedy chodziło o coś zupełnie innego. Tym razem sprawa jest znacznie głębsza, bardziej osobista i trudniejsza do wypowiedzenia.

Mimo wszystko stwierdziłem, że powiem. Bez wielkich słów, bez dramatyzmu, bez budowania napięcia. Proszę tylko, przeczytajcie to uważnie i ze zrozumieniem. I zapamiętajcie jedno: do niczego was nie zmuszam ani nie przymuszam. To nie jest apel, nie jest żądanie ani próba wywierania nacisku. To po prostu moja historia, której fragment postanowiłem się z wami podzielić.

Od urodzenia zmagam się z poważną wadą serca. To nie jest choroba, która pojawiła się nagle i którą można powiązać z jednym konkretnym momentem w życiu. Ona była ze mną od zawsze. Dorastałem z nią, dojrzewałem, uczyłem się funkcjonować, często nie do końca rozumiejąc, dlaczego szybciej się męczę, dlaczego niektóre rzeczy kosztują mnie więcej energii niż innych, dlaczego organizm czasem mówi „dość” szybciej, niż bym chciał. Jedna z komór mojego serca nie domyka się prawidłowo, przez co przepływ krwi jest zaburzony, a płatki aorty nie spełniają swojej roli tak, jak powinny. To są suche, medyczne fakty, ale za nimi stoi bardzo konkretna codzienność.

Życie z chorym sercem to życie na zwolnionych obrotach. Czasem ledwo zauważalnych, a czasem bardzo wyraźnych. To ciągłe zmęczenie, którego nie da się „odespać”. To bóle, duszności, brak sił i świadomość, że serce – coś, co powinno działać automatycznie – wymaga stałej kontroli i uwagi. Choroba wymaga regularnych wizyt u kardiologów, specjalistycznych badań oraz leczenia w ośrodkach zajmujących się wadami serca u dzieci i dorosłych. To nie jest jednorazowa historia, to proces rozłożony na lata.

Każdy dzień jest dla mnie próbą zachowania możliwie normalnego życia. Chęcią funkcjonowania bez bólu i ciągłego wyczerpania, bez myśli, że coś może pójść nie tak. Żeby zatrzymać postęp choroby, potrzebne są kosztowne badania, specjalistyczne zabiegi oraz rehabilitacja wspomagająca pracę serca. Leczenie – zarówno w Polsce, jak i w wyspecjalizowanych ośrodkach za granicą – daje realną szansę na poprawę mojego stanu zdrowia i na uniknięcie poważnej operacji w przyszłości. To nie gwarancja, ale nadzieja. A czasem sama nadzieja potrafi bardzo dużo.

Ja i moi bliscy z całych sił staramy się zebrać środki potrzebne na terapię, leczenie i codzienną opiekę medyczną. To nie jest łatwe, ani finansowo, ani emocjonalnie. Dlatego zdecydowałem się napisać o tym wprost. Jeśli ktoś z was zechce i będzie mógł przekazać 1,5% swojego podatku, będzie to dla mnie realne wsparcie w tej trudnej walce o zdrowie i możliwie spokojne życie. Każda złotówka przybliża mnie do większej sprawności i poczucia bezpieczeństwa.

Jeśli jednak nie chcesz albo nie możesz – w pełni to rozumiem. Naprawdę. Nie ma w tym żadnego obowiązku. Wkrótce w menu głównym pojawi się link do strony z informacjami, żeby ta wiadomość nie zginęła wśród setek innych felietonów.

 

 


 

Każdy dzień z tą chorobą wygląda podobnie, a jednocześnie nigdy nie jest taki sam. Są poranki, kiedy wstaję i przez chwilę łudzę się, że dziś będzie „normalnie”. Że serce pozwoli mi funkcjonować bez przypominania o sobie przy każdym szybszym ruchu, wejściu po schodach czy zwykłym wyjściu z domu. I są dni, kiedy już po kilku minutach wiem, że trzeba zwolnić jeszcze bardziej, bo organizm jasno daje sygnał, że granica została przesunięta bliżej, niż bym chciał.

Życie z chorym sercem uczy pokory w bardzo brutalny sposób. Uczy, że planowanie przyszłości ma swoje granice, że nie wszystko da się zaplanować, a wiele rzeczy trzeba po prostu odpuścić. Nauczyłem się słuchać swojego ciała, choć przychodziło to długo i często wbrew charakterowi. Serce nie pyta, czy mam dziś ważne sprawy, obowiązki czy dobre chęci. Kiedy nie domaga – muszę się zatrzymać. Nawet jeśli głowa chciałaby iść dalej.

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że z zewnątrz często nic nie widać. Choroba serca nie zawsze ma twarz bólu czy dramatycznych objawów. Często to ciche zmęczenie, duszność, uczucie ciężaru, którego nie da się nikomu wytłumaczyć w prostych słowach. To rezygnowanie z rzeczy, które dla innych są oczywiste. To wybieranie krótszej drogi, wolniejszego tempa, wcześniejszego powrotu do domu. Z czasem człowiek przestaje się tłumaczyć, bo wie, że i tak nie każdy zrozumie.

Stała opieka kardiologiczna stała się dla mnie codziennością. Badania, kontrole, konsultacje – wszystko to jest wpisane w moje życie jak coś zupełnie naturalnego. A jednak za każdym razem towarzyszy temu napięcie. Każde echo serca, każda wizyta u specjalisty niesie ze sobą pytanie: „czy jest stabilnie?”, „czy nie jest gorzej?”, „czy uda się jeszcze odwlec poważniejszą ingerencję?”. To pytania, które wracają regularnie i z którymi trzeba nauczyć się żyć.

Koszty leczenia są czymś, o czym długo nie chciałem mówić głośno. Bo zawsze wydaje się, że są inni, którzy mają gorzej, że nie wypada, że trzeba sobie radzić samemu. Tylko że choroba nie patrzy na ambicje ani na dumę. Specjalistyczne badania, rehabilitacja kardiologiczna, konsultacje w ośrodkach zajmujących się wadami serca – to wszystko kosztuje. A jednocześnie jest konieczne, żeby utrzymać chorobę w ryzach i nie dopuścić do momentu, w którym operacja stanie się jedynym wyjściem.

Mam świadomość, że leczenie – zarówno w Polsce, jak i za granicą – daje mi realną szansę na poprawę jakości życia. Nie obiecuje cudów, ale daje możliwość zatrzymania postępu choroby, odzyskania części sprawności i oddechu. Dla mnie to bardzo dużo. To szansa na to, żeby żyć nieco mniej w cieniu własnego serca, a bardziej po prostu żyć.

Ogromnym wsparciem są dla mnie bliscy. To oni często widzą więcej niż ja sam – momenty, w których przekraczam swoje możliwości, choć nie chcę się do tego przyznać. To oni pomagają ogarniać rzeczy, na które czasem po prostu nie mam siły. Ta choroba dotyka nie tylko mnie, ale całe moje otoczenie. I chyba to jest jeden z trudniejszych aspektów – świadomość, że ktoś się martwi, czuwa, analizuje każdy gorszy dzień razem ze mną.

Piszę to wszystko nie po to, żeby wzbudzać współczucie. Piszę, bo takie jest moje życie. Bez upiększeń i bez dramatyzowania. Z chorym sercem, z ograniczeniami, z nadzieją, że dzięki leczeniu i wsparciu uda się jeszcze długo utrzymać względną równowagę. Jeśli ktoś zdecyduje się pomóc – poprzez przekazanie 1,5% podatku – będzie to dla mnie realny krok w stronę większego spokoju i bezpieczeństwa. Jeśli nie – to również jest w porządku.

Najważniejsze jest dla mnie to, że mogłem to w końcu powiedzieć wprost. Bez ukrywania, bez omijania tematu, bez udawania, że wszystko jest w porządku. Bo nie zawsze jest. I to też jest część życia, o której czasem warto mówić głośno.

 

 

 

Na koniec chcę zostawić was z czymś bardzo prostym i bardzo prawdziwym. To, co tu napisałem, nie jest podsumowaniem walki ani zamknięciem jakiegoś etapu. To raczej moment zatrzymania się i powiedzenia głośno: tak wygląda moje życie tu i teraz. Z chorym sercem, z ograniczeniami, z niepewnością, ale też z ogromną wolą, żeby mimo wszystko iść dalej – na tyle, na ile się da.

Nie mam wielkich deklaracji ani obietnic, że „będzie dobrze”. Mam za to świadomość, że każdy kolejny dzień, w którym udaje się zachować względną stabilność, jest małym sukcesem. Że każdy spokojniejszy wynik badań, każdy miesiąc bez pogorszenia to coś, co naprawdę ma znaczenie. Nauczyłem się doceniać rzeczy, które kiedyś były oczywiste: zwykły spacer bez zadyszki, dzień bez bólu, moment, w którym serce nie domaga się uwagi co kilka minut.

Ta choroba zmieniła mnie bardziej, niż chciałbym przyznać. Zabrała spontaniczność, lekkość, czasem poczucie kontroli. Ale jednocześnie nauczyła mnie uważności – na siebie, na innych ludzi, na drobne sygnały, które wcześniej bym zignorował. Nauczyła też wdzięczności. Za bliskich, którzy są. Za lekarzy, którzy traktują mnie jak człowieka, a nie przypadek. Za każdą formę wsparcia, nawet tę najcichszą i niewidoczną.

Jeśli dotarłeś aż tutaj, to znaczy, że poświęciłeś mi coś bardzo cennego – swój czas i uwagę. I za to dziękuję najbardziej. Niezależnie od tego, czy zdecydujesz się pomóc, czy po prostu przeczytasz ten tekst i pójdziesz dalej ze swoim dniem. Sama świadomość, że ktoś zatrzymał się na chwilę nad cudzym życiem, ma dla mnie ogromne znaczenie.

Nie wiem, co przyniosą kolejne miesiące i lata. Wiem natomiast, że będę robił wszystko, co w mojej mocy, żeby zadbać o swoje zdrowie, korzystać z dostępnego leczenia i nie udawać, że problemu nie ma. Jeśli dzięki temu tekstowi ktoś choć przez moment pomyśli o swoim sercu, o zdrowiu albo o tym, że warto się czasem zbadać i nie lekceważyć sygnałów – to już będzie coś ważnego.

A jeśli ktoś zdecyduje się mnie wesprzeć – finansowo, dobrym słowem albo zwykłą obecnością – to będzie to dla mnie kolejny dowód na to, że nawet w trudnych momentach człowiek nie zostaje sam. I tego właśnie chcę się trzymać. Tego poczucia, że mimo wszystko życie – nawet na zwolnionych obrotach – nadal ma sens.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy warto iść na jarmark bożonarodzeniowy w tym roku?

    W tym roku postanowiłem po raz pierwszy wybrać się na jarmarki bożonarodzeniowe i przyznam szczerze, że doświadczenie przerosło moje oczekiwania. Odwiedziłem dwa miejsca, które zdecydowanie różnią się atmosferą, rozmiarem i sposobem prezentowania świątecznej magii – Kraków i Katowice. Już od samego wejścia na krakowski jarmark poczułem prawdziwą świąteczną aurę. Stoiska ciągnęły się jedno za drugim, a zapach pieczonych przysmaków, gorącego wina i aromatycznych przypraw wypełniał całe uliczki. Było ogromnie, tłumnie, kolorowo i… cenowo szaleńczo. 30 zł za bułkę z kiełbaską – tak, dobrze czytacie, kiełbaską, a nie kiełbasą – uderzyło mnie mocno, choć nie mogłem odmówić sobie spróbowania. Pomimo tego zaskoczenia uśmiech nie schodził mi z twarzy, bo jarmark w Krakowie ma w sobie coś, czego nie da się opisać słowami – atmosferę prawdziwej świątecznej krainy. Z kolei Katowice pokazały mi zupełnie inny wymiar świąt. Choć stoisk było mniej i bardziej kameralnie, organizatorzy post...

Sylwester 2026

    Sylwester 2026 zbliża się wielkimi krokami, a ja nie mogę się powstrzymać, żeby nie podzielić się z Wami kilkoma przemyśleniami i życzeniami na nadchodzący rok. To zawsze moment wyjątkowy – chwila, w której zatrzymujemy się na moment, podsumowujemy mijający rok i patrzymy w przyszłość z nadzieją, oczekiwaniem i odrobiną ekscytacji. Chcę, żebyście spędzili ten czas w sposób wyjątkowy – nie tylko celebrując ostatnie chwile starego roku, ale też tworząc małe rytuały, które pozwolą Wam wejść w 2026 z energią, uśmiechem i poczuciem, że przed Wami coś naprawdę dobrego. Życzę Wam przede wszystkim, żebyście w nowym roku mieli odwagę spełniać swoje marzenia, nawet te najmniejsze, które na co dzień odkładamy na później. Niech każdy dzień 2026 przynosi Wam choćby drobne powody do radości, a porażki traktujcie jak lekcje, które dodają siły i mądrości. Chciałbym, abyście otaczali się ludźmi, którzy dodają Wam skrzydeł, wspierają i potrafią cieszyć się razem z Wami z każdego sukcesu – b...

Życzenia świąteczne 2025

    Drodzy Czytelnicy, Niech te Święta Bożego Narodzenia będą pełne ciepła, radości i spokojnych chwil spędzonych w gronie najbliższych. Niech każdy dzień wypełni się uśmiechem, drobnymi cudami i chwilami, które zostaną w pamięci na długo. Życzę Wam, aby Nowy Rok przyniósł mnóstwo inspiracji, pozytywnej energii i odwagi do realizowania wszystkich marzeń – tych dużych i tych malutkich, które sprawiają, że życie staje się piękniejsze. Dziękuję, że jesteście ze mną – Wasza obecność sprawia, że każdy tekst ma sens i daje ogromną radość. Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! 🎄✨