Posłowie dostają podwyżki, ale nie wszyscy są zadowoleni
Nie wiem, czy kiedykolwiek przyzwyczaimy się do tego, że w Polsce pieniądze w polityce mają własną logikę. Taką, która na papierze wygląda zupełnie rozsądnie, a w rzeczywistości sprawia, że człowiek otwiera oczy ze zdumienia, wykręca usta w półuśmiechu i myśli: „Serio? W tym kraju, w którym ratownik medyczny dyżuruje po kilkanaście godzin, nauczyciel dokłada do lekcji z własnej kieszeni, a młody lekarz liczy, czy opłaca mu się przyjąć pacjenta, poseł dalej narzeka, że mu za mało?”. Tak, dobrze przeczytaliście. To nie jest żart, choć czasami brzmi jak ponury kabaret.
Nowy rok zaczął się w Sejmie nie od debat o edukacji, ochronie zdrowia czy planach rozwoju kraju, ale od czegoś, co można by nazwać „małym triumfem arytmetyki politycznej”: serią podwyżek dla parlamentarzystów. I tutaj wchodzimy w sedno sprawy, bo w tym felietonie nie chodzi o to, czy poseł powinien zarabiać 13,5 tys. zł, 13,9 tys. zł, czy 20 tys. zł. Chodzi o kontekst, przesyt, percepcję i nieprzystawalność do rzeczywistości, w której żyje reszta społeczeństwa.
Nie chcę tu pisać suchych liczb — choć liczby same w sobie są dramatycznie wymowne — ale pozwólcie, że zacznę od tego, co człowieka w tym najbardziej uderza. Wyobraźcie sobie styczeń. Za oknem szaro, zimno, korki w miastach jak co dzień. Ludzie liczą każdy grosz: czy starczy na czynsz, czy starczy na opał, czy starczy na lekarstwa. Tymczasem w tym samym czasie Kancelaria Sejmu wysyła polecenia zwiększenia ryczałtów, diet i uposażeń. Wchodzimy w arkusz Excela, a tam: 13,9 tys. zł brutto, 4,3 tys. zł diety, 25 tys. zł miesięcznie na biuro poselskie, 10 tys. zł rocznie na hotele, 4,7 tys. zł ryczałtu mieszkaniowego… Liczby jak z katalogu luksusowych korporacji. I nie, to nie jest artykuł z magazynu lifestyle dla elity. To rzeczywistość polskiego parlamentu w styczniu 2026 roku.
A jednak, jak donosi Interia w artykule Katarzyny Dybińskiej, nie wszyscy posłowie są zadowoleni. Tak, niektórzy wciąż twierdzą, że te pieniądze to za mało. Niektórzy twierdzą, że życie w polityce wymaga większych środków, że ryczałt powinien być wyższy, że dieta jest śmiesznie niska w porównaniu do odpowiedzialności, jaką niesie mandat. I nagle z uśmiechem na twarzy myślisz sobie: czy to jest jeszcze polityka czy kabaret finansowy w wersji premium?
To właśnie w tym momencie pojawia się posłanka KO, Elżbieta Gelert, która postanowiła podejść do tematu z rozsądkiem, konsekwencją i… szczyptą odwagi. Nie wylewa emocji w mediach społecznościowych. Nie robi spektakularnej konferencji. Składa wniosek do Komisji Regulaminowej, żeby przeanalizować system wynagradzania posłów w Polsce w porównaniu z innymi krajami UE. I tu jest sedno: Gelert nie działa w swoim interesie — sama nie pobiera uposażenia z Sejmu. Ona patrzy na to jak obywatel, jak fachowiec ze służby zdrowia, który widzi rozdźwięk między tym, ile naprawdę trzeba pracować w Polsce a tym, ile politycy zarabiają.
I tu zaczyna się cała gra pozorów. Bo czy my, obywatele, powinniśmy się oburzać? Tak. Bo absurd nie polega na podwyżkach samych w sobie, lecz na tym, jak są postrzegane w świecie realnej codzienności. Polityka nie istnieje w próżni. A kiedy ktoś mówi, że „to wciąż za mało” w momencie, gdy w kraju rośnie frustracja społeczna, inflacja gryzie, a pensje innych zawodów stoją w miejscu — to jest moment, w którym tracimy kontakt z rzeczywistością.
W tym felietonie chcę przyjrzeć się temu fenomenowi, nazwać go po imieniu i zastanowić się, co to mówi o naszym systemie, naszej percepcji i naszej polityce. Bo te liczby, które na papierze wyglądają nieszkodliwie, w rzeczywistości mówią wiele o stanie państwa, który lubi wynagradzać sam siebie, a często zapomina o reszcie społeczeństwa.
Przygotujcie się na tekst, który nie boi się wchodzić w detale liczb, w emocje polityków, w logikę systemu i w ironię tego, co nazywamy demokracją. Bo kiedy mówimy o podwyżkach dla posłów, nie mówimy tylko o pieniądzach — mówimy o priorytetach państwa, logice odpowiedzialności i kontrastach społeczeństwa, które wciąż musimy nazwać po imieniu.
Wejdźmy głębiej w liczby, bo liczby nigdy nie kłamią — choć potrafią wprowadzić w stan szoku. Od stycznia 2026 roku posłowie w Polsce otrzymują 13,9 tys. zł brutto uposażenia miesięcznie. Do tego dochodzi dieta parlamentarna w wysokości 4,3 tys. zł, ryczałt na biuro 25 tys. zł miesięcznie, ryczałt mieszkaniowy 4,7 tys. zł oraz ryczałt hotelowy 10 tys. zł rocznie. Wszystko to przedstawione w oficjalnych rozporządzeniach Kancelarii Sejmu. Dla przeciętnego obywatela brzmi to jak liczby z innej planety.
I tu jest pierwsza pułapka percepcyjna: dla posłów te pieniądze nie są „do kieszeni” w klasycznym sensie, tylko mają służyć funkcjonowaniu mandatu. Czynsz, opłaty pracowników, kilometrówki, podróże służbowe — wszystko to musi się zmieścić w ryczałcie. Ale czy ktokolwiek z nas, patrząc na te kwoty, myśli o tym w kontekście biurowego budżetu? Nie. Patrzymy na nie jak na symbol przywileju, którego inni nie mają. I w tym właśnie tkwi dramat: polityka w Polsce stała się teatrem liczb, które w odczuciu społecznym są prowokacyjne.
Tymczasem w tym samym czasie młody lekarz zastanawia się, czy opłaca mu się zostać w Polsce, pielęgniarka liczy, czy dyżur nocny pokryje jej miesięczne rachunki, a nauczyciel szuka dodatkowych zajęć, żeby przetrwać. I tu wchodzi posłanka Elżbieta Gelert, która zauważa rozdźwięk między wynagrodzeniami polityków a realną wartością pracy innych zawodów kluczowych dla państwa. Gelert nie pobiera uposażenia z Sejmu — jej wniosek jest więc wolny od osobistej korzyści. To rzadka postawa w polskiej polityce, gdzie często dominuje logika partyjna i interes własny.
Jej wniosek do Komisji Regulaminowej jest jak rzut światła w mroczne zakamarki systemu wynagrodzeń: „Informacja szefa Kancelarii Sejmu na temat systemu wynagradzania posłów w Polsce w porównaniu z rozwiązaniami przyjętymi w krajach UE oraz innych krajach Europy”. To nie jest zwykła procedura — to pytanie o sensowność całego układu finansowego, który w teorii ma służyć państwu, a w praktyce wciąż wzbudza kontrowersje.
Bo przyjrzyjmy się logice liczb. Tegoroczna podwyżka uposażenia i diety wyniosła około 530 zł. Na pierwszy rzut oka – niewielka kwota. Ale dodajmy do tego podwyżki ryczałtów biurowych i mieszkaniowych: 25 tys. zł miesięcznie na biuro (o 1,7 tys. zł więcej niż w 2023 r.) oraz ryczałt hotelowy 10 tys. zł rocznie (wzrost o 2,4 tys. zł w stosunku do lat poprzednich). Te liczby mówią nam jedno: system nie stoi w miejscu, rośnie w tempie, które z jednej strony jest uzasadnione inflacją, z drugiej zaś coraz bardziej oddziela parlamentarzystów od reszty społeczeństwa.
Nie da się też pominąć aspektu psychologicznego. Obywatel, widząc wzrost wynagrodzeń polityków, odbiera to jako sygnał: „Władza dba o siebie, nie o nas”. I w tym punkcie rodzi się krytyczna sprzeczność: politycy uważają, że i tak zarabiają „za mało”, społeczeństwo odczuwa każdą podwyżkę jako nieproporcjonalną. To klasyczny rozdźwięk percepcyjny, który w demokratycznym państwie jest toksyczny, bo podkopuje zaufanie.
Gelert trafnie wskazuje, że problem nie jest indywidualny: nie chodzi o chciwość czy roszczeniowość. Chodzi o to, że w systemie wynagrodzeń brak jest spójności z innymi sektorami państwa. Lekarze, ratownicy, nauczyciele — ich praca nie jest mniej odpowiedzialna, a często znacznie trudniejsza pod względem stresu i ryzyka. A mimo to ich wynagrodzenia stoją w miejscu, podczas gdy parlament rośnie w siłę finansową.
I tutaj felieton wkracza w obszar, który zwykle jest unikany: poczucie sprawiedliwości społecznej vs logika systemu politycznego. Bo w demokratycznym państwie pensje polityków powinny być transparentne, logiczne i w miarę adekwatne do rzeczywistości społecznej. W Polsce natomiast mamy system, który działa jak odrębny mikroświat, z własnymi regułami, liczbami i hierarchią wartości. I to właśnie wywołuje gniew, ironię i poczucie absurdu, które odczuwają obywatele.
Nie sposób też pominąć aspektu symbolicznego. Podwyżki w styczniu stały się symbolem oderwania polityków od codziennych problemów ludzi. Każdy styczeń, kiedy pojawiają się tabelki z liczbami, jest jak powtórka z deja vu: „Oni zarabiają więcej, a my ledwo wiążemy koniec z końcem”. Gelert próbuje tę narrację zmienić, próbując wprowadzić miarodajną debatę ponadpartyjną. I choć będzie to trudne, jest to krok w stronę odpowiedzialności systemowej — krok, który wymaga odwagi i świadomości społecznej.
Bo w polityce nie chodzi tylko o liczby. Chodzi o to, co one oznaczają, jak wpływają na postrzeganie państwa, jego instytucji i ludzi, którzy te instytucje tworzą. Liczby są tylko narzędziem — i jeśli używa się ich bez kontekstu społecznego, stają się narzędziem alienacji, a nie sprawiedliwości.
I tak, drodzy czytelnicy, dochodzimy do punktu, w którym trzeba powiedzieć to wprost: problem podwyżek dla posłów w Polsce nie jest problemem samych pieniędzy. Pieniądze to tylko symbol, to instrument, który ujawnia coś znacznie głębszego — stan naszej demokracji, logikę państwa i relację między władzą a obywatelami.
Gdy patrzę na te liczby — 13,9 tys. zł brutto, 4,3 tys. zł diety, ryczałty na biura, mieszkania i hotele — nie mogę nie myśleć o kontrastach, które one ujawniają. Nie mogę nie myśleć o ratowniku medycznym, który od lat pracuje po kilkanaście godzin dziennie, o nauczycielu, który dopłaca z własnej kieszeni do zajęć, o młodym lekarzu, który wciąż rozważa emigrację. I nagle okazuje się, że system polityczny w Polsce ma własną, równoległą logikę wynagrodzeń, oderwaną od codziennego życia ludzi, których te decyzje dotyczą.
Posłanka Elżbieta Gelert robi coś niezwykle rzadkiego — patrzy na to z perspektywy obywatela, profesjonalisty i odpowiedzialnego człowieka państwa, a nie tylko polityka, który chce chronić własny interes. Jej wniosek do Komisji Regulaminowej jest jak światło w ciemnym korytarzu parlamentu. To próba nazwania problemu po imieniu, próba wprowadzenia przejrzystości, która mogłaby być fundamentem większej odpowiedzialności społecznej.
I tu jest sedno refleksji: władza zawsze będzie generować napięcie, jeśli nie będzie transparentna, jeśli nie będzie rozliczalna, jeśli nie będzie miała poczucia proporcji wobec społeczeństwa. Nie chodzi o to, żeby posłowie byli biedni. Chodzi o to, żeby system wynagrodzeń był spójny, sensowny i sprawiedliwy, a nie oderwany od rzeczywistości, w której żyją obywatele.
Każda podwyżka w Sejmie powinna być okazją do debaty, a nie tylko do wysłania tabelki do mediów. Każde słowo o „za mało” w ustach polityka w czasie, gdy reszta społeczeństwa zmaga się z codziennymi trudnościami, powinno budzić refleksję i pytanie: czy nasza demokracja naprawdę działa dla wszystkich, czy tylko dla wybranych?
Dlatego ten felieton nie jest tylko o liczbach. Jest o odpowiedzialności, o sygnale społecznym, o hierarchii wartości i o stanie państwa, który lubi wynagradzać sam siebie, a zapomina o reszcie. Liczby, ryczałty, podwyżki — to wszystko jest istotne, ale prawdziwa lekcja płynie z kontekstu, z perspektywy obywatela i z refleksji, że demokracja nie jest tylko procedurą, lecz ciągłym dialogiem, przejrzystością i umiejętnością mierzenia odpowiedzialności służby publicznej wobec ludzi.
Na koniec warto zapytać: czy jesteśmy gotowi na taką rozmowę? Czy politycy i obywatele mogą spojrzeć na siebie szczerze i bez uprzedzeń? Czy podejdziemy do tematu nie jak do konfliktu o pieniądze, ale jak do debatu o sensie i wartości państwa? Bo dopóki ta rozmowa nie zostanie przeprowadzona, dopóty każdy styczniowy wzrost ryczałtów, uposażeń i diet będzie przypominał nam nie o pracy parlamentarzystów, lecz o dystansie między władzą a resztą społeczeństwa.
I w tym dystansie kryje się prawdziwy dramat, który nie znika wraz z kolejnymi tabelkami w Excelu. To dramat, który Interia w artykule Katarzyny Dybińskiej pokazuje subtelnie, ale wystarczająco mocno, by każdy z nas mógł zadać sobie pytanie: czy nasz system naprawdę działa, czy tylko udaje, że działa?
Bo podwyżki dla posłów nie są jedynie kwestią finansową — to lustro, w którym odbija się kondycja polskiej demokracji, logika państwa i relacja obywatel–władza. I dopóki tego lustra nie potraktujemy poważnie, dopóty będziemy odbijać się w nim tylko z niedowierzaniem i goryczą..



Rozdawnictwo i brak kontroli powodują nadużycia, co nieraz pokazali dziennikarze śledczy, a niemożność odwołania posła w razie naszego niezadowolenia rozzuchwala wielu!
OdpowiedzUsuńTam, gdzie nie ma przejrzystości i realnej odpowiedzialności, prędzej czy później pojawiają się patologie. Media nieraz wyciągały na światło dzienne sprawy, które bez kontroli pewnie dalej toczyłyby się po cichu. A brak skutecznych narzędzi rozliczania polityków w trakcie kadencji faktycznie może usypiać czujność. Dobrze, że coraz częściej mówi się o potrzebie większej kontroli obywatelskiej.
UsuńCzyta się to jak kronikę państwa równoległego. Wszystko tu jest formalnie „w porządku”: tabelki, ryczałty, diety, uzasadnienia, inflacja, procedury. A jednak efekt w realnym życiu wygląda jak policzek - bo w styczniu zwykły człowiek liczy, czy wystarczy do pierwszego, a Sejm liczy, jak to ładnie opakować, żeby nie brzmiało jak premia za bycie w Sejmie.
OdpowiedzUsuńI najważniejsze: problemem nie jest sama idea godnego wynagradzania parlamentarzystów. Problemem jest moment, ton i ten fatalny dysonans, kiedy ktoś na tle ratowników, nauczycieli czy młodych lekarzy mówi jeszcze „to wciąż za mało”. Wtedy nie ma już znaczenia, czy pieniądze są „na funkcjonowanie mandatu”, czy „na biuro”. W odbiorze społecznym to nie jest budżet pracy - to jest budżet przywileju.
W tym sensie wątek Elżbiety Gelert jest tu jak rzadki oddech rozsądku: jeśli już o tym rozmawiać, to porównawczo, transparentnie, z kontekstem europejskim i bez udawania, że obywatel nie widzi, co widzi. Bo dziś największym kosztem tych podwyżek nie są złotówki - tylko zaufanie, które paruje szybciej niż ministerialne obietnice.
I puenta zostaje w głowie: państwo, które potrafi świetnie wynagradzać samo siebie, a wobec reszty społeczeństwa wciąż ma odruch „proszę być cierpliwym”, prędzej czy później dostaje rachunek.
Nawet jeśli od strony formalnej wszystko się zgadza, to ludzie patrzą przede wszystkim na kontekst i timing. Gdy wielu zaciska pasa, każda decyzja o podniesieniu własnych uposażeń musi być komunikowana wyjątkowo ostrożnie i uczciwie – inaczej rodzi się poczucie oderwania od rzeczywistości.
UsuńMasz rację, że sama kwestia wynagrodzeń nie powinna być tematem tabu. Odpowiedzialność i zakres pracy parlamentarzystów są duże, więc rozmowa o adekwatnym wynagradzaniu jest uzasadniona. Problem zaczyna się wtedy, gdy brakuje empatii i transparentnego porównania z innymi grupami zawodowymi oraz realiami gospodarczymi. Wtedy wrażenie „budżetu przywileju” wygrywa z każdym tabelarycznym uzasadnieniem.
Najcenniejsze w tym wszystkim jest zaufanie – a ono rzeczywiście znika szybciej niż liczby w budżecie się zmieniają. Bez niego nawet najbardziej poprawne procedury nie przekonają nikogo. I to chyba jest sedno całej sprawy.
To jest trochę jak zamknięty świat, w którym liczą się inne priorytety, inne podejście do pieniądza, myślenie o sobie w kategoriach wybrańcy ludu (tak zwana elita), a towarzystwo w jakim się obracają, czyli wpływy, interesy i władza tylko podkręcają ego - również to finansowe...
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem publicystycznej formy tekstu, merytoryki i ciekawych odniesień do liczb 👍😉
Coś w tym jest. im dłużej ktoś funkcjonuje w takim środowisku, tym łatwiej stracić kontakt z codziennością większości ludzi. Gdy wokół krążą wpływy, stanowiska i pieniądze, perspektywa potrafi się mocno przesunąć, czasem nawet niepostrzeżenie. To chyba największe ryzyko każdej władzy, że zaczyna żyć we własnej bańce.
UsuńA za dobre słowo o tekście dziękuję 😊 Cieszę się, że doceniasz zarówno formę, jak i konkretne liczby, bez nich łatwo popaść w same emocje, a tu jednak warto oprzeć się na faktach.
Wprowadzając odpowiednie dane , algorytm z pewnością by sobie poradził z wyliczeniem i właściwych zarobków i kosztów utrzymania biura poselskiego na średnim poziomie oraz zasadności innych składowych.
OdpowiedzUsuńDieta poselska- z tego co doczytałam -jest nieopodatkowanym i niewymagającym rozliczenia dodatkiem do pensji...więc tak to wygląda, że część zarobków nie podlega opodatkowaniu i należy się jak ,psu -buda,, (https://www.infor.pl/prawo/encyklopedia-prawa/d/6330639,dieta-parlamentarna.html ) .
Jakich sobie przedstwicieli wybraliśmy- takich mamy. Są odbiciem społeczeństwa. Kto nie chciał by podwyżki zarobków/ emerytur/rent/dodatków dla bezrobotnych itd.?
Jeżeli nie teraz to za jakiś czas- proporcjonalnie do zmieniających się kosztów utrzymania- żeby nie być stratnym. A najlepiej to jeszcze żeby odłożyć....- kogo by się nie zapytać to wszyscy chcą mieć../dostawać więcej.
za wyjątkiem bogatych ....poniżej:
-Ci, którym zawsze wystarcza, bo umieją się rządzić tym co mają ,
-ci, którym nie zależy na życiu w ogóle -bo czekają z utęsknieniem końca
-żyjący w nieświadomości co do znaczenia pieniądza
-...?....
Kto by chciał pracować za darmo w parlamencie i mieć tylko dietę? Pewnie kilka osób by się znalazło, być może ze względu na inne profity niematerialne wiążące się z byciem posłem.
Z jednej strony masz rację – przy dobrze ustawionych parametrach da się policzyć widełki wynagrodzeń czy realne koszty prowadzenia biura. Tyle że algorytm policzy liczby, a nie odpowie na pytanie o poczucie sprawiedliwości czy o to, jak dana decyzja zostanie odebrana społecznie. A to w polityce bywa równie ważne jak same wyliczenia.
UsuńWątek diety też budzi emocje właśnie dlatego, że dla wielu osób brzmi to jak uprzywilejowanie, nawet jeśli formalnie ma swoje uzasadnienie. Transparentność i jasne tłumaczenie zasad mogłyby tu sporo zmienić, bo niedopowiedzenia zawsze działają na niekorzyść.
Co do ludzkiej natury – trudno zaprzeczyć, że większość z nas chciałaby zarabiać więcej i zabezpieczyć przyszłość. To zupełnie normalne. Różnica polega na tym, że osoby pełniące funkcje publiczne podlegają większej ocenie i ich decyzje dotyczą także ich samych, więc poprzeczka oczekiwań jest wyżej zawieszona. I chyba właśnie to napięcie między „ludzkie” a „publiczne” najmocniej tu wybrzmiewa.
Jak dana decyzja zostanie odebrana przez społeczeństwo ma znaczenie tylko w kontekście zyskania lub stracenia poparcia przez poszczególne ugrupowania , o ile ta kwestia będzie wystarczajaco nagłośniona. Wszystkich się nie zadowoli- po 1-sze, więc nie ma co się ,wszystkimi przejmować Po drugie- ludzie oceniaja innych ( w tym posłów) poprzez własne priorytety i kryteria a niekoniecznie przez wysokość uposażenia.
UsuńCzy bulwersują nas podwyżki u znajomych lub innych? Pozytywnie przyjmujemy lub z zazdrością. Od naszego podejścia indywidualnie- zależy.
Bardziej chodzi o skuteczność =efekty pracy - przy takich pieniądzach i czy ktoś ma nad tym kontrolę.
Wydatkowanie publicznych pieniędzy , wymaga patrzenia przez lupę i na ręce . Czy ktoś to w ogóle robi?- nie wiem....
Zawsze są problemy z proporcjami, a wprowadzenie na nasz grunt-jakiegoś gotowca proporcjonalnych uposażeń od góry do dołu -też będzie budzić opór pewnych grup.
Trochę upraszczasz sprawę. Jasne, partie zawsze patrzą na to przez pryzmat poparcia, ale dla zwykłych ludzi to nie są tylko „słupki”. To kwestia zaufania i poczucia, czy ktoś traktuje ich poważnie. Nie chodzi o to, żeby zadowolić wszystkich, tylko żeby decyzje były uczciwe i uzasadnione.
UsuńPorównanie do podwyżek u znajomych jest moim zdaniem nietrafione. Gdy kolega dostaje więcej, to jego sprawa i pieniądze jego firmy. W przypadku polityków mówimy o środkach z budżetu, więc reakcje są naturalnie ostrzejsze. Tu naprawdę znaczenie ma transparentność i realna kontrola, a nie tylko indywidualne podejście czy zazdrość.
Zgadzam się natomiast, że kluczowe są efekty. Jeśli ktoś pracuje skutecznie, bierze odpowiedzialność i widać konkretne rezultaty, temat wynagrodzenia traci na ostrości. Problem zaczyna się wtedy, gdy brakuje jasnych zasad rozliczania i proporcji. Bez tego każda zmiana będzie budzić sprzeciw – niezależnie od tego, jak bardzo będzie „systemowa” czy inspirowana gotowymi rozwiązaniami z zewnątrz.
Nierówności społeczne to jedna z cech gospodarki kapitalistycznej. Mamy przykład rozwarstwienia w tzw. krajach rozwiniętych. A przecież do tego prowadzi ten typ gospodarki. Kierunki są różne. System polityczny w danym państwie, zwany np.demokracją i jego składowe są po to by uzasadnić to ekonomiczne zróżnicowanie, z którym i tak społeczeństwo musi się pogodzić. A to czy odbywa się to ,,w świetle przepisów i jest jawne czy ukryte ma o tyle znaczenie, że to co ukryte- nie wzbudza niepokoju ( bo cichcem wprowadzane) a jawne- wręcz przeciwnie.
UsuńJak myśli szaraczek, jakim jestem? I tak zrobią co mają zrobić. Wcześniej lub później...
Poczucie, że decyzje zapadają ponad głowami zwykłych ludzi i że niezależnie od tego, kto rządzi, kierunek i tak jest z góry ustalony, potrafi skutecznie odebrać energię do czegokolwiek. 😕
UsuńZ drugiej strony mam wrażenie, że sprowadzanie wszystkiego wyłącznie do „kapitalizm = nierówności” trochę upraszcza sprawę. Różnice majątkowe występują w różnych modelach gospodarczych, tylko ich skala i mechanizmy są inne. Dużo zależy od tego, jak działa państwo: podatki, redystrybucja, dostęp do edukacji i ochrony zdrowia, prawo pracy. To nie jest jeden suwak ustawiony na stałe, tylko cały zestaw decyzji politycznych.
Co do jawności i „cichcem wprowadzanych” zmian — tu akurat się zgadzam, że przejrzystość ma ogromne znaczenie. Kiedy coś dzieje się po cichu, ludzie czują się oszukani. A gdy jest otwarta debata, nawet jeśli decyzja się komuś nie podoba, przynajmniej wiadomo, na czym się stoi.
Najbardziej uderza w Twoim komentarzu to poczucie bezsilności: „i tak zrobią, co mają zrobić”. To jest chyba największy problem — nie same różnice dochodowe, tylko przekonanie, że nie ma się wpływu. A historia pokazuje, że presja społeczna, wybory, oddolne ruchy potrafią jednak coś zmieniać. Wolno, niedoskonale, czasem chaotycznie — ale jednak.
Może zamiast myśleć w kategoriach „szaraczek kontra system”, warto patrzeć na to jak na proces, w którym wpływ jest rozproszony, ale realny. Nie zawsze spektakularny, ale jednak istnieje. I to daje trochę więcej przestrzeni niż czyste „nie ma sensu”.
To nie bezsilność, to akceptacja tego co jest, bo jako jednostka mam niewielki wpływ i jestem tego świadoma. Szaraczek - kontra system? to jak porywanie się z motyką na słońce. Szkoda nerwów i zdrowia.
UsuńCzasem to naprawdę nie jest poddanie się, tylko zwykłe pogodzenie się z realiami. Nie wszystko da się zmienić, zwłaszcza gdy skala problemu nas przerasta. Dbanie o własny spokój i zdrowie psychiczne to też forma odpowiedzialności za siebie. Z drugiej strony myślę, że nawet małe działania mają znaczenie, choćby dla własnego poczucia sprawczości. Każdy musi sam wyczuć granicę między walką a odpuszczeniem i to wcale nie jest czarno-białe.
UsuńBeautiful blog
OdpowiedzUsuńBardzo mi miło, dziękuję 😊 Cieszę się, że zaglądanie tutaj sprawia Ci przyjemność. To zawsze motywuje do dalszego pisania i dzielenia się kolejnymi treściami. Thank you so much! 😊 I’m really glad you enjoy the blog—it’s always motivating to know people appreciate the content.
UsuńPlease read my post
OdpowiedzUsuńGot it! I’ll check out your post and let you know what I think 😊
UsuńTeoria mowi, ze politycy powinni zarabiac na tyle godnie, zeby nie ulegac ewentualnym zapedom korupcyjnym, oni musza zarabiac duzo. Z tym, ze platnikami ich pensji jestesmy my, my jestesmy ich pracodawcami, o czym oni zdaja sie nie pamietac i czesto dzialaja przeciwko nam. To, o czym piszesz, dzieje sie nie tylko w Polsce. Nasi tez daja sobie podwyzki w wysokosci sredniej miesiecznej pensji, a rzadza tak, ze spoleczenstwo biednieje, a tak byc nie powinno i taki proces budzi sprzeciw. Politycy powinni odpowiadac finansowo za zle decyzje.
OdpowiedzUsuńCoś w tym jest. Faktycznie istnieje argument, że godne wynagrodzenie ma ograniczać pokusy i przyciągać kompetentnych ludzi do polityki. Tyle że sama wysokość pensji nie gwarantuje ani uczciwości, ani jakości decyzji. To działa tylko wtedy, gdy równolegle istnieje realna odpowiedzialność i przejrzyste zasady.
UsuńMasz też rację, że ostatecznie to obywatele finansują funkcjonowanie państwa. Jeśli pojawia się wrażenie, że rządzący odrywają się od codziennych problemów ludzi, frustracja jest naturalna. Szczególnie wtedy, gdy wzrost ich wynagrodzeń nie idzie w parze z poprawą sytuacji gospodarczej czy poziomu życia społeczeństwa.
Pomysł odpowiedzialności finansowej za złe decyzje brzmi sprawiedliwie, ale w praktyce jest trudny do wdrożenia. Polityka to często decyzje podejmowane w warunkach ryzyka i niepewności, a granica między błędem a świadomym działaniem na szkodę bywa nieostra. Dlatego kluczowe są mocne mechanizmy kontroli, jawność działań i sprawne instytucje rozliczające nadużycia. Bez tego sama wysokość pensji – czy to wysoka, czy niska – nie rozwiąże problemu.
tuż po wyborach X/23 świeżo upieczony poseł Sławomir Mentzen wypuścił cykl filmików na YouTube... pierwsze odcinki były poświęcone funkcjonowaniu polskiego parlamentu, głównie Sejmu... co prawda jest mi bardzo nie po drodze z panem Mentzenem, jeśli chodzi o wiele tematów, czy poglądów, ale te kilka konkretnych filmików wydało mi się dość interesujące... ów poseł, nowicjusz w tej swojej roli, opowiada w nich jak widzi pracę Sejmu, przede wszystkim organizację tej pracy... zakładając, że te jego relacje nie są żadnym zafałszowaniem rzeczywistości, to pokazują one obraz, który się aż prosi o określenie jednym, dość modnym ostatnio w języku common słowem: "masakra"... na podstawie tych opowiadań próbowałem oszacować, tak mocno z grubsza, jak wiele czasu pracy Sejmu jest wykorzystane produktywnie, a ile jest po prostu marnowane... wyszło mi, że czas naprawdę sensownie wykorzystany zawiera się w granicach od 10 do 20 procent całego czasu pracy Sejmu... a przecież jest to miejsce, gdzie rozstrzyga się szalenie ważne sprawy, bardzo żywotne dla każdego obywatela... za to ten czas zmarnowany kosztuje naprawdę poważne pieniądze, które płaci przecież podatnik... ja doskonale rozumiem, że poseł, czy też inny funkcjonariusz państwowy powinien dobrze zarabiać, choćby w ramach profilaktyki antykorupcyjnej... ale pojawia się pytanie za co mają być płacone te pieniądze?... skoro ów poseł przez 80 - 90 procent swojego czasu pracy nie robi nic, albo wykonuje czynności kompletnie zbędne, to pomysł podwyżki pensji takiego posła zakrawa na jakieś absurdalne nieporozumienie... czyli moim zdaniem najpierw trzeba zacząć od reorganizacji pracy /w tym przypadku/ Sejmu, a potem dopiero próbować szacować, jakie sumy się za tą pracę należą...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Rozumiem Twoje oburzenie, bo jeśli rzeczywiście organizacja pracy wygląda tak, jak to zostało opisane, to trudno nie mieć poczucia marnotrawstwa. Sejm to nie jest jakaś dowolna instytucja – tam zapadają decyzje, które realnie wpływają na życie milionów ludzi. Jeśli czas i pieniądze są przepalane na chaos organizacyjny, to jest to po prostu słabe.
UsuńZ drugiej strony warto pamiętać, że praca posła to nie tylko siedzenie na sali plenarnej. Sporo dzieje się w komisjach, zespołach, w biurach poselskich, w terenie. Część tej roboty jest mało widowiskowa i nie trafia do kamery. To oczywiście nie znaczy, że wszystko działa sprawnie – raczej że obraz z jednej perspektywy może być niepełny.
Natomiast zgadzam się z jednym: wynagrodzenie powinno iść w parze z jakością organizacji i efektami. Jeśli system jest źle poukładany, to podwyżki bez wcześniejszego uporządkowania zasad pracy będą budzić sprzeciw. Najpierw sensowna reforma procedur, większa dyscyplina i transparentność, a dopiero potem rozmowa o pieniądzach. Inaczej zawsze będzie wrażenie, że coś tu jest nie tak – nawet jeśli intencje były inne.
No cóż, każdy chciałby zarabiać więcej, niezależnie od tego gdzie jest tam gdzie pracuje. Dobra praca wymaga dobrego wynagrodzenia, tylko czy posłowie zaliczają się do grupy dobrze pracujących?
OdpowiedzUsuńTo prawda, że naturalne jest dążenie do wyższych zarobków – nikt nie pracuje wyłącznie z idei. Problem zaczyna się w momencie, gdy pojawia się wątpliwość, czy za tymi pieniędzmi stoi realna jakość i zaangażowanie.
UsuńW przypadku posłów sprawa jest bardziej złożona, bo ich praca nie zawsze jest widoczna na pierwszy rzut oka. Część działań dzieje się poza salą obrad, w komisjach czy w pracy z wyborcami. Ale z drugiej strony to stanowisko wiąże się z dużą odpowiedzialnością i wpływem na państwo, więc oczekiwania wobec nich są – i powinny być – wyższe niż wobec przeciętnego pracownika.
Moim zdaniem kluczowe pytanie nie brzmi „czy powinni zarabiać więcej”, tylko „jak mierzyć jakość ich pracy i jak ich z niej rozliczać”. Bez jasnych kryteriów każda podwyżka będzie budzić wątpliwości, nawet jeśli w teorii da się ją uzasadnić.
Poseł zarabia zbyt mało w stosunku do tego, kim powinien być (osobą podejmującą świadomie i odpowiedzialnie najważniejsze dla państwa decyzje), ale zdecydowanie zbyt dużo w stosunku do tego, kim w rzeczywistości jest (trybikiem w maszynce do głosowania).
OdpowiedzUsuńJest w tym sporo goryczy, ale też jakaś trafna obserwacja. W teorii mandat poselski to ogromna odpowiedzialność – wpływ na prawo, budżet, kierunek rozwoju państwa. I za taką rangę decyzji wynagrodzenie nie powinno być symboliczne.
UsuńProblem w tym, że praktyka często rozmija się z tą wizją. Dyscyplina partyjna, głosowania „z automatu”, mała przestrzeń na realną niezależność – to wszystko sprawia, że wielu ludzi ma poczucie, że rola posła została sprowadzona do wciskania odpowiedniego przycisku. A wtedy trudno bronić wysokich zarobków, skoro odpowiedzialność wydaje się rozmyta.
Może więc sedno nie tkwi w samej kwocie, tylko w modelu działania. Jeśli chcemy, by poseł był faktycznie samodzielnym decydentem, to trzeba stworzyć warunki do realnej pracy merytorycznej i większej indywidualnej odpowiedzialności. Bez tego zawsze będzie rozdźwięk między tym, kim powinien być, a tym, jak jest postrzegany.
Nieszczęście polega na tym, że posłowie są tak naprawdę wybierani przez liderów partii, którzy rozdzielają "biorące" miejsca na listach wyborczych. Więc wybierają raczej miernych i biernych, ale za to posłusznych. Oprócz tego dysponują milionami z dotacji i subwencji partyjnych, które dają im przewagę nad ewentualną nową konkurencją.
UsuńZawsze powtarzam i powtarzać będę, że politykowanie niesie ze sobą tylko spory, choć my Polacy politykować lubimy. Bez względu na poltykę i polityków niesprawiedliwość była, jest i pewnie zawsze będzie. A chcemy czy nie, pieniądz rządzi światem ;)
OdpowiedzUsuńTrochę się z Tobą zgadzam, bo faktycznie rozmowy o polityce potrafią ludzi poróżnić szybciej niż cokolwiek innego. Czasem wystarczy jedno zdanie i atmosfera robi się gęsta 😅. Z drugiej strony mam wrażenie, że całkowite odpuszczenie tematu też niczego nie zmienia — w końcu to, co dzieje się w polityce, realnie wpływa na nasze życie.
UsuńCo do niesprawiedliwości i pieniędzy… coś w tym jest. Świat nigdy nie był idealny i raczej nie będzie, a pieniądz daje ogromną władzę. Mimo to wierzę, że to nie wszystko. Wciąż są ludzie, którzy potrafią postawić wartości wyżej niż interes. I chyba na takich warto się skupiać, żeby nie popaść w totalny cynizm 😉