Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się zaczęło. Może był to zwykły, deszczowy wieczór, kiedy siedziałem na kanapie z telefonem w ręku, a w tle szum starego kaloryfera mieszał się z odgłosami przejeżdżających samochodów. Myślałem wtedy: „Zagram tylko pięć minut, zobaczę, co nowego w grze”. Pięć minut. Pięć minut, które wkrótce rozciągnęły się w godzinę, potem w dwie, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że minęła cała noc, a ja wciąż wędruję ulicami swojego miasta z oczami w ekran.
To nie była zwykła gra. To była gra, która znała moje miasto lepiej niż ja sam. Wiedziała, gdzie stoję, jak idę, jakie miejsca mijam codziennie. Wiedziała, kiedy się zatrzymuję, a kiedy przyspieszam kroku. I robiła to w sposób, który sprawiał, że nie mogłem przestać. Nie dlatego, że była brutalna, ani przesadnie widowiskowa, ale dlatego, że była mistrzem subtelności. Wciągała mnie w sieć celów, wyzwań i drobnych nagród, tak jak wciąga się w rozmowę, z której nie chce się wychodzić.
Nie chcę pisać o tym, że gry MMOG są złe. Chcę pisać o tym, że są doskonale zaprojektowane, żeby kradły czas. I nie chodzi tylko o czas „przy grze”. Chodzi o czas życia. O poranki, w których budzisz się zmęczony, bo przewędrowałeś pół miasta w wirtualnym świecie. O wieczory, kiedy przestajesz myśleć, co naprawdę jest ważne, bo Twój mózg wytrenowany przez grę pyta: „A co z dzisiejszym zadaniem?”.
Gry typu MMOG, a szczególnie te location-based, zmieniają sposób, w jaki postrzegamy rzeczywistość. Codzienna trasa do pracy przestaje być zwykłym spacerem. Park, który kiedyś odwiedzałem dla ciszy i powietrza, staje się areną, mapą punktów, które trzeba zdobyć. Sklep spożywczy? Punkt strategiczny. Ławka? Checkpoint. Wszystko, co wydawało się zwyczajne, nagle nabiera znaczenia, które nakłada na nie cyfrowy świat gry.
I wtedy uświadamiasz sobie, że to nie jest tylko gra. To przeprojektowanie twojej uwagi. To subtelna, perfekcyjnie wymierzona manipulacja, która sprawia, że twoje spojrzenie, twoje ruchy, twój czas należą nie tylko do ciebie, ale też do gry. A ty, paradoksalnie, jesteś w tym wszystkim szczęśliwy. Czujesz ekscytację, gdy odkrywasz nowe miejsca, rywalizujesz z innymi graczami, zdobywasz punkty.
Piszę o tym z własnego doświadczenia, bo każdy z nas ma w swoim życiu chwile, kiedy granica między rzeczywistością a grą rozmywa się. Kiedy miasto przestaje być miejscem codziennych obowiązków, a staje się planszą, w której każdy krok, każda decyzja, każda minuta ma znaczenie. I wtedy zaczynasz zadawać sobie pytanie: kto tu naprawdę prowadzi? Ty, czy gra?
Ten felieton to próba odpowiedzi. Próba przyjrzenia się mechanice, psychologii i społecznej stronie gier MMOG, które wciągają miliony graczy na całym świecie. Spróbuję pokazać, dlaczego te gry są tak skuteczne, jak subtelnie kradną nasz czas i uwagę, i jak zmieniają sposób, w jaki postrzegamy otaczający nas świat. Ale przede wszystkim chcę napisać to tak, żebyś poczuł się wciągnięty — tak, jak ja kiedyś zostałem wciągnięty, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu i od miasta, które stało się planszą do gry.
Bo w tym jest sedno: gry typu MMOG nie tylko bawią. One przeprojektowują twoje życie, a jeśli nie będziesz uważać, mogą ci je ukraść — krok po kroku, zadanie po zadaniu, punkt po punkcie.
1. Gra, która żyje razem z tobą
Nie chodzi o to, że grasz. Chodzi o to, że żyjesz w grze. Pamiętam, jak pewnego popołudnia wyszedłem po chleb, telefon w dłoni, tylko po to, żeby zdobyć kilka punktów. I nagle świat wokół mnie zmienił się w labirynt zadań. Każda latarnia, każdy przystanek autobusowy, każda uliczna ławka nagle miały znaczenie. Były checkpointami, które trzeba było odwiedzić, punktami, które trzeba było zdobyć. Zwykła codzienność zamieniła się w grę strategiczną, której reguły znałem tylko ja i mój ekran.
Nie było w tym agresji ani przymusu. Była subtelność. Gra nie krzyczała: „Chodź, grasz źle!”. Ona mówiła: „Sprawdź to, tylko raz, tylko chwilę”. I w tym „tylko chwilę” tkwiła cała pułapka. Bo krok po kroku, zadanie po zadaniu, godzina po godzinie, zaczynasz żyć w dwóch światach naraz: w realnym i w cyfrowym, i już nie wiesz, który jest bardziej prawdziwy.
2. Mechanika, która rozumie mózg
Najbardziej fascynujące w MMOG jest to, że gra wie, jak działa twój mózg. Nie zgaduję – widziałem badania, czytałem wywiady z twórcami gier, którzy jasno mówią: każdy element jest przemyślany. Każda codzienna nagroda, każda rzadko pojawiająca się ikona, każdy limit czasowy — wszystko jest po to, aby wciągnąć cię w sieć nawyków.
Pamiętam moment, kiedy zrozumiałem, jak działa ten mechanizm na mnie. Była niedziela, siedziałem na ławce w parku, patrzyłem na telefon i czekałem, aż pojawi się rzadki punkt do zdobycia. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, i nie byłem w stanie odejść. To nie była ekscytacja z samej gry. To była czysta, chemiczna reakcja w mózgu: oczekiwanie nagrody, przyjemność z osiągnięcia celu, poczucie znaczenia w cyfrowym świecie. FOMO, czyli lęk przed tym, że przegapisz okazję, działał lepiej niż jakakolwiek rozmowa, jakikolwiek spacer, jakakolwiek inna aktywność w tamtej chwili.
3. Społeczność jako niewidzialny sznur
Mechanika to jedno, ale społeczność — to druga, równie potężna siła. W grze spotykasz ludzi, których nigdy byś nie spotkał w codziennym życiu, a którzy nagle stają się twoją odpowiedzialnością. Gildia, drużyna, sojusz — wszyscy czekają na twoją obecność. I nagle nie chodzi już o zdobywanie punktów czy odkrywanie lokalizacji. Chodzi o to, żeby nie zawieść innych.
Pamiętam pewną sytuację: byłem w trasie, padał deszcz, a ja wciąż podążałem według gry. Zadanie, które mieliśmy wykonać z grupą graczy, było czasowo ograniczone. Mogłem je odpuścić, ale… poczułem ciężar społeczny, który trzymał mnie przy telefonie. To nie była już gra. To była odpowiedzialność. I wtedy uświadamiasz sobie, że nie tylko twój czas jest „pożyczony” przez grę — twoja uwaga, twoje wybory, twoja energia społeczna też należą do gry.
4. Kiedy miasto staje się planszą
Najbardziej niewidoczny, ale dramatyczny efekt location-based MMOG to to, jak zmieniają postrzeganie przestrzeni. Kiedy wchodzisz w świat gry, miasto, które znałeś całe życie, nagle staje się labiryntem punktów, miejsc do odkrycia, strategicznych przystanków. Twoje własne osiedle, park, sklep, przystanek — wszystko dostaje cyfrowe znaczenie.
I wtedy każdy spacer przestaje być spacerem. Każda droga do pracy przestaje być neutralnym obowiązkiem. Twoje ciało i umysł są w ruchu, ale nie dla siebie. Są w ruchu dla gry. Każdy krok to cel, każdy skręt to decyzja, każda minuta to potencjalny postęp lub strata.
Czasem stoję i patrzę na ludzi na ulicy. Widzę ich z telefonami, poruszających się jak w transie, podążających za punktami, markerami, zadaniami, które są równie prawdziwe, co iluzoryczne. I w tym widoku kryje się niepokojąca prawda: nasze miasta mogą przestać być przestrzenią życia, a stać się planszą, a my — pionkami w grze, którą ktoś zaprojektował w laboratorium doświadczeń behawioralnych.
5. Uzależnienie w trybie ciągłym
Nie ma tu jednego momentu „aha”. Uzależnienie nie przychodzi w formie nagłego błysku. Przychodzi powoli, krok po kroku, zadanie po zadaniu, punkt po punkcie. Najgorsze jest to, że wydaje ci się, iż grasz dla siebie, dla zabawy. A w rzeczywistości gra przejmuje kontrolę nad twoją uwagą i czasem, a ty jesteś wciągany tak subtelnie, że prawie tego nie zauważasz.
Pamiętam, jak pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że przez tydzień spędziłem w grze więcej godzin niż przy wszystkich innych hobby razem wziętych. Nie byłem szczęśliwy ani dumny. Byłem… zmęczony. Ale mimo tego, po kilku godzinach odpoczynku, znów włączałem aplikację. Bo gra obiecuje coś, czego brakuje w codziennym życiu: szybką nagrodę, sens, progres, poczucie przynależności.
I wtedy pojawia się pytanie: czy to jeszcze zabawa, czy już praca dla wirtualnego świata, która pochłania naszą rzeczywistość?
Kto tu naprawdę prowadzi?
Kiedy kończę pisać te słowa, siedzę przy biurku i patrzę przez okno na ulice mojego miasta. Widzę ludzi, których kiedyś mijaliśmy obojętnie, a teraz – z telefonami w dłoniach – podążają za niewidzialnymi ścieżkami. Zastanawiam się, ile z ich kroków jest dla nich samych, a ile dla cyfrowego świata, który stał się częścią ich codzienności. I przyznam szczerze: czuję w tym lustrze własną twarz. Bo każdy z nas, kto kiedyś zanurzył się w gry MMOG, zna ten moment, w którym ekran staje się bardziej prawdziwy niż rzeczywistość.
Nie chcę moralizować. Nie chcę mówić, że gry są złe, a gracze naiwni. Chcę mówić prawdę, którą sam odkryłem: te gry są perfekcyjnie zaprojektowane, żeby wciągać i zatrzymywać nas w swoim świecie, a my często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele oddajemy — nie tylko godzin, ale uwagi, energii, a czasem fragmentów samego siebie.
Bo MMOG, a w szczególności gry oparte na lokalizacji, nie ograniczają się do przyciągania uwagi. One przeprojektowują twoją rzeczywistość, zmieniają percepcję przestrzeni, czasu i relacji. Ulice stają się planszą, ławki checkpointami, a sklepy strategicznymi punktami. I choć wciąż chodzimy i oddychamy, w rzeczywistości nasz umysł jest gdzie indziej: w wirtualnym świecie, w społeczności, w zadaniach, w rankingu, w kolejnej nagrodzie, która czeka „tylko dziś”.
Pamiętam, jak pewnego ranka usiadłem na krawężniku, zmęczony po nocy spędzonej na podążaniu za punktami, i zdałem sobie sprawę, że gra przejęła coś, co nigdy nie należało do niej — moją bezpośrednią obecność w świecie. Nie było to złe ani straszne. Było po prostu… intensywne. I w tym intensywnym wciągnięciu tkwi cała moc MMOG: wrażenie, że żyjesz pełnią, choć część twojej świadomości jest wciąż w cyfrowym uniwersum.
Nie możemy zapominać, że gry są też przestrzenią niesamowitych możliwości. To miejsce, gdzie spotykają się ludzie z całego świata, gdzie rodzą się przyjaźnie, wspólne cele, rywalizacja i poczucie przynależności. To przestrzeń kreatywności i współpracy. Ale to też pułapka, subtelna i niemal niewidoczna, bo oferuje natychmiastową gratyfikację w zamian za coś, czego często nawet nie zauważamy, że oddaliśmy.
I tu pojawia się pytanie, które wciąż mi towarzyszy: czy jesteśmy graczami w świecie gier, czy grami sterowanymi przez świat, który ktoś zaprojektował, żebyśmy podążali krok po kroku? Bo każdy zdobyty punkt, każdy marker na mapie, każda interakcja z innym graczem to mała transakcja: czas, uwaga, energia – a w zamian – poczucie sensu, celu i ekscytacji.
Ostatecznie przychodzi chwila, kiedy musisz spojrzeć w lustro i zadać sobie pytanie: co jest twoje, a co należy do gry? I mimo że odpowiedź nigdy nie jest jednoznaczna, jedno pozostaje pewne: MMOG są lustrem naszej rzeczywistości. Lustrem naszych pragnień, naszej potrzeby znaczenia, naszej chęci przynależności. I w tym lustrze możemy zobaczyć siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy — spragnionymi celu, ciekawymi świata, a czasem… łatwowiernie wciągniętymi w coś, co wygląda jak zabawa, ale jest znacznie głębsze, bardziej subtelne i bardziej wymagające, niż kiedykolwiek przypuszczaliśmy.
Tak więc kiedy następnym razem wyciągniesz telefon, otworzysz aplikację i ruszysz w trasę po swoim mieście, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl: czy to ja prowadzę grę, czy gra prowadzi mnie? Bo odpowiedź może być jednocześnie ekscytująca i niepokojąca — i w tym tkwi cała moc, urok i niebezpieczeństwo gier typu MMOG.
I jeśli zostaniesz wciągnięty, pamiętaj: nie jesteś sam. Miliony ludzi na całym świecie wędrują ulicami swoich miast, zdobywają punkty, tworzą społeczności, rywalizują, śmieją się i frustrują. A w tym wszystkim kryje się coś fascynującego: nasza zdolność do życia w dwóch światach naraz i refleksji nad tym, jak bardzo jesteśmy połączeni z czymś, co nie istnieje fizycznie, a jednak wpływa na nasze życie bardziej niż cokolwiek innego.
Bo gry MMOG nie są tylko grami. To doświadczenie życia w innej, równoległej rzeczywistości, która potrafi być piękna, ekscytująca i wciągająca… i czasem, jeśli nie jesteśmy świadomi, niebezpiecznie kradnie nasz czas i uwagę.

Ciekawie się to czyta. To znaczy wyobrażam sobie, że to by był świetny początek dłuższego opowiadania o graczu, który przenosi się stale z reala do gry. Piszę to z perspekrywy laika, który raczej nie gra nałogowo. No czasem tylko w tetris, albo szachy jakieś w aplikacji. 😉🫣
OdpowiedzUsuńPrzyjemnego weekendu!
Te przeskoki między światem realnym a grą aż się proszą o rozwinięcie – spokojnie dałoby się z tego zbudować dłuższą historię, bez popadania w fantazję oderwaną od życia. Nawet patrząc z perspektywy kogoś, kto nie siedzi w grach i traktuje je raczej okazjonalnie, pomysł jest zrozumiały i ciekawy. Właśnie to mi się podoba najbardziej – że nie trzeba być „wtajemniczonym”, żeby złapać sens i klimat. A Tetris czy szachy w aplikacji to w sumie całkiem uczciwy punkt odniesienia 😉 Miłego, spokojnego weekendu.
UsuńWierzę na słowo, bo nie doświadczyłam:-)
OdpowiedzUsuńNie wszystko trzeba sprawdzić na własnej skórze, żeby mieć zdanie albo po prostu przyjąć czyjeś doświadczenie do wiadomości. Czasem wystarczy ciekawość i otwartość, a resztę można zostawić innym. Każdy ma swoje obszary, które zna lepiej, i takie, które obserwuje z boku — i to też jest w porządku.
Usuńjeżeli mówimy o uzależnieniu jako pewnej chorobie, dysfunkcji, a nie w naiwnym, dyletanckim, tabloidalnym rozumieniu, to każde uzależnienie rozwija się w sposób ciągły i jakiś czas musi upłynąć, aby zaistniały objawy osiowe konieczne do jego rozpoznania... czasem media, a czasem nawet niestety publikacje popularnonaukowe wspomną coś na temat jakiejś substancji lub zachowaniu, które uzależnia "nawet już po jednym razie"... zawsze jest to bzdura, bo nie istnieje żadna substancja, ani żadne zachowanie, które by to spełniało... takie informacje służą jedynie wywołaniu taniej sensacji dla samej sensacji drogą jałowego straszenia... jeśli chce się zapobiegać uzależnieniom, to taka metoda wywołuje jedynie odwrotny efekt...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Podpisuję się pod tym, co piszesz. Uzależnienie to proces, a nie magiczny moment „od teraz jesteś chory”, i im szybciej przestaniemy udawać, że da się je sprowadzić do jednego zdarzenia, tym lepiej dla realnej profilaktyki. Straszenie hasłami o „jednym razie” jest wygodne medialnie, ale kompletnie nieprzydatne poznawczo, a często wręcz szkodliwe. Zamiast rozumienia mechanizmów mamy uproszczenia, które brzmią dramatycznie, ale niewiele wyjaśniają. Jeśli naprawdę komuś zależy na zapobieganiu uzależnieniom, to bez rzetelnej wiedzy i uczciwej rozmowy daleko się nie zajedzie.
UsuńJakieś 10 lat temu ( czyli dawno, dawno temu) spacerowałam z wnukiem i grą Pokemon Go na tablecie. To taka interaktywna forma rozrywki i zwiedzania, mnie sie podobała. Zwiedzało sie parki, zabytki, ważne obiekty - poznawało swoje miasteczko a przy tym zdobywało trofea indywidualnie i w grupach. Teraz wnuk podrósł, nie wiem w co gra ale nie chodzi po mieście wpatrzony w telefon więc chyba nie w te gry MMO. Ale pewnie 10 lat temu gry były bardziej niewinne no i nie było AI.
OdpowiedzUsuńMasz rację – te gry sprzed dekady były w dużej mierze niewinne, łączyły ruch na świeżym powietrzu z zabawą i odkrywaniem świata. Teraz wszystko trochę się zmieniło – MMO, AI, smartfony – i łatwo o wciągnięcie w wirtualną przestrzeń kosztem realnej. Warto czasem wrócić do takiej prostej interakcji: gra, ruch i wspólne odkrywanie miasta. Daje to coś więcej niż same trofea w aplikacji.
UsuńJa na szczęście nie gram w żadne gry i nie jestem od nich uzależniona. Twój tekst pokazuje, ze uzależnienie może mieć skutki, które ingerują w postrzeganie rzeczywistości. Najbardziej uderzyło mnie to, jak pokazujesz, że problem MMOG nie leży w samej grze, tylko w tym, jak subtelnie przeprojektowuje ona naszą uwagę i codzienność. Motyw miasta jako planszy i utraty „bezpośredniej obecności” w świecie jest wyjątkowo trafny — szczególnie dla osób, które miały styczność z grami location-based. Pytanie, które przewija się przez cały tekst: czy to my prowadzimy grę, czy gra prowadzi nas skłania do myślenia. Nie dajesz na nie prostej odpowiedzi i właśnie to uważam za największą siłę tego felietonu. MMOG pokazujesz jako nie tylko czarno-białe zagrożenie, ale jako lustro naszych potrzeb: przynależności, sensu, struktury, celu. I chyba dlatego ten tekst jest tak niepokojąco prawdziwy.
OdpowiedzUsuńkażde uzależnienie przeprojektowuje naszą uwagę, w końcu jednym objawów osiowych uzależnienia jest przebudowa priorytetów życiowych tak, że priorytetem jest wzięcie kolejnej działki... tu tą "działką" jest kolejna sesja gry, celem ostatecznym jest zamiana życia w taką jedną sesję... to jest sytuacja identyczna do sytuacji narkomana alkoholowego, któremu wciąż leci z kranu jego ulubiony narkotyk... ta gra spełnia pewną wizję science fiction: narkotyk bez narkotyku, beż żadnej substancji powodującej haj... wystarczy tylko telefon z nierozładowaną baterią...
Usuń@Mirosława Dudko - Uzależnienie to nie tylko kwestia „słabej woli”, ale realna zmiana w sposobie postrzegania świata. Bardzo trafne jest to, co piszesz o MMOG – że sedno nie tkwi w samej grze, lecz w tym, jak przejmuje ona uwagę i powoli reorganizuje codzienność. Motyw miasta zamienionego w planszę i utraty bezpośredniej obecności w realu szczególnie do mnie trafił, zwłaszcza w kontekście gier opartych na lokalizacji. Pytanie, czy to my prowadzimy grę, czy gra prowadzi nas, zostaje ze mną na dłużej.
Usuń@PKanalia - Dotykasz sedna problemu, bez upraszczania go i bez taniego straszenia. To, co piszesz o przeprojektowaniu uwagi i priorytetów, bardzo do mnie trafia, bo dokładnie tak działa każde uzależnienie – niezależnie od tego, czy chodzi o substancję, czy o zachowanie. Ta analogia z „kolejną działką” i sesją gry jest mocna, ale jednocześnie logiczna, nie publicystyczna. Najbardziej niepokojąca jest myśl o zamianie całego życia w jedną, niekończącą się sesję – bez wyraźnego początku i końca, bez momentu wyjścia.
UsuńPorównanie do alkoholika z alkoholem płynącym z kranu brzmi brutalnie, ale niestety dobrze oddaje realia świata, w którym narzędzie uzależniające jest stale pod ręką. Ta wizja „narkotyku bez narkotyku” wydaje się wręcz prorocza – żadnej substancji, żadnych igieł, tylko ekran i bateria. I właśnie to jest chyba najbardziej podstępne: brak klasycznych sygnałów ostrzegawczych, a jednocześnie pełna dostępność.
Nareszcie dostałem kompletną informację na temat, dlaczego ludzie grają w gry komputerowe.
OdpowiedzUsuńSam nigdy nie stałem się pasjonatem takich gier, chociaż przyznam, że w czasach zamierzchłej przeszłości zdobywałem punkty w grze River raid.
Bardziej cieszyło mnie napisanie kilku linii w config.sys lub autoexec.bat, by komputer zgłaszał się w innych kolorach lub dzielił pamięć i takie tam w czasach gdy DOS był taki istotny. Archeologia. Cieszę się jednak, że nadal obsługa sprzętu nie stanowi dla mnie problemu. Dzieci nie odziedziczyły po mnie opisywanej wstrzemięźliwości od gier.
Pozdrawiam
nie dostałeś takiej informacji, nawet niekompletnej, bo tekst jej nie udziela... dostałeś jedynie informację, jak niektórzy ludzie w niektórych uwarunkowaniach grają w jakiś rodzaj gry... motywacje, dla których ludzie grywają w gry komputerowe bywają rozmaite, ale ten tekst ich nie wylicza...
Usuń@Antoni Relski - Bardzo fajny, szczery komentarz. Widać w nim kawałek historii i pasji do komputerów „od kuchni”. River Raid i zabawy z config.sys to dziś już faktycznie archeologia, ale daje to sporo satysfakcji i wspomnień 😊 Każdy ma swoją drogę — jedni wolą gry, inni grzebanie w ustawieniach i rozumienie, jak to wszystko działa. A że dzieci poszły w inną stronę? Naturalna kolej rzeczy. Ważne, że technologia nadal nie jest dla Ciebie barierą. Pozdrawiam serdecznie.
UsuńJa co prawda nie gram, ale myślę sobie, że jest jak piszesz. Twórcy gier dwoją się i troją, by ich gra wciągała graczy i kradła im czas...
OdpowiedzUsuńKiedyś nie grałam w żadne gry, bo nie miałam na to czasu; teraz czas jest, ale nie ma chęci. Wolę rozrywki umysłowe ćwiczące pamięć i spostrzegawczość.
Usuń@Boguslawa Matusiak - Trudno nie zauważyć, że wiele gier jest projektowanych tak, żeby maksymalnie wciągać i zatrzymywać gracza jak najdłużej. To już kwestia świadomości i umiaru — jak ze wszystkim.
Usuń@BBM - Zmieniają się etapy w życiu i razem z nimi to, na co mamy ochotę. Fajnie, że wybierasz takie formy rozrywki, które dają ci satysfakcję i jednocześnie ćwiczą głowę — to naprawdę wartościowe. Najważniejsze, żeby robić to, co sprawia przyjemność. 😊
UsuńNigdy, przenigdy nie grałam w żadne gry komputerowe ani telefoniczne. W ogóle mnie to nie pociąga, poza tym nie jestem podatna na uzależnienia.
OdpowiedzUsuńKażdy ma swoje zainteresowania i to jest zupełnie okej. Jeśli gry cię nie pociągają, to po prostu nie twoja bajka – tak jak jedni wolą książki, a inni seriale
UsuńOd wszystkiego można się uzależnić. A każdy twórca liczy na to, że uzależnisz się właśnie od jego produktu i w tym kierunku zmierza. Z grami na szczęście potrafię wypracować bardzo zdrowy dystans. Raczej ogółem trudno się wciągam, a jeśli już widzę, że jednak coś mi za dużo czasu pożera odkładam na dłużej. Chyba nie lubię być niewolnikiem :P
OdpowiedzUsuń@R.A.C...
Usuńmam do Ciebie prośbę: nie rozczarowuj mnie...
od wszystkiego można się uzależnić?... istnieje taka obiegowa formułka, którą mnóstwo osób dało sobie wdrukować i potem ją powtarza przy różnych okazjach... tylko, że to jest nieprawda...
nie można się uzależnić od psychodelików, tych klasycznych: LSD, grzyby /psylocybina/, peyotl /meskalina/, DMT, szałwia wieszcza, etc... wynika to z samego ich działania... po tripie kolejny trip w szybkim czasie jest niemożliwy, te substancje nie wywołują wtedy z żadnego efektu... są więc na tyle nieatrakcyjne do ciągłego spożywania, że nikt tego nie robi... a regularne, częste spożywanie jest warunkiem, aby po jakimś czasie to uzależnienie zaistniało...
można jedynie zafundować sobie psychozę, jeśli ktoś ma do tego ukryte predyspozycje, ale to jest zupełnie osobna bajka...
można też wpaść w dypsomanię, kiedyś nazywaną "uzależnieniem typu zeta", ale to jest czysto teoretyczna możliwość jedynie, w praktyce nie notowana...
p.jzns :)
@R.A.Ciężka - Bardzo rozsądne podejście. Faktycznie, dziś wszystko jest projektowane tak, żeby nas zatrzymać jak najdłużej, więc bez dystansu łatwo się wkręcić. Fajnie, że potrafisz sam/a wyczuć moment, kiedy coś zaczyna zabierać za dużo czasu i po prostu odłożyć to na bok. Wolność jest jednak przyjemniejsza niż bycie niewolnikiem czegokolwiek 😉
Usuń@PKanalia - Masz rację, że w przypadku klasycznych psychodelików mechanizm działania jest inny niż np. przy alkoholu czy nikotynie i nie prowadzi do typowego uzależnienia fizycznego. Z drugiej strony myślę, że wiele osób, mówiąc „od wszystkiego można się uzależnić”, ma na myśli raczej ucieczkę w coś niż ścisłą definicję medyczną.
UsuńW którym momencie i dlaczego traci się ,,grunt pod nogami,, czyli człowiek odrywa się od rzeczywistości? -pojawia się pytanie. Może wtedy, gdy człowiek nie radzi sobie z rzeczywistością i jej wymaganiami, a w wirtualnej przestrzeni - można wszystko zacząć of poczatku? Aż do pożądanego przez gracza skutku...- satysfakcja / radość z osiągniętego celu.Na poziomie ciala fiz.i jego biologii- adrenalina czy inne hormony wówczas uaktywnione mogą też mieć swój wpływ na uzaleznienie. To mi się nasunęło.
OdpowiedzUsuńDla wielu osób wirtualny świat bywa ucieczką wtedy, gdy codzienność przytłacza albo stawia zbyt duże wymagania. W grze wszystko jest prostsze, bardziej przewidywalne, a sukces przychodzi szybciej i daje natychmiastową nagrodę — także na poziomie emocji i biologii. Adrenalina, dopamina robią swoje. To ciekawe i jednocześnie trochę niepokojące, jak silnie potrafi to działać na człowieka.
UsuńBo wszystko ma dwie strony medalu, które ujawniają się przy przegięciach w jedną lub drugą stronę.
UsuńDokładnie, najczęściej problem nie leży w samej idei, tylko w skrajnościach. Kiedy coś jest forsowane bez umiaru, nawet dobra intencja potrafi obrócić się przeciwko sobie. Balans robi tu całą różnicę.
UsuńOjej, przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. Tym bardziej, że nigdy nie grałam w żadne gry i nie wiem, co znaczy uzależnienie od takich sposobów spędzania czasu. Najbardziej uderzyło mnie to, że nawet jeśli człowiek od tego uzależniony spróbuje wyjść z domu na zwykły spacer, to z pewnością nie jest to już zwykły spacer, tylko kontynuacja gry i zupełnie nowe postrzeganie otaczającej go rzeczywistości, tak przecież zwyczajnej do tej pory. Brzmi to trochę przerażająco! Myślę, że to uzależnienie zabiera człowiekowi "zwyczajność", dając mu w zamian odrobinę iluzji i ciągłe napięcie, połączone nawet ze szczyptą gorączkowości i niepokoju. To chyba smutne i trochę przygnębiające...
OdpowiedzUsuńTo, jak bardzo gry potrafią zmienić sposób postrzegania świata, brzmi naprawdę niepokojąco — zwłaszcza ta utrata zwyczajności, o której piszesz. Zwykły spacer jako coś prostego i spokojnego nagle przestaje taki być, a to już daje do myślenia. Ta iluzja emocji i ciągłe napięcie mogą na chwilę zastąpić codzienność, ale chyba faktycznie sporo za to kosztują. Smutne jest to, że coraz trudniej nam czasem pobyć w ciszy i bez bodźców.
OdpowiedzUsuń