Długo biłem się z myślami, czy w ogóle powinienem o tym pisać. Czy to jest odpowiednie miejsce, odpowiedni moment i czy w ogóle ktokolwiek tego potrzebuje. Przez długi czas wydawało mi się, że są rzeczy, które lepiej zachować dla siebie, nie wyciągać ich na światło dzienne, nie mieszać życia prywatnego z felietonami, codziennymi obserwacjami i sprawami, o których zwykle tu piszę. Raz już zaczynałem jeden z tekstów w podobnym tonie, ale wtedy chodziło o coś zupełnie innego. Tym razem sprawa jest znacznie głębsza, bardziej osobista i trudniejsza do wypowiedzenia.
Mimo wszystko stwierdziłem, że powiem. Bez wielkich słów, bez dramatyzmu, bez budowania napięcia. Proszę tylko, przeczytajcie to uważnie i ze zrozumieniem. I zapamiętajcie jedno: do niczego was nie zmuszam ani nie przymuszam. To nie jest apel, nie jest żądanie ani próba wywierania nacisku. To po prostu moja historia, której fragment postanowiłem się z wami podzielić.
Od urodzenia zmagam się z poważną wadą serca. To nie jest choroba, która pojawiła się nagle i którą można powiązać z jednym konkretnym momentem w życiu. Ona była ze mną od zawsze. Dorastałem z nią, dojrzewałem, uczyłem się funkcjonować, często nie do końca rozumiejąc, dlaczego szybciej się męczę, dlaczego niektóre rzeczy kosztują mnie więcej energii niż innych, dlaczego organizm czasem mówi „dość” szybciej, niż bym chciał. Jedna z komór mojego serca nie domyka się prawidłowo, przez co przepływ krwi jest zaburzony, a płatki aorty nie spełniają swojej roli tak, jak powinny. To są suche, medyczne fakty, ale za nimi stoi bardzo konkretna codzienność.
Życie z chorym sercem to życie na zwolnionych obrotach. Czasem ledwo zauważalnych, a czasem bardzo wyraźnych. To ciągłe zmęczenie, którego nie da się „odespać”. To bóle, duszności, brak sił i świadomość, że serce – coś, co powinno działać automatycznie – wymaga stałej kontroli i uwagi. Choroba wymaga regularnych wizyt u kardiologów, specjalistycznych badań oraz leczenia w ośrodkach zajmujących się wadami serca u dzieci i dorosłych. To nie jest jednorazowa historia, to proces rozłożony na lata.
Każdy dzień jest dla mnie próbą zachowania możliwie normalnego życia. Chęcią funkcjonowania bez bólu i ciągłego wyczerpania, bez myśli, że coś może pójść nie tak. Żeby zatrzymać postęp choroby, potrzebne są kosztowne badania, specjalistyczne zabiegi oraz rehabilitacja wspomagająca pracę serca. Leczenie – zarówno w Polsce, jak i w wyspecjalizowanych ośrodkach za granicą – daje realną szansę na poprawę mojego stanu zdrowia i na uniknięcie poważnej operacji w przyszłości. To nie gwarancja, ale nadzieja. A czasem sama nadzieja potrafi bardzo dużo.
Ja i moi bliscy z całych sił staramy się zebrać środki potrzebne na terapię, leczenie i codzienną opiekę medyczną. To nie jest łatwe, ani finansowo, ani emocjonalnie. Dlatego zdecydowałem się napisać o tym wprost. Jeśli ktoś z was zechce i będzie mógł przekazać 1,5% swojego podatku, będzie to dla mnie realne wsparcie w tej trudnej walce o zdrowie i możliwie spokojne życie. Każda złotówka przybliża mnie do większej sprawności i poczucia bezpieczeństwa.
Jeśli jednak nie chcesz albo nie możesz – w pełni to rozumiem. Naprawdę. Nie ma w tym żadnego obowiązku. Wkrótce w menu głównym pojawi się link do strony z informacjami, żeby ta wiadomość nie zginęła wśród setek innych felietonów.
Każdy dzień z tą chorobą wygląda podobnie, a jednocześnie nigdy nie jest taki sam. Są poranki, kiedy wstaję i przez chwilę łudzę się, że dziś będzie „normalnie”. Że serce pozwoli mi funkcjonować bez przypominania o sobie przy każdym szybszym ruchu, wejściu po schodach czy zwykłym wyjściu z domu. I są dni, kiedy już po kilku minutach wiem, że trzeba zwolnić jeszcze bardziej, bo organizm jasno daje sygnał, że granica została przesunięta bliżej, niż bym chciał.
Życie z chorym sercem uczy pokory w bardzo brutalny sposób. Uczy, że planowanie przyszłości ma swoje granice, że nie wszystko da się zaplanować, a wiele rzeczy trzeba po prostu odpuścić. Nauczyłem się słuchać swojego ciała, choć przychodziło to długo i często wbrew charakterowi. Serce nie pyta, czy mam dziś ważne sprawy, obowiązki czy dobre chęci. Kiedy nie domaga – muszę się zatrzymać. Nawet jeśli głowa chciałaby iść dalej.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że z zewnątrz często nic nie widać. Choroba serca nie zawsze ma twarz bólu czy dramatycznych objawów. Często to ciche zmęczenie, duszność, uczucie ciężaru, którego nie da się nikomu wytłumaczyć w prostych słowach. To rezygnowanie z rzeczy, które dla innych są oczywiste. To wybieranie krótszej drogi, wolniejszego tempa, wcześniejszego powrotu do domu. Z czasem człowiek przestaje się tłumaczyć, bo wie, że i tak nie każdy zrozumie.
Stała opieka kardiologiczna stała się dla mnie codziennością. Badania, kontrole, konsultacje – wszystko to jest wpisane w moje życie jak coś zupełnie naturalnego. A jednak za każdym razem towarzyszy temu napięcie. Każde echo serca, każda wizyta u specjalisty niesie ze sobą pytanie: „czy jest stabilnie?”, „czy nie jest gorzej?”, „czy uda się jeszcze odwlec poważniejszą ingerencję?”. To pytania, które wracają regularnie i z którymi trzeba nauczyć się żyć.
Koszty leczenia są czymś, o czym długo nie chciałem mówić głośno. Bo zawsze wydaje się, że są inni, którzy mają gorzej, że nie wypada, że trzeba sobie radzić samemu. Tylko że choroba nie patrzy na ambicje ani na dumę. Specjalistyczne badania, rehabilitacja kardiologiczna, konsultacje w ośrodkach zajmujących się wadami serca – to wszystko kosztuje. A jednocześnie jest konieczne, żeby utrzymać chorobę w ryzach i nie dopuścić do momentu, w którym operacja stanie się jedynym wyjściem.
Mam świadomość, że leczenie – zarówno w Polsce, jak i za granicą – daje mi realną szansę na poprawę jakości życia. Nie obiecuje cudów, ale daje możliwość zatrzymania postępu choroby, odzyskania części sprawności i oddechu. Dla mnie to bardzo dużo. To szansa na to, żeby żyć nieco mniej w cieniu własnego serca, a bardziej po prostu żyć.
Ogromnym wsparciem są dla mnie bliscy. To oni często widzą więcej niż ja sam – momenty, w których przekraczam swoje możliwości, choć nie chcę się do tego przyznać. To oni pomagają ogarniać rzeczy, na które czasem po prostu nie mam siły. Ta choroba dotyka nie tylko mnie, ale całe moje otoczenie. I chyba to jest jeden z trudniejszych aspektów – świadomość, że ktoś się martwi, czuwa, analizuje każdy gorszy dzień razem ze mną.
Piszę to wszystko nie po to, żeby wzbudzać współczucie. Piszę, bo takie jest moje życie. Bez upiększeń i bez dramatyzowania. Z chorym sercem, z ograniczeniami, z nadzieją, że dzięki leczeniu i wsparciu uda się jeszcze długo utrzymać względną równowagę. Jeśli ktoś zdecyduje się pomóc – poprzez przekazanie 1,5% podatku – będzie to dla mnie realny krok w stronę większego spokoju i bezpieczeństwa. Jeśli nie – to również jest w porządku.
Najważniejsze jest dla mnie to, że mogłem to w końcu powiedzieć wprost. Bez ukrywania, bez omijania tematu, bez udawania, że wszystko jest w porządku. Bo nie zawsze jest. I to też jest część życia, o której czasem warto mówić głośno.
Na koniec chcę zostawić was z czymś bardzo prostym i bardzo prawdziwym. To, co tu napisałem, nie jest podsumowaniem walki ani zamknięciem jakiegoś etapu. To raczej moment zatrzymania się i powiedzenia głośno: tak wygląda moje życie tu i teraz. Z chorym sercem, z ograniczeniami, z niepewnością, ale też z ogromną wolą, żeby mimo wszystko iść dalej – na tyle, na ile się da.
Nie mam wielkich deklaracji ani obietnic, że „będzie dobrze”. Mam za to świadomość, że każdy kolejny dzień, w którym udaje się zachować względną stabilność, jest małym sukcesem. Że każdy spokojniejszy wynik badań, każdy miesiąc bez pogorszenia to coś, co naprawdę ma znaczenie. Nauczyłem się doceniać rzeczy, które kiedyś były oczywiste: zwykły spacer bez zadyszki, dzień bez bólu, moment, w którym serce nie domaga się uwagi co kilka minut.
Ta choroba zmieniła mnie bardziej, niż chciałbym przyznać. Zabrała spontaniczność, lekkość, czasem poczucie kontroli. Ale jednocześnie nauczyła mnie uważności – na siebie, na innych ludzi, na drobne sygnały, które wcześniej bym zignorował. Nauczyła też wdzięczności. Za bliskich, którzy są. Za lekarzy, którzy traktują mnie jak człowieka, a nie przypadek. Za każdą formę wsparcia, nawet tę najcichszą i niewidoczną.
Jeśli dotarłeś aż tutaj, to znaczy, że poświęciłeś mi coś bardzo cennego – swój czas i uwagę. I za to dziękuję najbardziej. Niezależnie od tego, czy zdecydujesz się pomóc, czy po prostu przeczytasz ten tekst i pójdziesz dalej ze swoim dniem. Sama świadomość, że ktoś zatrzymał się na chwilę nad cudzym życiem, ma dla mnie ogromne znaczenie.
Nie wiem, co przyniosą kolejne miesiące i lata. Wiem natomiast, że będę robił wszystko, co w mojej mocy, żeby zadbać o swoje zdrowie, korzystać z dostępnego leczenia i nie udawać, że problemu nie ma. Jeśli dzięki temu tekstowi ktoś choć przez moment pomyśli o swoim sercu, o zdrowiu albo o tym, że warto się czasem zbadać i nie lekceważyć sygnałów – to już będzie coś ważnego.
A jeśli ktoś zdecyduje się mnie wesprzeć – finansowo, dobrym słowem albo zwykłą obecnością – to będzie to dla mnie kolejny dowód na to, że nawet w trudnych momentach człowiek nie zostaje sam. I tego właśnie chcę się trzymać. Tego poczucia, że mimo wszystko życie – nawet na zwolnionych obrotach – nadal ma sens.



Przeczytałam wszystko - nawet dwa razy.
OdpowiedzUsuńOczywiście że Twoje życie ma sens. Nie ważne na jakich obrotach.
Pewnie wiesz najlepiej, że wiele jest takich ludzi podobnych do Ciebie.
Właściwie prawie każdy ma problemy ze zdrowiem.
Ja także.
A ludzie chorzy na serce chorują też na nadwrażliwość i mają bardzo cienką skórę...
Pozdrawiam Cię najserdeczniej .... i przytulam się do Ciebie wirtualnie...
Masz rację – każdy z nas coś niesie, tylko nie wszyscy mówią o tym głośno. Choroba, zwłaszcza serca, rzeczywiście uwrażliwia. Człowiek zaczyna inaczej słuchać, inaczej patrzeć, częściej się zatrzymuje. To bywa trudne, ale bywa też uczciwe wobec samego siebie i innych.
UsuńDobrze wiedzieć, że po drugiej stronie jest ktoś, kto czyta naprawdę, a nie tylko „przelatuje” tekst. I kto rozumie, że sens życia nie zawsze mierzy się tempem czy wydajnością. Dziękuję za ciepłe słowa i za to wirtualne przytulenie – przyjmuję je z wdzięcznością.
Smutny wpis, właściwie nie wiem co napisać.Wszystkie słowa to i tak za mało. W dobie tak wielu osób chorych na bardzo różne choroby trudno zebrać nawet myśli. Nie obiecuję, nie deklaruję, teraz mogę tylko wspierać cię na razie wirtualnie i pozdrowić jak mogę najserdeczniej...
OdpowiedzUsuńDziękuję za te słowa. One nie próbują niczego poprawiać na siłę ani nic obiecywać – i właśnie dlatego są ważne. Czasem naprawdę nie trzeba wiedzieć, co napisać. Sama obecność, nawet wirtualna, ma znaczenie. Masz rację, że w świecie pełnym chorób i trudnych historii łatwo stracić punkt odniesienia i zwyczajnie zabraknąć słów.
UsuńDoceniam to wsparcie takie, jakie jest – spokojne, uczciwe, bez deklaracji na wyrost. Tego rodzaju życzliwość zostaje na dłużej. Dziękuję i również pozdrawiam Cię najserdeczniej.
Bardzo emocjonalny, poruszający wpis i trudno tu cokolwiek powiedzieć. To, co zwróciło moją uwagę dotyczyć tego, co ta choroba Cię nauczyła. Dobrze, że o niej piszesz nie tylko w kontekście prośby lecz przede wszystkim lekcji życiowej. Przypominasz, jak ważne jest zauważanie i wspieranie innych, nawet drobnym gestem, słowem czy uwagą. I że nawet w trudnych chwilach życie nadal ma sens.
OdpowiedzUsuńTo jest tekst, po którym naprawdę trzeba na chwilę przystanąć. Duże znaczenie mają drobne rzeczy: uważność na drugiego człowieka, zwykłe wsparcie, obecność. Za co Tobie z osobna i innym dziękuję za słowa wsparcia
UsuńJeśli Ci ulżyło w jakiś sposób, to ma sens takie dzielenie się z innymi.
OdpowiedzUsuńDlaczego tylko sukcesy i spektakularne osiągniecia mają nas interesować, życie nie jest czarno-białe.
Oby medycyna była w stanie Ci pomóc skutecznie.
Trzymaj się!
Czasem chodzi tylko o to, żeby coś nazwać i przestać udawać, że problemu nie ma.
UsuńZbyt często skupiamy się wyłącznie na sukcesach i gładkich historiach z happy endem, jakby tylko one miały wartość. A życie rzadko jest tak jednoznaczne. Większość z nas funkcjonuje gdzieś pomiędzy – z wątpliwościami, ograniczeniami i momentami, które nie nadają się na nagłówki. I właśnie o tym najtrudniej mówić uczciwie.
w zasadzie nic odkrywczego nie napisze, trzymam kciuki, mam nadzieje, że zboórka przyniesie efekty a medycyna da nowe możliwości. i zawsze warto walczyć o siebie na wszelkie sposoby.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam.
Walka o siebie ma różne formy i nie zawsze wygląda spektakularnie. Czasem to po prostu konsekwencja, czasem upór, a czasem zwykłe „nie odpuszczam”, mimo zmęczenia. I to też ma swoją wartość. Pozdrawiam
UsuńNie, nie jesteś sam. Masz nas. I ja nie zostałam sama, gdy chorowała moje kotka i teraz, gdy choruje mama. Blogerzy, z wyjątkiem tych zionących do siebie ogniem nienawiści, to ludzie z krwi i kości, którzy spotykają się na co dzień wirtualnie, ale są lojalni i oddani. Potrafią się zjednoczyć i być dla innego blogera grupą wsparcia.
OdpowiedzUsuńWiem, że serce to wyjątkowy organ. Moja kuzynka miała 22 lata, gdy zmarła z powodu serca, ale miała zespół Downa, a takie osoby często miewają ukryte wady. Tak było i z nią.
To, co piszesz o wspólnocie blogerów, jest dla mnie bardzo prawdziwe – często ludzie w sieci wydają się odlegli, ale potrafią pokazać lojalność i wsparcie w momentach, kiedy naprawdę jest to potrzebne. I to właśnie takie zwykłe, codzienne wsparcie, a nie spektakularne gesty, robi różnicę.
UsuńTwoja uwaga o sercu i doświadczeniu z kuzynką dodaje komentarzowi wymiaru autentyczności – przypomina, że życie bywa kruchym i nieprzewidywalnym, a choroby nie wybierają wieku ani okoliczności. To też pokazuje, że mówisz o czymś więcej niż tylko faktach – dzielisz się swoim zrozumieniem, które rodzi się z osobistego doświadczenia, a to jest najcenniejsze.
Dziękuję, że to napisałaś – takie historie uczą, że w trudnych momentach nie warto czuć się osamotnionym i że wspólnota, nawet wirtualna, może mieć realne znaczenie.
Ty z kolei obdarzyłeś nas zaufaniem i to jest miłe. Inni blogerzy też mówią o swoich chorobach otwarcie. Jest kilka osób chorych onkologicznie, jedna na wózku... Różnie bywa, a my jesteśmy tylko ludźmi.
UsuńCzęsto w sieci spotyka się albo przesadną dramatyzację, albo milczenie – a tutaj widać szacunek do siebie i do innych, którzy mierzą się z podobnymi wyzwaniami. To przypomnienie, że każdy z nas ma swoje ograniczenia i trudności, a jednocześnie pozostajemy po prostu ludźmi.
UsuńPrzeczytałam Twój wpis uważnie i bardzo dobrze, że o tym napisałeś i podzieliłeś się z nami tym prywatnym, ale niezwykle dla Ciebie ważnym i pełnym emocji aspektem Twojego życia. Serce - niezwykła część ludzkiego ciała, pompa bez której ustaje życie. Jeśli masz jakiś link do zbiórki- to proszę o podanie ( chętnie pomogę) . Łatwo się mówi o rzeczach miłych i przyjemnych, trudniej o tym co boli, ale warto, bo życie różne kolory i odcienie. Na chorobę sercową ( miał zastawkę) chorował mój ukochany wujek, którego od kilku lat nie ma już z nami i za którym tęsknie bo był niesamowitą osobowością. Wada serca zmusiła go, aby w młodym wieku porzucić na zawsze nurkowanie. Na szczęście udało mu się przeżyć i zobaczyć jak dorasta trójka jego dzieci. Życzę Ci Andrzeju duuuuużo zdrówka i aby udało się uzbierać pieniążki na terapię. Życie z chorobą zmienia, uczy pokory, ale też uwrażliwia na dużo rzeczy.Cudownie, że masz wsparcie rodziny i bliskich- to bardzo ważne, bez tego często nie dalibyśmy sobie rady. W Twoich wpisach widzę wrażliwego, potrafiącego mądrze patrzeć na świat wartościowego faceta. Trzymaj się cieplutko- wirtualnie przytulam
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za tak uważne przeczytanie i za słowa, w których naprawdę czuć zatrzymanie się na chwilę, a nie tylko odruchowy komentarz. To, co piszesz o sercu, ale też o Twoim wujku, pokazuje, jak bardzo te sprawy potrafią być namacalne i osobiste. Choroba nagle przestaje być teorią, a staje się czymś, co realnie zmienia czyjeś życie i wybory, często na zawsze.
UsuńMasz rację, że łatwiej mówi się o tym, co lekkie i przyjemne. O rzeczach trudnych mówi się rzadziej, bo wymagają odwagi i odsłonięcia się, ale właśnie dlatego są ważne. Życie naprawdę nie składa się z jednego koloru, a takie historie przypominają, że każdy z nas coś niesie, nawet jeśli na co dzień tego nie widać.
Twoje wspomnienie o wujku jest bardzo poruszające, ale też daje nadzieję – że mimo ograniczeń można wciąż być obecnym, kochającym i ważnym dla innych. A wsparcie bliskich, o którym wspominasz, to często fundament, bez którego trudno byłoby iść dalej.
Jeszcze raz dziękuję za Twoją życzliwość, gotowość pomocy i dobre słowa. Trzymam się i bardzo to doceniam. Link do zbiórki: https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgzogUo48JunFHIElWaPbIv4ppxm7kD9fFwCfZyOLDMZScfvGV6O7d2f3WE-qda0f6_fodJsB4lh3Nnb9ZBRih8UMra2ZhKh3Q9iKWS-QrFRxgQIJ51G92pcNX5n_tEdT-XNOdbWUBj9jQp2Qhp5FLPaip6pF7wwdsEbr-3gvI7Lu-pVPca7XpvYjN9SzHk/s1651/2.png oraz tutaj: https://www.mrandrzejwlodarczyk.eu/p/15.html
Choroby pozwalają nam dostrzec to, co ważne i być wdzięcznym za to, co inni uważają za pewnik... Też wiem coś o tym.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię serdecznie i dużo zdrówka życzę!
Masz w tym sporo racji – choroba potrafi zupełnie zmienić perspektywę i sprawić, że zaczynamy doceniać rzeczy, które wcześniej wydawały się oczywiste. Sam to dobrze znam – nagle drobne gesty, codzienna obecność bliskich czy zwykłe zdrowie stają się czymś naprawdę wartościowym.
UsuńDziękuję za Twoje słowa i za pozytywne myśli – w takich chwilach każde wsparcie jest ważne. Pozdrawiam serdecznie i również życzę dużo zdrowia i spokoju w codzienności.
Witaj! Warto walczyć o poprawę swego życia. Myślę, że Twój apel przyniesie pozytywne skutki. Życzę Ci tego z całego serca.
OdpowiedzUsuńWalka o poprawę własnego życia to często żmudna praca, bez fajerwerków, za to z konsekwencją i cierpliwością.
UsuńTo odważne i zarazem piękne, że podzieliłeś się swoją historią. Życie w chorobą sprawia pewne ograniczenia, ale jak powiedziałeś, pozwala dostrzegać o wiele więcej. Pozwala doświadczać prawdziwych i szczerych relacji, ale także zachować wolność wewnętrzną oraz odnaleźć sens życia. Choroba i cierpienie czasami potrafią dodać skrzydeł i naprawdę pchać ku zdobywaniu szczytów. I tego właśnie Ci życzę!
OdpowiedzUsuńDobrze to wybrzmiewa: że ograniczenia nie muszą odbierać sensu, a czasem wręcz pomagają go uporządkować. Prawdziwe relacje, wewnętrzna wolność, świadomość tego, co ważne – to nie są banały, tylko rzeczy, do których często dochodzi się dopiero wtedy, gdy życie postawi człowieka pod ścianą
Usuńpoprosić o pomoc jest zawsze warto, bo nic nie można stracić taki działaniem... w najgorszym razie nikt Ci nic nie da, ale jak nie poprosisz, to też nikt nic nie da...
OdpowiedzUsuńrzecz jasna wiele takich próśb spotyka się z odmową, odrzuceniem, czy nawet agresją, bo internet jest pełen naciągaczy... ale Twój przypadek takim nie jest, bo nikt nie przyznaje numeru KRS randomowej osobie, która przyjdzie z ulicy, tylko jakoś się sprawdza, weryfikuje stan faktyczny...
i to w sumie tyle, bo raczej rzadko publicznie /a forum blogowe akurat jest publiczne/ opowiadam, czy pomagam, komu pomagam, jak, po co i dlaczego... tu mogę tylko oświadczyć, że Cię suportuję mentalnie i dobrze Ci życzę... a jak to u mnie zaistnieje na poziomie konkretów, to już pozostawię sobie, do własnej jedynie wiadomości...
p.jzns :)
Proste postawienie sprawy: poprosić można, najwyżej usłyszy się „nie”, a brak próby też niczego nie zmienia. Dobrze, że zaznaczasz różnicę między realną pomocą a internetowymi nadużyciami, bo to ważne w czasach, gdy nieufność bywa odruchem obronnym. I cenne jest też to, że nie robisz z pomagania deklaracji na pokaz – zostawiasz przestrzeń na dyskrecję i własne granice. Wystarczy ta mentalna obecność i dobre życzenie, bo czasem to naprawdę ma znaczenie. p.jzns :)
UsuńWitaj ! Przeczytałam z uwagą do końca. Brawo, że się odważyłeś pisać o własnym zdrowiu ! Wiem z autopsji, że nie jest to łatwe. Poza tym nie da się opisać wszystkich aspektów choroby w jednym wpisie. Ty wiesz najlepiej z czym zmagasz się przez całe życie. Wiele jest takich chorób, że nie widać ich na pierwszy rzut oka. Nikt nie wie jak czuje się przechodzący obok człowiek. Długotrwała choroba zmienia podejście do wielu spraw, zmienia człowieka - to oczywiste. Dzieje się tak nawet, gdy tego nie chcemy i nie planujemy. Życzę Ci wytrwałości w dążeniu do wyznaczonych celów. Nigdy się nie poddawaj ! Pozdrawiam :))
OdpowiedzUsuńPisanie o własnym zdrowiu wymaga odwagi, bo to zawsze jest odsłonięcie czegoś bardzo prywatnego, a jednocześnie nigdy nie da się oddać całego ciężaru choroby w kilku akapitach. To, co niewidoczne z zewnątrz, bywa często najtrudniejsze do uniesienia, a przecież mijamy się na co dzień z ludźmi, którzy niosą takie historie w ciszy. Masz rację, że długotrwała choroba zmienia perspektywę – nie z wyboru, tylko z konieczności. I właśnie dlatego takie teksty są ważne: nie po to, by się tłumaczyć, ale by oswajać temat i pokazywać, że za „normalnością” kryje się często sporo wysiłku. Dziękuję za dobre słowo
UsuńBardzo smutny wpis i mocno Ci współczuję życia z chorobą, ktora ogranicza codzienne funkcjonowanie. Jeteś młodym człowiekiem, dlatego dbaj o siebie, jak tylko możesz, Wiem też, jak wygląda służba zdrowia dzisiaj, że chorzy mają niejednokrotnie drogę przez mękę. Nie mogę zadeklarować pomocy, bo mamy w rodzinie chore dziecko i tam zawsze wspieram, rozumiesz... Ale wspieram Cię duchem, ciepło z wielką nadzieją, że może jakiś program, może okoliczności, może więcej dostaniesz, niż się spodziewasz. Tego Ci z serca życzę, Pola
OdpowiedzUsuńŻycie z chorobą, która realnie ogranicza codzienne funkcjonowanie, to ogromne obciążenie – nie tylko fizyczne, ale też psychiczne. Masz rację, że w młodym wieku szczególnie boli świadomość tych ograniczeń i konieczność ciągłego dbania o siebie bardziej niż inni. A system ochrony zdrowia… wielu z nas wie z doświadczenia, jak często zamiast wsparcia funduje dodatkowy stres i poczucie bezradności. Rozumiem też, że każdy z nas ma swoje granice pomocy i własne zobowiązania – to nie odbiera Twojemu wsparciu wartości. Czasem dobre słowo, myśl i zwykła ludzka obecność znaczą więcej, niż się wydaje.
UsuńCzuję, że wiele Cię kosztowało napisanie tego posta- dobrze, że tak się stało a ja mocno trzymam kciuki any efekty z tego konkretne były jak największe:) A w nawiązaniu do początku posta , to na blogach mimo anonimowości a może dlatego:) sporo piszemy o sobie , czasami w dużym zaowalowaniu
OdpowiedzUsuńDni pełnych spokoju:)
Zgadzam się, że blogi są specyficzną przestrzenią – z jednej strony anonimową, z drugiej pozwalającą ujawnić sporo siebie, czasem w sposób bardzo subtelny. Oby Twoje słowa przyniosły realne efekty i spokój, którego życzysz. Dni pełne spokoju także dla Ciebie!
Usuń:):)
Usuń;)
UsuńTo dobry pomysł by w menu głównym był link do strony z nr KRS bo jak przyjdzie kwiecień to będzie "na wierzchu" . Ja np jeszcze się waham bo zmarła osoba, która wspierałam i mam narazie pustkę. A miło jest wspierać kogoś, kogo się zna, lubi i szanuje. Będziemy z Tobą Andrzeju W💛
OdpowiedzUsuńZgadzam się w pełni — łatwy dostęp do numeru KRS w menu głównym to naprawdę praktyczne rozwiązanie, szczególnie w okresie rozliczeń. Rozumiem też Twoje wahanie; kiedy odchodzi ktoś bliski, wsparcie innych staje się trudniejsze, bo zostaje pustka i żal. Mimo to gesty takie jak Twój pokazują, że pamięć i szacunek wobec osób, które kochamy lub cenimy, mogą przejawiać się w codziennych drobnych działaniach. Trzymam kciuki, żeby te decyzje przyszły spokojnie i w zgodzie z sercem.
Usuń