Przyznam coś na początku, żeby było uczciwie: kiedyś uważałem, że but to but. Ma być czysty, w miarę wygodny i nieprzemakalny. Koniec filozofii. Cała reszta — kolory, fasony, wysokość obcasa, rodzaj noska — wydawała mi się detalem z kategorii „świat równoległy”, do którego jako facet mam wstęp warunkowy.
Potem zamieszkałem z kobietą.
I nagle odkryłem, że istnieje wszechświat, w którym „czarne buty” to określenie tak ogólne, jakby powiedzieć „jakiś samochód”. Bo czarne mogą być lakierowane, matowe, zamszowe, na słupku, na cienkiej szpilce, z odkrytą piętą, z paskiem wokół kostki, z paskiem tylko udającym, że coś trzyma. I każdy z tych detali coś znaczy. Do czegoś pasuje. Coś komunikuje.
Przez lata nauczyłem się rozróżniać fasony. Wiem, że botek to nie kozak, nawet jeśli dla mnie oba kończą się „gdzieś na nodze”. Wiem, że sneakers sneakersowi nierówny. Wiem też, że zdanie „przecież masz podobne” jest jak wciśnięcie czerwonego przycisku samozniszczenia. Człowiek dojrzewa.
Ale mimo tego całego przyspieszonego kursu z obuwniczego alfabetu, wciąż zdarzają się momenty, które mnie zaskakują.
Kilka dni temu znajoma napisała do mnie wiadomość. Bez wstępu, bez kontekstu. Tylko zdjęcie i pytanie:
„Ty ogarniasz takie rzeczy. Co to w ogóle jest?”
Otworzyłem fotografię i przez chwilę patrzyłem w ekran jak ktoś, kto właśnie zobaczył nowy gatunek zwierzęcia. To wyglądało jak but zaprojektowany przez kogoś, kto nigdy nie widział ludzkiej stopy. Geometryczny, nienaturalnie wygięty, z podeszwą przypominającą falę tsunami zatrzymaną w pół ruchu. Niby minimalistyczny, a jednocześnie agresywny w formie.
I wtedy poczułem coś, czego się nie spodziewałem: nie rozbawienie, nie ironię, tylko niepokój.
Bo ja naprawdę znam ten schemat. Najpierw jest zachwyt: „Jakie oryginalne!”. Potem ciekawość: „Może przymierzę?”. Później racjonalizacja: „Przecież nie będę w nich chodzić codziennie”. A na końcu rzeczywistość: ból, obtarcia, napięte łydki, kręgosłup, który po kilku godzinach zaczyna wysyłać sygnały ostrzegawcze.
I nagle pytanie przestaje brzmieć: „Jak się nazywają te buty?”.
Zaczyna brzmieć: „Dlaczego w ogóle ktoś je zaprojektował w ten sposób?”.
Żyjemy w czasach, w których wszystko ma być „inne”, „odważne”, „przełamujące schematy”. Problem w tym, że ciało nie zna tych haseł. Kolano nie reaguje na marketing. Ścięgno Achillesa nie daje się przekonać kampanią w mediach społecznościowych. Stopa — ta cicha bohaterka naszej codzienności — ma bardzo konkretne wymagania biomechaniczne. I jeśli je ignorujemy, ona prędzej czy później upomni się o swoje.
Zacząłem się więc zastanawiać, czy to nie jest temat większy niż jedna para dziwnych butów. Czy przypadkiem nie patrzę na symbol czegoś, co robimy na co dzień: wybieramy efekt ponad funkcję, obraz ponad wygodę, chwilowe „wow” ponad długofalowe konsekwencje.
Piszę to jako facet, który nie ma miliona par w szafie, ale ma oczy. Widzę, jak wiele kobiet codziennie negocjuje między tym, co ładne, a tym, co zdrowe. Widzę też, jak często wybór nie jest wcale wolny, tylko podszyty oczekiwaniami — zawodowymi, społecznymi, estetycznymi.
I może właśnie dlatego to zdjęcie mnie zatrzymało. Bo nagle przestałem patrzeć na but jako na modowy gadżet. Zobaczyłem w nim coś więcej: małą, zgrabnie zaprojektowaną decyzję, która może mieć bardzo realne skutki.
Ten tekst nie będzie więc o tym, żeby kogokolwiek pouczać. Nie będzie też tyradą przeciwko modzie. Lubię dobrze wyglądające rzeczy. Doceniam design. Rozumiem potrzebę wyrażania siebie.
Ale chcę przyjrzeć się temu, co dzieje się pod powierzchnią. Dosłownie — pod podeszwą.
Bo może największe pytanie wcale nie brzmi: „Co to za buty?”.
Może brzmi: „Dlaczego tak łatwo godzimy się na to, żeby coś, co ma nas nieść przez życie, zaczynało nas powoli niszczyć?”.
I od tego właśnie chcę zacząć.
Patrzę na te 18-centymetrowe, szpiczaste, zapinane i – uwaga – zamykane buty na obcasie i mam wrażenie, że ktoś wziął wszystkie symbole przesady, kontroli i estetycznej dominacji, a potem skondensował je w jednym produkcie. To nie jest już obuwie. To jest komunikat. To jest manifest. To jest fetysz ubrany w język e-commerce.
Osiemnaście centymetrów. Spróbujmy to sobie uczciwie wyobrazić. To więcej niż wysokość przeciętnego smartfona. To mniej więcej tyle, ile ma krótszy bok kartki A5. Teraz postaw tę wysokość pod własną piętą i spróbuj przenieść ciężar ciała do przodu. Czujesz to napięcie w łydce? To nie jest subtelna zmiana. To jest brutalne przesunięcie osi całego ciała. Środek ciężkości wędruje jak przestraszone zwierzę, kolana zaczynają kompensować, miednica przechyla się, kręgosłup lędźwiowy wygina się głębiej. Organizm natychmiast przechodzi w tryb adaptacji awaryjnej.
A teraz dodaj do tego szpic, który zbiera palce w ciasny klin. Paluch zaczyna uciekać w bok, małe palce tracą przestrzeń, przodostopie przyjmuje większość ciężaru. Jeśli ktoś twierdzi, że to tylko kwestia przyzwyczajenia, to znaczy, że nie rozumie biologii. Tkanki miękkie mogą się rozciągnąć, ścięgna mogą się skrócić, mięśnie mogą się nauczyć nienaturalnego napięcia, ale to nie znaczy, że to jest dla nich neutralne. To znaczy, że ciało milczy do czasu, aż przestanie.
Najbardziej symboliczne jest jednak to słowo: lockable. Zamykane. Pasek, który można zablokować. Ten detal działa na wyobraźnię mocniej niż sam obcas. Bo tu już nie chodzi tylko o wysokość czy o estetykę. Tu pojawia się motyw unieruchomienia. Ograniczenia. Zatrzaśnięcia. Nawet jeśli to element stylistyczny, nawet jeśli ktoś kupuje je wyłącznie do sesji zdjęciowej czy do prywatnej gry z konwencją, nie da się uciec od symboliki. To nie są buty do wyjścia po chleb. To są buty, które projektują określony rodzaj ruchu. A właściwie jego brak.
Drugi model, baletowe buty do kolan, działa na mnie w podobny sposób, tylko ciszej, bardziej subtelnie. Wydłużone, czarne, wspinające się po łydce aż pod kolano. Stopa permanentnie ustawiona w zgięciu podeszwowym, pięta uniesiona, brak realnej możliwości przetoczenia stopy od pięty do palców. W balecie taki ruch ma sens, bo jest częścią techniki, jest chwilowy, kontrolowany, wynika z treningu i świadomości ciała. Ale przeniesiony do mody codziennej staje się czymś innym. Staje się estetyzacją wysiłku i napięcia.
Nie chodzi o to, żeby moralizować. Nie chodzi o to, żeby odbierać komukolwiek prawo do eksperymentowania z własnym wizerunkiem. Chodzi o uczciwość wobec faktów. Ludzka stopa nie została zaprojektowana do długotrwałego chodzenia na palcach. Wysokie obcasy skracają mięśnie łydki i ścięgno Achillesa. Z czasem naturalna długość tych struktur się zmienia. Próba założenia płaskich butów po latach chodzenia w ekstremalnych obcasach bywa bolesna, bo organizm przyzwyczaił się do patologicznej normy. To nie jest teoria. To jest biomechanika.
Kiedy patrzę na te modele, widzę coś jeszcze. Widzę rynek, który przestał zadawać pytanie o funkcję. Liczy się efekt wizualny. Liczy się zdjęcie. Liczy się to, czy produkt wyróżni się w feedzie. W świecie, w którym wszystko już było, trzeba podnieść stawkę. Dziesięć centymetrów to za mało. Dwanaście to standard. Piętnaście to jeszcze akceptowalna ekstrawagancja. Osiemnaście to spektakl. A spektakl się klika.
Tylko że ciało nie jest sceną teatralną. Ciało jest systemem, który musi działać codziennie. Musi wstać rano, zejść po schodach, wejść do tramwaju, utrzymać równowagę na śliskim chodniku. Ekstremalny obcas dramatycznie zmniejsza powierzchnię podparcia. Zwiększa ryzyko skręcenia stawu skokowego. Zmienia tor ruchu kolana. Każdy krok staje się mikrowyzwaniem. Wystarczy chwila nieuwagi i mamy uraz.
Zadaję sobie pytanie, dlaczego tak łatwo akceptujemy ten dysonans. Dlaczego w przypadku obuwia godzimy się na to, że funkcja może być całkowicie podporządkowana formie. Wyobraź sobie krzesło, na którym nie da się wygodnie siedzieć. Albo samochód, którym nie można bezpiecznie skręcić. Nazwalibyśmy to wadą konstrukcyjną. A w modzie mówimy: odważne, bezkompromisowe, prowokacyjne.
W tym wszystkim najbardziej interesuje mnie nie sam produkt, ale kontekst. Te buty nie istnieją w próżni. One są odpowiedzią na zapotrzebowanie. Na pragnienie bycia zauważoną. Na potrzebę wyjścia poza normę. I nie ma w tym nic złego, dopóki świadomie rozumiemy, co kupujemy. Problem zaczyna się wtedy, gdy estetyka udaje neutralność. Gdy ekstremum jest opakowane jak zwykły towar.
Piszę to z pozycji faceta, który nie musi mierzyć się z presją chodzenia w obcasach, żeby wyglądać profesjonalnie czy atrakcyjnie. Mój dress code nie wymaga ode mnie balansowania na granicy fizjologii. I może właśnie dlatego łatwiej mi zobaczyć absurd tej sytuacji. Bo gdybym ja miał włożyć buty, w których nie jestem w stanie normalnie przejść kilkuset metrów, uznano by to za dziwactwo. Gdy kobieta robi to samo, często słyszy komplement.
Najbardziej niepokoi mnie normalizacja bólu. To przekonanie, że jeśli coś uciska, obciera, męczy, to znaczy, że tak ma być. Że cierpienie jest częścią stylu. Że piękno wymaga poświęceń. To zdanie powtarzane od pokoleń brzmi jak niewinny banał, a w praktyce usprawiedliwia ignorowanie sygnałów ciała.
Nie twierdzę, że każdy, kto kupuje takie buty, robi sobie krzywdę. Są sytuacje, są konteksty, są przestrzenie prywatne, w których ekstremum jest świadomą grą. Ale kiedy zaczynamy traktować takie konstrukcje jako kolejną opcję w katalogu codzienności, coś się przesuwa. Granica między stylizacją a autodestrukcją staje się cienka.
Dla mnie wolność zaczyna się od możliwości ruchu. Od tego, że mogę iść, przyspieszyć, skręcić, zmienić kierunek bez lęku o stabilność. But, który odbiera tę możliwość, przestaje być dodatkiem. Staje się symbolem kompromisu, który zawieramy z oczekiwaniami świata.
Można oczywiście wzruszyć ramionami i powiedzieć: to tylko produkt, nikt nikogo nie zmusza. To prawda. Ale kultura nie działa przez przymus bezpośredni. Działa przez subtelne sugestie. Przez obrazy, które powtarzają się tak długo, aż zaczynają wyglądać jak norma. A kiedy norma przesuwa się w stronę ekstremum, przestajemy zauważać, że coś jest nie tak.
Patrząc na te osiemnaście centymetrów pod piętą, widzę nie tylko przesadę. Widzę pytanie o granice. O to, jak daleko jesteśmy w stanie pójść w imię efektu. I czy w tym biegu za wrażeniem nie tracimy z oczu czegoś podstawowego: że ciało nie jest rekwizytem. Jest domem. A dom, w którym trudno się poruszać, prędzej czy później zaczyna uwierać.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że te buty wcale nie są najważniejsze. One są tylko lustrem. W ich 18 centymetrach odbija się coś znacznie większego niż moda. Odbija się nasza gotowość do naginania siebie – dosłownie i w przenośni – do oczekiwań, które ktoś sprytnie opakował w słowa „sexy”, „odważne”, „bezkompromisowe”.
Nie mam potrzeby nikogo zawstydzać. Nie chcę nikomu odbierać prawa do fantazji, zabawy konwencją czy nawet przesady. Ale mam potrzebę nazwać rzeczy po imieniu. Jeśli zakładasz coś, w czym nie możesz swobodnie iść, to nie jest to już tylko stylizacja. To jest świadome wejście w ograniczenie. I jasne, możesz powiedzieć: robię to, bo chcę. Tylko warto zadać sobie pytanie, czy to pragnienie rzeczywiście jest w stu procentach nasze, czy może zostało w nas starannie zasiane.
Zbyt często mylimy odwagę z autoeksploatacją. Odwaga to dla mnie wyjście w świat takim, jakim się jest, bez potrzeby budowania konstrukcji, które mają coś udowodnić. Autoeksploatacja to moment, w którym zaczynamy traktować własne ciało jak narzędzie do osiągania efektu wizualnego. Jak rekwizyt. Jak element scenografii.
Te buty – ekstremalne, przerysowane, balansujące na granicy możliwości fizjologii – są jak test. Sprawdzają, ile jeszcze jesteśmy w stanie zaakceptować w imię wizerunku. Ile napięcia, ile dyskomfortu, ile mikrourazów jesteśmy gotowi wpisać w codzienność, byle tylko przez chwilę wyglądać „bardziej”.
Tyle że ciało ma długą pamięć. Ono nie zapomina skróconych ścięgien, przeciążonych stawów, przestawionej osi ruchu. Ono magazynuje te decyzje. Każdy centymetr obcasa to matematyka, nie metafora. Każdy nienaturalny kąt ustawienia stopy to konkretne siły działające na kolano i biodro. Możemy to ignorować, możemy to romantyzować, ale nie możemy tego unieważnić.
I może właśnie dlatego ten temat tak mnie porusza. Bo nie chodzi tylko o buty. Chodzi o sposób, w jaki uczymy się ignorować sygnały ostrzegawcze. Najpierw drobne obtarcie. Potem ból w łydce. Później napięcie w dolnym odcinku pleców. Z czasem zaczynamy mówić: „taka moja uroda”, „taki wiek”, „taki tryb życia”. A przecież często to suma małych decyzji, które wydawały się niewinne.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że rynek nie ma sumienia. Rynek ma algorytmy. Jeśli coś się klika, będzie produkowane. Jeśli coś wzbudza emocje, będzie promowane. Granice przesuwają się nie dlatego, że ktoś chce nas skrzywdzić, ale dlatego, że przesada sprzedaje się lepiej niż umiar. A my, jako odbiorcy, mamy w tym układzie więcej sprawczości, niż nam się wydaje.
Możemy kupić. Możemy nie kupić.
Możemy zachwycić się zdjęciem i zostawić je w internecie.
Możemy też zapytać siebie: czy naprawdę chcę w to wejść?
Nie interesuje mnie moralna wyższość. Interesuje mnie świadomość. Jeśli ktoś zakłada takie buty, wiedząc dokładnie, jakie są konsekwencje i w jakim kontekście ich używa, to jest to decyzja dorosłej osoby. Problem zaczyna się tam, gdzie estetyka przysłania fizjologię, a marketing udaje neutralny opis.
Najbardziej niepokoi mnie normalizacja ekstremum. To, że rzeczy jeszcze dekadę temu uznawane za niszowe, performatywne, przeznaczone dla bardzo konkretnych środowisk, dziś pojawiają się w masowych sklepach jako kolejna opcja do wyboru. Bez gwiazdki. Bez przypisu. Bez rozmowy o tym, że to nie jest obuwie do życia, tylko do obrazu.
A życie to nie sesja zdjęciowa. Życie to schody bez poręczy, mokry chodnik, pośpiech, autobus, który właśnie podjechał. Życie to potrzeba ruchu, spontaniczności, reakcji. Buty, które tę spontaniczność odbierają, coś nam zabierają. Może subtelnie. Może niezauważalnie. Ale konsekwentnie.
Im bardziej przyglądam się temu z boku, tym mocniej czuję, że prawdziwym luksusem nie jest spektakularny obcas. Luksusem jest komfort. Swoboda. Możliwość pójścia przed siebie bez kalkulowania każdego kroku. To nie brzmi efektownie. Nie generuje wiralowych filmików. Ale daje coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze – długoterminowe zdrowie.
Może więc najodważniejszym gestem w dzisiejszej modzie nie jest założenie 18 centymetrów pod piętą. Może najodważniejsze jest powiedzenie: wybieram siebie. Wybieram ruch, który jest naturalny. Wybieram estetykę, która nie wymaga ode mnie milczącego cierpienia.
Nie chcę nikomu mówić, co ma nosić. Chcę tylko, żebyśmy przestali udawać, że ciało to tło dla stylizacji. Ono jest pierwszym planem. Ono ponosi konsekwencje każdej decyzji.
A jeśli coś ma mnie nieść przez życie, to chcę, żeby mnie wspierało, a nie testowało granice mojej wytrzymałości. Bo w świecie, który i tak stawia przed nami wystarczająco dużo wyzwań, naprawdę nie potrzebujemy dodatkowych osiemnastu centymetrów ryzyka pod własną piętą.



Komentarze
Prześlij komentarz