Piątek. Dla niektórych zwykły dzień tygodnia, dla innych święto, które pojawia się jak błyskawica po pięciu długich, monotematycznych dniach. Dla mnie — i podejrzewam, że nie tylko dla mnie — piątek ma w sobie coś nieuchwytnego, coś, co trudno wytłumaczyć słowami, a jeszcze trudniej zignorować. To nie tylko symbol końca pracy, szkoły czy obowiązków, ale raczej moment, w którym życie nagle zdaje się odetchnąć. Wchodzę w niego jak do pokoju, w którym od dawna nie byłem: świeże powietrze, inna atmosfera, światło, które zdaje się mieć inny odcień, jakby wszystko, co szare i trudne w ciągu tygodnia, zostało w tyle, zamknięte w biurowych murach, szkolnych klasach czy w rytmie codziennej rutyny.
Zawsze zastanawiało mnie, skąd bierze się ta szczególna energia piątku. Czy to kwestia społeczna — bo wszyscy go oczekują, wszyscy planują małe przyjemności? Czy może biologiczna — bo nasze ciała podświadomie czują, że nadchodzi czas na odpuszczenie, reset? A może to po prostu magia wspólnoty: każdy na swoim miejscu, w tym samym rytmie, czeka na sygnał, który mówi: „teraz możesz być sobą, przynajmniej na chwilę”?
Nie mogę też nie wspomnieć o tej mieszance ekscytacji i lekkiego lęku, którą piątek zawsze ze sobą niesie. To dzień, w którym pozwalamy sobie na więcej — więcej śmiechu, więcej spontaniczności, czasem więcej alkoholu, czasem więcej marzeń, które w pozostałe dni tygodnia chowamy głęboko. Piątek ma w sobie paradoks: jest jednocześnie ucieczką i celebracją, chwilą wolności i przypomnieniem, że ta wolność jest ulotna. Już w sobotę lub niedzielę zaczynamy kalkulować: „a jutro znowu trzeba wstać, znowu do pracy, znowu obowiązki”. Piątek daje więc złudzenie nieograniczonej radości, a zarazem konfrontuje nas z tym, jak bardzo jej pragniemy.
Dla mnie piątek to też lustro życia codziennego. Patrzę na ludzi w tramwajach, w kawiarniach, w barach — nagle ich twarze rozjaśniają uśmiechy, gesty stają się bardziej swobodne, rozmowy głośniejsze. I choć czasem wydaje się, że to tylko pozory, to te pozory mają moc: przypominają, że przez pięć dni byliśmy w jakimś sensie uwięzieni w swoich rolach, w swoich problemach, w rutynie, i że na kilka godzin możemy je odłożyć, poczuć oddech, którego tak bardzo potrzebujemy.
Dlatego piątek nie jest dla mnie tylko dniem tygodnia. To mały rytuał, codzienna celebracja, próba odnalezienia w chaosie życia odrobiny radości i prawdy. To moment, w którym pozwalam sobie zatrzymać się i pomyśleć: „udało się przetrwać tydzień. Jeszcze jeden wieczór, jeszcze jedna noc — i znowu poczuję, że żyję naprawdę”. I to właśnie ten osobisty wymiar, ta głęboka, często nieuświadomiona potrzeba resetu i wspólnoty, sprawia, że piątek jest dla mnie dniem wyjątkowym — dniem, który kochają wszyscy, choć każdy z nas inaczej.
Piątek to moment, w którym codzienność nagle zmienia barwy. Nie jest to zmiana wizualna w sensie dosłownym, bo świat wciąż wygląda tak samo — ulice, tramwaje, biura, domy — ale sposób, w jaki wchodzimy w interakcje z tym światem, nagle ulega przemianie. W moim odczuciu piątek działa jak swego rodzaju filtr nastroju: zwykłe rozmowy w pracy mogą brzmieć lekko i dowcipnie, a nie jak w poniedziałek — wtrącenia i komentarze wydają się wtedy ostrzejsze. Piątek to dzień, w którym nasze ciała i umysły odmawiają przyjmowania szarej, monotonnej narracji tygodnia; mówią: „stop, teraz ja rządzę, a ty możesz odłożyć ciężar obowiązków”.
Osobiście zauważam, że piątek ma swoje rytuały, choć każdy z nas je inaczej odczuwa. Dla jednych to chwila na małą radość w postaci ulubionej kawy, dla innych moment, kiedy można otwarcie zaplanować wieczorne spotkanie z przyjaciółmi, oderwać się od rodzinnej rutyny. Piątek jest też dniem pewnych kompromisów — pozwala nam na lekki luz, który w pozostałe dni jest nie do pomyślenia, a jednocześnie wymaga od nas, byśmy byli świadomi, że jutro trzeba wrócić do normalnego rytmu.
Nie mogę nie wspomnieć o tym specyficznym uczuciu oczekiwania, które zaczyna narastać już od rana. Kiedy wchodzę do pracy, wiem, że wszystko, co robię dziś, może mieć nieco inny wymiar niż zwykle. E-maile są odbierane mniej sztywno, a rozmowy z kolegami — bardziej żartobliwe, bardziej naturalne. Nawet przechodząc ulicą, mam wrażenie, że ludzie poruszają się z lekką radością w krokach, że ich spojrzenia są nieco bardziej otwarte. Piątek działa jak społeczny katalizator: przypomina nam, że nie jesteśmy sami w swoim pragnieniu wolności i chwili oddechu.
Wieczór piątku to z kolei czas, który jest niemal sakralny w swojej intensywności. Tu nie chodzi wyłącznie o imprezy czy spotkania towarzyskie, choć one są istotne — piątkowy wieczór to moment, kiedy możemy pozwolić sobie na bycie sobą, bez masek, bez filtrów. Możemy odetchnąć, nawet jeśli tylko na kilka godzin. To czas, w którym nasze małe zwycięstwa tygodnia — choćby uporządkowanie dokumentów, zrealizowanie trudnego projektu, czy dotrwanie do końca tygodnia mimo zmęczenia — nabierają znaczenia. Piątek pozwala je celebrować, choćby w formie krótkiej chwili radości przy drinku, spotkaniu ze znajomymi, czy po prostu ulubionej muzyce w tle.
Nie mogę też pominąć aspektu psychologicznego: piątek ma moc resetowania naszych umysłów. Nagle okazuje się, że problemy, które w poniedziałek wydawały się górami nie do przebycia, w piątek stają się do zniesienia. Jest w tym coś terapeutycznego — jakby nasze mózgi były zaprogramowane na rytm tygodnia, gdzie piątek jest punktem zwrotnym, kiedy napięcie tygodnia rozładowuje się, a my możemy znów poczuć, że kontrolujemy swoje życie, przynajmniej w minimalnym zakresie.
I wreszcie weekendowy wymiar piątku — choć to temat na osobny felieton — jest w dużej mierze iluzoryczny, a jednocześnie niezbędny. Instagramowe posty, zaplanowane wyjazdy, spotkania z przyjaciółmi, czasem zwykłe leżenie na kanapie — wszystko to pokazuje, że piątek jest początkiem czegoś większego. Nawet jeśli fizycznie nasz czas wolny jest ograniczony, psychicznie jesteśmy już w innym świecie. I to właśnie daje piątkowi tę wyjątkową moc: jest wstępem do przestrzeni, w której możemy być sobą, choćby na kilka godzin.
I kiedy tak patrzę na piątek, na jego wyjątkowość w skali całego tygodnia, dochodzę do wniosku, że to coś więcej niż tylko dzień w kalendarzu. To nie jest kwestia daty, a doświadczenia — zbiorowego oddechu, który łapiemy po pięciu dniach pracy, obowiązków, stresu, presji i drobnych frustracji. Piątek jest jak wyłącznik, który nagle pozwala nam zdjąć ciężar z ramion, nawet jeśli na krótko. I choć świadomość, że poniedziałek nadejdzie nieuchronnie, wciąż wisi nad nami jak cień, piątek ma w sobie moc, której nie da się zignorować — moc przypomnienia, że życie to nie tylko obowiązki i terminy.
Osobiście często myślę o piątku jako o dniu, który uczy nas, że warto celebrować drobne zwycięstwa. Nie muszą być spektakularne — czasem wystarczy, że udało się przetrwać trudny tydzień, że nie straciliśmy cierpliwości wobec ludzi, że udało się zrealizować choć część planów. Piątek mówi wtedy: „tak, poradziłeś sobie, zasługujesz na chwilę oddechu”. To jest lekcja, którą powinniśmy wynieść z każdego tygodnia — że życie nie jest tylko o ciężkiej pracy, a o równowadze między wysiłkiem a przyjemnością, między obowiązkami a wolnością, choćby tej symbolicznej.
Nie mogę też pominąć wspólnego wymiaru piątku. Spotkania z przyjaciółmi, wspólne śmiechy, żarty, małe rytuały — to właśnie one tworzą niepowtarzalną atmosferę, której w innych dniach tygodnia brakuje. Piątek pozwala nam odetchnąć w grupie, poczuć, że nie jesteśmy sami z naszym zmęczeniem, naszymi troskami. Każda rozmowa, każdy toast, każda chwila wspólnego śmiechu buduje coś, co trwa dłużej niż sam dzień — buduje więzi, które przetrwają tygodnie, miesiące, czasem całe lata.
A potem przychodzi noc piątku. Dla niektórych to czas imprez, dla innych spokojnej refleksji przy książce czy muzyce. Niezależnie od formy, noc piątku jest zawsze lekko magiczna. Jest w niej poczucie, że możemy być sobą, bez filtrów, bez oczekiwań, bez ocen. To czas, kiedy rzeczywistość staje się bardziej elastyczna, a my mamy prawo do śmiechu, spontaniczności, nieprzewidywalności. I nawet jeśli w poniedziałek wrócimy do rutyny, piątek zostawia w nas wspomnienie, które działa jak wewnętrzny zastrzyk energii i motywacji — przypomnienie, że w tygodniu nie chodzi tylko o przetrwanie, ale także o życie w pełni, choćby przez krótkie chwile.
Dlatego piątek warto celebrować w pełni. Nie chodzi o alkohol, imprezy czy Instagramowe zdjęcia — choć one mogą być jego elementem — ale o świadome doświadczenie tej chwili. O uznanie, że przetrwanie tygodnia to osiągnięcie, że mamy prawo do radości i wolności, choćby symbolicznej, choćby na kilka godzin. Piątek przypomina nam też, że codzienność nie musi być jednowymiarowa — że nawet w najbardziej wymagającym tygodniu jest miejsce na śmiech, na przyjemność, na wspólnotę.
I kiedy w końcu nadchodzi ten piątkowy wieczór, kiedy czuję, że mogę odetchnąć pełną piersią, myślę sobie: oto dzień, który jest hołdem dla ludzkiej wytrwałości, dla naszych codziennych wysiłków, dla drobnych zwycięstw, które często są niezauważone. Piątek jest przypomnieniem, że każdy z nas zasługuje na chwile lekkości, na momenty, w których smutek i zmęczenie znikają, a pozostaje czysta radość, poczucie wspólnoty i wolności. I w tym właśnie tkwi jego największa siła — w tym, że uczy nas, jak cenić małe momenty życia, które w tygodniu przechodzą niezauważone, a które piątek potrafi wydobyć na światło dzienne w całej ich wartości i pięknie.

Kiedy jeszcze pracowałam to piątek po pracy to był dla mnie moment głębszego oddechu. Zamykałam za sobą drzwi zakładu i zaczynał się inny czas. To bardzo dobre określenie - lekki, bez obciążeń, że sobota i zakupy. Powrót do domu to był ten najwspanialszy moment. Nawet wtedy kiedy PKS się spóźniał, to nie wyprowadzało mnie to z równowagi.
OdpowiedzUsuńTeraz kiedy jestem na emeryturze to tak naprawdę każdy dzień jest dla mnie magiczny, ale piątek i tak ma coś w sobie czego nie potrafię nazwać.
Dobrego piątku i całego weekendu.
Pozdrawiam serdecznie :)
Bardzo dobrze rozumiem to uczucie. Te momenty, kiedy można wreszcie odetchnąć po całym tygodniu, mają w sobie coś wyjątkowego – nawet jeśli dziś każdy dzień może być spokojniejszy, piątek wciąż niesie ze sobą pewną symbolikę zakończenia i oczekiwania na wolność. Twój opis przypomina mi, jak ważne są te małe rytuały, które nadają rytm życiu i pozwalają na chwilę zatrzymania się. Dobrego weekendu również dla Ciebie :)
UsuńSporo ciekawych przemyśleń o piątku :) Dla większości to początek weekendu i obietnica odpoczynku :)
OdpowiedzUsuńPiątek ma w sobie coś wyjątkowego – nawet jeśli to tylko symboliczny moment zakończenia tygodnia. Lubię obserwować, jak ten dzień zmienia rytm całego otoczenia – ludzie wydają się spokojniejsi, bardziej wyczekujący wolnego czasu.
UsuńChociaż już jestem na emeryturze, nadal celebruję piątek. Zwłaszcza piątkowy
OdpowiedzUsuńwieczór jest dla mnie czasem magicznym :)
Też mam takie poczucie, że pewne rytuały zostają z nami bez względu na to, czy pracujemy zawodowo, czy nie. Piątek ma w sobie coś symbolicznego — jakby człowiek mógł na chwilę odetchnąć, zamknąć kolejny mały etap i pozwolić sobie na odrobinę luzu.
UsuńTo nie kwestia obowiązków, tylko nastawienia. Sama świadomość, że zaczyna się weekend, sprawia, że ten wieczór ma trochę inny smak. Można zwolnić, zrobić coś tylko dla siebie, albo po prostu posiedzieć w ciszy z herbatą.
I chyba dobrze, że takie drobne „święta” w tygodniu nadal mają dla nas znaczenie — dzięki nim życie jest trochę bardziej oswojone i trochę cieplejsze.
Zawsze lubiłam piątek, bo oznaczał jeszcze dwa dni wolnego.
OdpowiedzUsuńTeraz w zasadzie bez różnicy, jedynie pamiętam, że w weekendy zaczyna się tłok na popularnych trasach turystycznych...
Mam podobne odczucia — kiedyś piątek miał wyraźny ciężar i zapowiedź pełnego oddechu, a dziś ta granica trochę się zatarła. Mimo wszystko w człowieku zostaje pewnego rodzaju przyzwyczajenie, taki wewnętrzny sygnał, że „to już ten moment”, nawet jeśli rytm dnia nie zmienia się tak bardzo jak kiedyś.
UsuńA co do weekendowych tłumów — trudno się nie zgodzić. Wystarczy wyjść na popularny szlak albo podjechać w znane miejsce i od razu widać, że pół kraju wpadło na ten sam pomysł. Czasem aż człowiek woli zwykły dzień powszedni, kiedy wszystko jest spokojniejsze i bardziej dostępne.
Może właśnie dlatego piątek wciąż ma swój urok — przypomina o wolności, ale bez konieczności uczestniczenia w „weekendowym wyścigu”.
O tak, piątek ma pod tym względem swój urok. Jutro Mikołaj, prezenty. Jest czas by je spakować. Miłego weekendu.
OdpowiedzUsuńTo prawda, piątek potrafi mieć w sobie coś lekko odświętnego, nawet jeśli dzień wygląda zwyczajnie. A kiedy zbliża się Mikołaj, to już w ogóle robi się taki ciepły, domowy klimat — człowiek zwalnia, sięga po papier do pakowania i przez chwilę wszystko jest prostsze.
UsuńŻyczę Ci spokojnego, dobrego weekendu i trochę tej cichej radości, która pojawia się właśnie przy takich drobnych przygotowaniach.
U mnie w pracy widać piątek jak na dłoni. Wszyscy, na co dzień przemęczeni i z worami pod oczami, nagle wpadają w świetny humor. Podobnie jak ja. W zasadzie czekam na ten piątek już od niedzielnego popołudnia. Nareszcie czas tylko dla mnie! Robię inaczej niż większość ludzi, wycofuję się na weekend z życia towarzyskiego. To czas dla mnie i tylko dla mnie. Nie jestem odludkiem, może jestem trochę aspołeczna, ale naprawdę czas wolny chcę mieć wyłącznie dla siebie i ewentualnie dla rodziny. Chyba że gdzieś wyjeżdżam, to już inna bajka.
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze Cię rozumiem — piątek potrafi działać jak taki cichy sygnał, że wreszcie można odetchnąć i wrócić do siebie. Wiele osób próbuje wtedy „nadrobić życie”, a Ty po prostu dajesz sobie prawo do spokoju i własnej przestrzeni. I to jest wbrew pozorom ogromnie dojrzałe.
UsuńNie trzeba być odludkiem, żeby chcieć pobyć samemu. Czas tylko dla siebie bywa bardziej regenerujący niż jakiekolwiek spotkania, nawet te sympatyczne. Fajnie, że znasz swoje potrzeby i umiesz je chronić — w dzisiejszym świecie to rzadkość.
A taki piątkowy humor w pracy też znam: nagle wszyscy bardziej ludzcy, bardziej pogodni, nawet kawa smakuje inaczej. Może to po prostu świadomość, że za chwilę każdy wróci do swojego małego świata, w którym w końcu nikt niczego nie wymaga.
Od dłuższego czasu już bronię swojego życia, nie pod dyktando innych. Pamiętam z dzieciństwa taki cytat z baśni "Przygody w krainie chryzantem" Anny Świrszczyńskiej: "Ja jestem Oba, uparta osoba i zawsze robię to, co mi się podoba". No to ja trochę taka Oba jestem.
Usuń*Nawet bardziej niż trochę.
UsuńTo zdumiewające, jak czasem jedno zdanie z dzieciństwa potrafi zostać z nami na lata i nagle okazuje się… wyjątkowo trafnym podsumowaniem dorosłego życia. Ten cytat ma w sobie coś prostego, a jednocześnie bardzo prawdziwego — takie ciche przyzwolenie, żeby wreszcie przestać przepraszać za to, kim jesteśmy.
UsuńI dobrze, że bronisz swojego życia przed oczekiwaniami innych. W pewnym momencie człowiek po prostu orientuje się, że jeśli nie zacznie żyć po swojemu, to nikt tego za niego nie zrobi. A bycie „Obą” – upartą, ale świadomie upartą – to wbrew pozorom nie wada, tylko dowód, że ma się kręgosłup i własne zdanie.
Jeśli mówisz, że jesteś nią „nawet bardziej niż trochę”, to brzmi jak ktoś, kto już wie, czego chce, i nie potrzebuje do tego aprobaty z zewnątrz. I to jest chyba jeden z najbardziej wyzwalających momentów w dorosłości.
Piątkowa praca mija mi pod znakiem hasła "zrobię swoje i potem weekend". Wieczór to czas totalnego oddechu i świadomość, że w sobotę od rana mogę sobie pozwolić na pełny odpoczynek. :)
OdpowiedzUsuńMyślę, że wiele osób ma podobnie, tylko nie zawsze się do tego przyznaje. W piątek człowiek działa trochę „na finiszu” – robi swoje, domyka sprawy, ale w głowie już czuje ten luz, który za chwilę przyjdzie.
UsuńI jest w tym coś bardzo ludzkiego: taka mała nagroda za cały tydzień.
Ten moment, kiedy w piątkowy wieczór można odłożyć wszystko na bok i pozwolić sobie na zwykłe „nicnierobienie”, to chyba jedna z niewielu chwil, kiedy naprawdę odpoczywamy. I dobrze, że potrafisz to docenić. W sobotę nie trzeba się spieszyć, nie trzeba nikomu nic udowadniać – można po prostu być. To może banał, ale w dzisiejszym tempie to prawdziwy luksus.
Luksus i zarazem bardzo potrzebna rzecz, zwłaszcza w dobie częstego uczucia przebodźcowania.
UsuńZgadzam się w pełni – czasem drobny luksus w postaci chwili spokoju naprawdę robi różnicę. W świecie, w którym wszystko bombarduje nas bodźcami, docenienie takich momentów jest bardziej potrzebne niż nam się wydaje. To nie fanaberia, tylko sposób na zachowanie równowagi.
UsuńW czasach studenckich piątek zapowiadał dobrą zabawę i taneczne spotkania towarzyskie. Teraz zapowiada upragniony weekend, relaks i czas na zaopiekowanie się sobą. Kiedyś lubiłam weekendowe imprezy, a teraz cenię sobie spokojne weekendy z książką i dobrą kuchnią :)
OdpowiedzUsuńCiekawe, jak z czasem zmienia nam się podejście do tych samych dni. Kiedyś piątek był obietnicą głośnego wieczoru, ludzi, śmiechu – takiej energii, której wtedy potrzebowaliśmy. A dziś ta sama symbolika prowadzi w inną stronę: do ciszy, spokoju i robienia czegoś tylko dla siebie.
UsuńI to wcale nie jest oznaka „starzenia się”, jak niektórzy mówią, tylko dojrzewania. Człowiek w końcu zaczyna słuchać siebie, a nie tego, co „powinno” się robić w weekend. I chyba właśnie dlatego te spokojniejsze piątki potrafią dawać więcej satysfakcji niż niejedna impreza — bo są zgodne z tym, czego naprawdę potrzebujemy.
My z mężem prowadzimy swoją działalność, firmę, więc piątki nie istnieją, a czasami są w środku tygodnia 🤓
OdpowiedzUsuńTo w sumie bardzo dobrze oddaje rzeczywistość ludzi, którzy pracują „na swoim”. Dla jednych piątek to granica między obowiązkami a odpoczynkiem, a dla was to po prostu kolejny dzień, który trzeba ogarnąć — niezależnie od tego, co pokazuje kalendarz.
UsuńW prowadzeniu własnej firmy jest coś specyficznego: niby daje wolność, ale jednocześnie zupełnie rozmywa podział na „tydzień” i „weekend”. Czasem to męczące, ale z drugiej strony daje też tę elastyczność, że wolny dzień można zrobić wtedy, kiedy jest naprawdę potrzebny. I może właśnie w tym tkwi cała magia.
Piątek to niby jeden z dni tygodnia, ale dla mnie ważny. Pracuję od poniedziałku do piątku i już w czwartek nawet po ciężkim tygodniu kładę się z uśmiechem na ustach, bo wiem, że obudzę się już w piątek.
OdpowiedzUsuńW ten dzień nawet powietrze pachnie inaczej - wolnością i swobodą. Wiem, że będę mogła czytać do późnych godzin nocnych, nie będę się musiała spieszyć z obiadem, patrzeć w popłochu na zegarek...
Dokładnie rozumiem to uczucie. Piątek ma w sobie coś szczególnego – nawet po najtrudniejszym tygodniu pojawia się lekkość i świadomość, że wreszcie można zrobić coś tylko dla siebie. To ten dzień, kiedy czas trochę zwalnia, a zwykłe czynności nabierają innego wymiaru. Dla mnie też piątkowe wieczory mają swoją magię – książka, spokojna kolacja, brak presji czasu – i to naprawdę pozwala odetchnąć po całym tygodniu
UsuńPiątek, piateczek, piatunio...tak długo wyczekiwany, upragniony, ma swój niezaprzeczalny urok. Pozdrawiam serdecznie 🙂
OdpowiedzUsuńDokładnie tak. Te małe piątki mają w sobie coś, co od razu poprawia nastrój po całym tygodniu. Nawet jeśli nic nadzwyczajnego się nie dzieje, sam fakt, że weekend tuż-tuż, daje pewien rodzaj spokoju. Pozdrawiam ciepło 🙂
UsuńOstatnio często napotykam w necie słowa: "Używaj weekendu, żeby budować życie swoich marzeń — takie, jakie chcesz mieć… A nie po to, żeby uciekać od życia, którego mieć nie chcesz."
OdpowiedzUsuńFajnie się czasem zastanowić nad takim tekstem, choć może dla niektórych są to tylko frazesy... (?)
Jak się relaksujesz w weekend? Jakie czynności powtarzają się regularnie? Co jest Twoim małym świętem?
Zgadzam się, czasem te „frazy” faktycznie skłaniają do refleksji. U mnie weekendy to przede wszystkim moment, żeby złapać oddech po tygodniu pracy. Często powtarzam proste rytuały – kawa rano w spokoju, spacer po okolicy, kilka stron dobrej książki. Dla mnie to takie małe święta, które pozwalają na chwilę oderwać się od codzienności i poczuć, że mam czas tylko dla siebie. A Tobie co sprawia, że weekend staje się naprawdę Twoim czasem?
UsuńDla mnie na róznych etapach życia piątek miał bardzo różne zabarwnienie. W czasach szkolnych i studiów zdecydowanie był furtką do wolności od zajęć i spokoju ducha, poczucia że kolejnego dnia czeka mnie sobota i dzień absolutnie wolny od nauki i myślenie o obowiązkach. Niedziela już była bardziej nerwowa, bo w świadomości istniał już poniedziałek i powrót do codzienności.
OdpowiedzUsuńNa późniejszym etapie, gdy zajęłam się pracą na własny rachunek piątek zatracił swoją wartość, bo w pracy byłam tak naprawdę cały tydzień. Jedynym wytchnieniem były święta, no i jakieś tam krótkie wakacje.
Obecnie nieco zwolniłam bieg, więc piątek znów wrócił na tory - dzień przed weekendem :)
Ciekawie to ujęłaś, bo rzeczywiście piątek ma różne znaczenia w zależności od etapu życia. Te szkolne i studenckie wspomnienia są mi bardzo bliskie – ta radość z nadchodzącego weekendu była niemal namacalna. Rozumiem też Twoją perspektywę pracy na własny rachunek – granice dni zacierają się i piątek staje się tylko jednym z wielu dni tygodnia. Fajnie, że udało Ci się znów poczuć jego specyficzny urok, kiedy rytm życia trochę zwolnił. U mnie podobnie – piątek wciąż ma w sobie nutę oczekiwania i ulgi, choć już w innym wymiarze niż kiedyś.
UsuńWitaj Andrzeju :) Nie ukrywam, że w piątek czuje pewien luz psychiczny, choć nie pracuje zawodowo. Coś w tym jest. To jakaś zapowiedź wolności. Nie znoszę wstawania, a ze względu na dzieci muszę się w tygodniu zrywać o 7. Kiedyś wstawałam o 5 żeby zdążyć dojechać do pracy, a potem odwyklam od tego. Jak jedziemy w góry to też bardzo wcześnie wstajemy. Generalnie jestem śpiochem. Miłego wieczoru :)
OdpowiedzUsuńCześć :)
UsuńDobrze rozumiem ten piątkowy „luz”, nawet jeśli formalnie człowiek nie pracuje. To chyba kwestia samego rytmu tygodnia — przez tyle lat mieliśmy to wbite w głowę, że piątek oznacza koniec bieganiny, choćby ta bieganina miała teraz inny charakter.
Wstawanie o 7 to i tak niezły wyczyn, jeśli ktoś nie jest rannym ptaszkiem. A już 5 rano… potrafi zostawić ślad na długo. Organizm szybko się odzwyczaja i potem każde wcześniejsze zerwanie z łóżka jest walką. Fajne jest tylko to, że czasem — tak jak piszesz — są wyjątki, jak wyjazd w góry. Człowiek wstaje wtedy wcześniej, ale robi to z innej energii.
Też mam w sobie sporo śpiocha, więc bardzo Cię rozumiem.
Miłego wieczoru — oby spokojnego i bez porannego budzika :)
Dla mnie to sobota jest wazniejsza i wtedy dopiero czuje oddech, pokoj i odpoczywam. A piatek zwykle bardzo zajety i nie czuje tego co opisales w artykule swym. Zapewne wynika to zupelnie z innego pogladu na swiat i postrzegania rzeczywistosci.
OdpowiedzUsuń