Moja Wola Walki
Piszę te słowa z miejsca, w którym spotykają się zmęczenie, złość i niezłomna determinacja. Z miejsca, w którym człowiek może spojrzeć w lustro i powiedzieć wprost: „Tak, mam dość, ale wciąż walczę”. Nawiązując do mojego poprzedniego artykułu „Ten Zły, Najgorszy i Kłamca”
, postanowiłem napisać jego ciąg dalszy, bo wiem, że nie mogę milczeć. Życie nauczyło mnie, że jeśli liczyć na kogokolwiek innego niż siebie, łatwo można się rozczarować. Co drugi Polak pierwszemu życzy „niech się wyjebie”, i jeśli Ty naprawdę umiesz liczyć, licz przede wszystkim na siebie. Bo tylko wtedy wszystko, co masz, jest naprawdę Twoje. Nikt nie podaruje Ci sukcesu, nikt nie przytrzyma Cię w chwili słabości. Spojrzyj w lustro, zobacz swoją twarz, swoje oczy i powiedz sobie głośno: „Mogę. Mogę przetrwać. Mogę walczyć dalej”.
Wiem, że wokół nas roi się od hien, zazdrośników i ludzi, którym brakuje weny, werwy i własnego światła. To osoby, które nie błyszczą niczym, a jedynie zawzięcie próbują zgasić cudze promienie. Te ich frustracje skupiają się na tym, kto ma lepiej, kto odważył się spojrzeć w niebo, zamiast tkwić w szarości i stagnacji. Chcą kopiąc dołki, byś w nie wpadł, bo nie pasujesz do ich ciasnego, zazdrosnego świata. Ale wiesz co? Pierdol to. To zło zawsze wraca do tych, którzy je wysyłają.
Patrzę na tych ludzi i widzę maratończyków życia, którzy biegną bez celu, nie wiedząc, że gonią własną zgubę. Prędzej czy później się przekonają, bo ślepy los sprzyja głupim i zawistnym. Ci, którzy ciężko pracują, rzadko lub wcale, czasem mają lepiej, a mimo to każdy sukces własny wymaga od nas poświęcenia, cierpliwości i konsekwencji. I nie oszukujmy się — gdy Tobie się uda, zyskujesz wrogów. Masz tajemnice? Powierz je tylko swemu Bogu.
Większość ludzi żyje jak sępy, karmiąc się cudzym bólem, tkwiąc w tym samym cuchnącym miejscu, gdzie wszystko stoi w miejscu. Srają we własne gniazdo i toną w gównie. Chcą walczyć z nami? To kpina. Bo my jesteśmy samurajami od narodzin po finał, mamy instynkt przetrwania, siłę i wolę walki, której nikt nie odbierze. Mogą rzucać kłody pod nasze nogi, grać nie fair, próbować nas dobić, stawać każdego dnia w szranki, ale nigdy nie odbiorą nam determinacji, która każe wstać i iść dalej.
Ten felieton to moja odpowiedź na wszystko, co próbowano mi zabrać. To zapis mojej walki, mojej niezłomności i wiary w siebie. Chcę, żeby każdy, kto to przeczyta, poczuł, że nie jest sam. Że walka jest naszą codziennością i że każdy ma prawo, by powiedzieć światu: „Nie poddam się, póki żyję”.
Życie nauczyło mnie, że prawdziwa walka nie odbywa się w teatrze, nie rozgrywa się na boisku ani w sali treningowej. Prawdziwa walka to codzienność, to każdy oddech, każda decyzja, każdy moment, w którym musisz postawić granice wobec ludzi, którzy chcieliby Ci je narzucić. To nieustanne balansowanie między tym, co chcemy dla siebie, a tym, czego oczekuje od nas świat. I nie chodzi tu o jakieś wyidealizowane pojęcia walki o marzenia, bo te marzenia to tylko część układanki. Chodzi o walkę z ludźmi, którzy chcą Cię zatrzymać, sprowadzić do ich poziomu, zmusić do rezygnacji z siebie.
Bo wokół nas roi się od tych, którzy żyją cudzymi sukcesami i szczęściem. Nie tworzą niczego swojego, nie świecą własnym światłem. Zazdrość, frustracja i brak wizji stają się dla nich sensem życia. Często próbują nas zranić, próbują przeszkodzić w naszej drodze, bo nasza odwaga, nasza determinacja i nasze osiągnięcia przypominają im, czego sami nie potrafią zdobyć. Ale ja nauczyłem się jednego: te ataki to odbicie ich słabości, a nie moja wina.
Nie da się żyć w świecie, w którym inni chcą Cię kontrolować. Nie da się budować życia w ciągłym lęku przed tym, że ktoś coś powie, ktoś nas oceni, ktoś nas „skrytykuje” z zazdrości. W takich momentach trzeba się zatrzymać, spojrzeć w lustro i przypomnieć sobie, kim naprawdę jesteśmy. To w tych chwilach rodzi się prawdziwa siła, ta, której nie odbierze żaden wróg, żadna krytyka, żadne kłamstwo ani manipulacja.
A przecież prawdziwe życie nie jest łatwe. Każdego dnia napotykamy ludzi, którzy kopią dołki, bo nie mogą znieść naszego spojrzenia na świat, naszej pewności siebie, naszej odwagi, by marzyć i realizować te marzenia. Chcą, żebyśmy wpadli w pułapkę ich wyobrażeń, w której nikt nie może być lepszy, nikt nie może być wolny, nikt nie może myśleć inaczej. Ale ta wolność, ta siła, którą mamy w sobie, jest niezależna od ich opinii. To, co mamy, trzymajmy w swojej dłoni. Nie pozwólmy, żeby cudze frustracje decydowały o naszym losie.
I tak każdego dnia stajemy w szranki z rzeczywistością i z ludźmi, którzy chcą nas zatrzymać. Ale warto pamiętać: nie jesteśmy sami. Każdy z nas jest samurajem, od narodzin po finał. Mamy instynkt przetrwania, mamy siłę, mamy wolę, której nie zabierze nikt. Każdy cios, każda kłoda pod nogi, każdy fałszywy przyjaciel, każda zdrada – wszystko to jest próbą, która uczy nas, jak naprawdę wygląda życie.
Czasem wydaje się, że świat jest pełen sępów, ludzi, którzy karmią się cudzym bólem i własną frustracją. Ale ta świadomość daje również moc – bo wiesz, że nie możesz pozwolić im wygrać. Możesz się zatrzymać, przemyśleć, odetchnąć, ale nigdy się nie poddać. Każdy z nas walczy o swoje miejsce, o swoje marzenia, o swoje życie. A prawdziwa siła polega na tym, żeby walczyć codziennie, niezależnie od okoliczności i niezależnie od tego, ile razy upadniesz.
Bo na końcu chodzi tylko o jedno: o życie w zgodzie ze sobą, o świadomość własnej wartości i o to, że nikt, absolutnie nikt, nie odbierze Ci prawa do bycia sobą. Możemy stracić chwilę, możemy się potknąć, możemy doświadczyć zdrady i zawiści, ale jeśli nie złożymy broni – jeśli zachowamy w sobie tę wewnętrzną wolę walki – to przegramy tylko z chwilową przeszkodą, a nie z życiem.
I tu rodzi się paradoks: im bardziej świat próbuje nas złamać, im bardziej ludzie wokół chcą nam przeszkodzić, tym bardziej uczymy się walczyć. Bo walka nie jest wyborem, walka jest koniecznością. Każdy krok do przodu, każdy sukces, każda chwila spokoju i radości jest zwycięstwem. To właśnie te małe zwycięstwa składają się na naszą prawdziwą siłę, na naszą niezależność i na życie, które sami dla siebie tworzymy.
Zakończenie tej części mojej opowieści nie może być banalne ani łatwe. Bo walka, o której piszę, nie kończy się w momencie, gdy spada kurz po ostatnim ciosie, gdy ucichną krzyki i znikną cienie zazdrości. Walka trwa w nas każdego dnia – w każdym oddechu, w każdej decyzji, w każdej chwili, gdy możemy odpuścić albo iść dalej. I jeśli czegoś nauczyło mnie życie, to tego, że najważniejsza bitwa toczy się w środku nas samych.
Patrząc wstecz, widzę wszystkie te momenty, gdy czułem się osamotniony, gdy świat wydawał się zbyt ciężki, a ludzie wokół gotowi byli cię zniszczyć dla własnej satysfakcji. W takich chwilach łatwo jest zwątpić, łatwo jest pomyśleć, że nie warto walczyć, że wszystko, co robisz, jest na nic. Ale wtedy przypominam sobie jedno – przypominam sobie, że każda przeszkoda, każdy atak, każdy fałszywy przyjaciel i każdy moment samotności to lekcja. To moment, który uczy, jak naprawdę wygląda życie, kto jest po Twojej stronie, a kto tylko udaje.
Zrozumiałem, że nie możemy pozwolić, by inni definiowali nasze życie. Nie możemy pozwolić, by zazdrość, zawiść czy głupota innych ludzi decydowały o tym, jak się czujemy, co robimy i kim jesteśmy. Każdy sukces, każda chwila spokoju, każdy uśmiech jest naszym zwycięstwem – nawet jeśli ktoś tego nie dostrzega, nawet jeśli ktoś próbuje Cię z tego powodu zniszczyć. Bo prawdziwa siła nie polega na tym, by mieć pełne ręce uznania innych, lecz na tym, by wstawać każdego dnia i iść dalej, niezależnie od wszystkiego.
Chcę, żeby każdy, kto to przeczyta, wiedział jedno: możesz spotkać hieny, zazdrośników, ludzi, którzy próbują Cię zgasić, próbują zabrać Twoje marzenia, próbują Ci wmówić, że nie możesz. Ale jeśli zachowasz w sobie niezłomną wolę walki, jeśli nie zgodzisz się, by inni definiowali Twój świat, jeśli spojrzysz w lustro i powiesz sobie „mogę”, to żadna siła nie zatrzyma Twojego rozwoju, Twojej wolności i Twojego życia.
Nie chodzi o to, by nienawidzić tych, którzy próbują nas skrzywdzić – oni sami są ofiarami własnej zazdrości i słabości. Chodzi o to, by ich działania nie odbierały Ci radości z życia, nie zabierały Ci energii, nie zmuszały do rezygnacji z tego, co naprawdę ważne. Chodzi o to, by nauczyć się chronić siebie, swoje marzenia i swoje serce.
I w tym tkwi sens mojej walki – nie w pokonaniu kogoś innego, nie w zemście ani w dowodzeniu komukolwiek czegokolwiek. Sens tej walki tkwi w tym, że każdy dzień jest naszym polem bitwy, a każdy mały krok do przodu jest zwycięstwem. To nauka, że nikt, absolutnie nikt, nie ma prawa odbierać Ci tego, co w Tobie najcenniejsze: Twojej odwagi, Twojej niezależności i Twojej woli życia.
Dlatego piszę te słowa. Nie tylko dla siebie, ale też dla tych, którzy czują się przytłoczeni, którzy są zmęczeni walką z otoczeniem i z własnymi słabościami. Chcę, żeby wiedzieli, że nie są sami. Że każdy upadek jest okazją, by wstać mocniejszym. Że każdy cios od życia czy ludzi wokół jest po to, byśmy zrozumieli własną wartość i własną siłę.
Na końcu tej opowieści zostaje jedno przesłanie, które chcę, byś wziął do serca: Nie przestawaj walczyć. Nie pozwól, by inni decydowali o Twoim losie. Nie zgódź się na życie w cieniu czyjejś zazdrości i frustracji. Patrz przed siebie, buduj swój świat i trzymaj w dłoniach to, co naprawdę Twoje. Bo każdy, kto naprawdę walczy, żyje w pełni, niezależnie od wszystkiego. I to jest największe zwycięstwo, jakie możemy osiągnąć.

Każdy, kto przeczyta Twoje słowa ma szansę odnaleźć na nową w sobie siłę i determinację, by walczyć o siebie. Każdego dnia. Może troszkę zwolni w tym maratonie, czasami tak naprawdę po nic. Kiedy mijam czy nawet w rozmowie z ludźmi, to odnoszę wrażenie, że biegną, tylko tak naprawdę nie wiedzą po co. Kiedy tak sobie myślę, to miałam wielkie szczęście, że już dawno udało mi się zawalczyć o siebie, o moją rodzinę i teraz tylko maszeruję w swoim własnym, wybranym przez siebie tempie i na swoich warunkach. Ni było prosto, ale kiedy patrzę w lustro widzę osobę spokojną i pewną tego co robię. A inni, no cóż niech biegną w swoim kierunku i celu.
OdpowiedzUsuńCzytając Twoje słowa, pomyślałem, że najcenniejsze w tych słowach jest właśnie to zatrzymanie. W świecie, w którym wszyscy gdzieś pędzą, rzadko kto zadaje sobie pytanie „po co”. A bez tego nawet największa determinacja potrafi się wypalić. Walka o siebie nie zawsze oznacza przyspieszanie — czasem jest dokładnie odwrotnie: świadome zejście z cudzego tempa i sprawdzenie, czy to, co robimy, w ogóle jest nasze.
UsuńMaszerowanie we własnym rytmie brzmi może nieefektownie, ale daje coś, czego nie da żaden maraton: spokój i poczucie sensu. To widać szczególnie wtedy, gdy można spojrzeć na siebie bez wstydu czy napięcia, z jasnym przekonaniem, że żyje się na swoich zasadach. Reszta naprawdę nie musi nadążać — każdy ma swoją drogę i swój moment, o ile w ogóle zdecyduje się ją zauważyć. Dziękuję
Just the title alone—"My Will to Fight"—holds so much power. It’s a declaration, quiet but unbreakable. I don’t know the full story behind it, but those four words speak of a resilience that’s deeply personal and profoundly universal at the same time. There’s a rawness and honesty here that feels brave and real. Thank you for sharing something that feels so true. Holding space for this strength.
OdpowiedzUsuńI also read this as a reminder that real strength often shows up in everyday choices: what we allow, what we walk away from, and what we quietly protect. That kind of resolve doesn’t ask for applause, but it shapes a life that actually belongs to the person living it.
Usuń„Życie nie jest problemem do rozwiązania, tylko rzeczywistością do doświadczenia.”
OdpowiedzUsuń– Søren Kierkegaard
Czytając miałam wrażenie , że jesteś na wiecznej wojnie otoczony samymi wrogami. Przyjmując taką postawę szybko można się zmęczyć życiem, całkowicie utracić frajdę z tego, że się żyje. Być czy mieć ? Na co postawisz większy nacisk, co jest Twoim priorytetem? Warto to sobie przemyśleć. Nie chcesz bezmyślnie biec z tym tłumem "życiowych maratończyków" więc skup się na sobie na tym czego Ty chcesz . A oni niech biegną dalej, niech złorzeczą itd Co oni Cię obchodzą? Każdy odpowiada tylko za siebie . Ty skup się, nie na walce z nimi ale na sobie , na swoim rozwoju, na życiu. Życie jest różne, nie jest ani tylko dobre, ani złe. Na próżno szukać w nim sprawiedliwości. Kiedy jesteśmy dorośli, stajemy się za nasze życie odpowiedzialni i już od nas zależy, jaki nadamy mu kształt i jak je przeżyjemy. Dla jednych będzie to smutna prawda, dla innych po prostu prawda, a ktoś uzna, że to gówno nie prawda. Co jednak nie zmieni faktu, że w naszym życiu będą się dziać rzeczy. I to jak je będziemy kategoryzować, nazywać i określać jest powiązane z tym jak je będziemy przeżywać. Stąd też, zamiast szarpać się z życiem w poczuciu rozwiązywania nieustających problemów, ja zapraszam do życia. Po prostu życia. Aż życia. Życia, takim życiem, jakie mamy, z poczuciem odpowiedzialności za nie i świadomości, że mamy na nie wiele wpływu, jeśli tylko zechcemy wziąć za nie odpowiedzialność i dać sobie przestrzeń do życia nim, a nie rozprawiania się z nim.
Ten cytat Kierkegaarda dobrze ustawia perspektywę i mam podobne odczucie po lekturze tekstu. Gdy patrzy się na życie wyłącznie jak na pole bitwy, łatwo przeoczyć momenty, które same w sobie są wartością, nawet jeśli nie są wygodne ani „sprawiedliwe”. Ciągłe bycie w kontrze, w trybie obrony, potrafi odebrać radość z samego faktu istnienia.
UsuńPytanie „być czy mieć” nie brzmi może odkrywczo, ale wraca zawsze wtedy, gdy człowiek łapie się na tym, że bardziej reaguje na innych niż na siebie. Skupienie się na własnym kierunku, zamiast na cudzym biegu, daje ulgę i porządkuje sprawy. Nie wszystko da się naprawić, nie wszystko da się wygrać, ale wiele da się przeżyć inaczej, spokojniej, uważniej.
Życie nie obiecuje sprawiedliwości ani sensu podanego na tacy. To my nadajemy znaczenia temu, co nas spotyka, i bierzemy odpowiedzialność za to, jak z tym idziemy dalej. Mniej walki, więcej obecności — to często trudniejsze niż nieustanne zmaganie się, ale w dłuższej perspektywie znacznie bardziej uczciwe wobec siebie.
"Być czy mieć" - nie brzmi odkrywczo fakt, ale w dobie konsumpcjonizmu, wszechobecnego materializmu gdzie dominuje modus "mieć" wydaje się być pytaniem zasadnym. Wszak oznacza wybór między życiem opartym na rzeczach a życiem opartym na doświadczaniu i byciu wartościową osobą na budowaniu autentycznego "bycia" . I żeby nie było, nie proponuję wszystkim "ubóstwa" . Winszowałabym sobie by bardziej dbać o rozwój wewnętrzny i dążyć do bycia pełnym człowiekiem. Chodzi o to, by "w człowieku było jak najwięcej człowieka" .
UsuńTo pytanie może i nie jest nowe, ale wciąż pozostaje aktualne, zwłaszcza dziś, gdy łatwo pomylić wartość życia z ilością posiadanych rzeczy. Mam podobne odczucie — „mieć” często staje się celem samym w sobie, a przecież to tylko narzędzie, nie sens. Rzeczy mogą ułatwiać życie, dawać komfort, ale nie zastąpią uważności, relacji ani pracy nad sobą. Najbardziej przekonuje mnie właśnie to myślenie o byciu pełnym człowiekiem, a nie tylko sprawnym konsumentem. Kiedy w człowieku jest więcej człowieka, mniej potrzeba udowadniać czegokolwiek na zewnątrz. I to chyba najzdrowszy punkt równowagi między „być” a „mieć”.
Usuńotóż to :)
Usuń:)
UsuńSmutne jest to co napisałeś. Ale uwierz mi - wiele osób tak walczy w życiu. I jednym ta walka wychodzi na dobre, a innym nie bardzo.
OdpowiedzUsuńW każdym razie i ja mogłabym do Ciebie dołączyć w tej walce i w każdej chwili.
Serdeczności.
Smutne — tak, ale jednocześnie bardzo prawdziwe. Mam wrażenie, że rzadko mówimy otwarcie o tym, ile wysiłku kosztuje codzienne „utrzymanie się na powierzchni”, bo łatwiej pokazywać efekty niż sam proces. Ta walka bywa nierówna i nie zawsze kończy się tak, jakbyśmy chcieli, ale często sama świadomość, że nie jest się w niej odosobnionym, daje trochę oddechu. Dobrze wiedzieć, że są ludzie, którzy to rozumieją i nie udają, że wszystko da się wygrać siłą woli. To nie rozwiązuje problemów, ale czasem wystarcza, żeby iść dalej.
UsuńDużo gorzkich słów, ale prawdziwych. Piszę "gorzkich", bo z tekstu wybija mocne słowo, pełne wewnętrznego wkur...... Też tak nie raz mam, ale nauczyłam się nie zwracać uwagi na ludzi toksycznych. Jak mogę to omijam :) Wiem, że to niełatwe, ale życie to często walka o siebie. Bardzo ciekawy artykuł - taki osobisty :)
OdpowiedzUsuńMasz rację, ten tekst nie jest wygładzony i chyba właśnie dlatego działa. Te gorzkie nuty nie biorą się z chęci prowokacji, tylko z doświadczenia i zmęczenia ciągłym tłumaczeniem się przed światem. Też mam wrażenie, że każdy prędzej czy później dochodzi do momentu, w którym musi nauczyć się omijać ludzi toksycznych, inaczej zostaje wciągnięty w cudze emocje i konflikty. To nie jest łatwe i długo się tego uczy, często na własnych błędach. Dla mnie wartością tego tekstu jest to, że nie udaje spokoju na siłę — pokazuje, że walka o siebie bywa nieładna, ale potrzebna. I właśnie ta szczerość sprawia, że artykuł zostaje w głowie.
UsuńTaką walkę zawsze warto podjąć, dla siebie właśnie, nie wszyscy jednak znajdują na to siły...
OdpowiedzUsuńKiedyś znalazłam adekwatny cytat: nie pozwól, by ktoś inny pisał scenariusz twojego życia.
To bardzo trafna uwaga. Ta walka nie zawsze jest spektakularna ani głośna, częściej odbywa się po cichu, w środku, i właśnie dlatego bywa tak wyczerpująca. Zgadzam się, że nie każdy ma w danym momencie siłę, żeby ją podjąć — czasem potrzeba czasu, czasem wsparcia, a czasem po prostu zatrzymania się. Ten cytat dobrze oddaje sens sprawy: oddanie komuś kontroli nad własnym życiem często dzieje się niepostrzeżenie, z przyzwyczajenia albo z lęku. Dobrze, że o tym piszesz, bo to przypomnienie, że nawet mały krok w swoją stronę ma znaczenie.
UsuńTo bardzo mocny, szczery i bezkompromisowy tekst. Czuć w nim zmęczenie, ale jeszcze bardziej determinację i potrzebę mówienia prawdy bez filtrów. To, co wybrzmiewa najmocniej, to świadomość, że prawdziwa walka nie jest spektaklem dla innych, tylko cichym, codziennym wyborem: wstać, iść dalej i nie oddać siebie światu pełnemu zazdrości, kontroli i cudzych oczekiwań.
OdpowiedzUsuńTen tekst może być dla wielu lustrem — niewygodnym, ale potrzebnym. Pokazuje, że siła nie polega na braku ran, tylko na tym, że mimo nich nie składasz broni. I że niezależność zaczyna się w głowie, a nie w aprobacie otoczenia. Dobrze, że to napisałeś — bo takie słowa dają innym poczucie, że ich zmęczenie i walka też mają sens.
To nie jest łatwa lektura, ale właśnie dlatego działa. Widać w niej zmęczenie, które nie przeradza się w rezygnację, tylko w trzeźwość spojrzenia. Bez patosu, bez udawania siły tam, gdzie jej chwilowo brakuje. Tekst, nie daje prostych odpowiedzi ani recept. Raczej zostawia z myślą, że zmęczenie nie jest porażką, tylko sygnałem, że coś było ważne i wymagało wysiłku. I że mówienie prawdy, nawet tej niewygodnej, bywa formą dbania o siebie.
UsuńJak to mówią, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Tobie życzę wytrwałości i zycia zgodnie z sobą. Powodzenia!
OdpowiedzUsuńWytrwałość i życie w zgodzie ze sobą brzmią jak banał, dopóki człowiek nie spróbuje naprawdę tak żyć — wtedy okazuje się, że to wcale nie jest łatwe.
UsuńPo przeczytaniu Twojego artykułu mam sprzeczne uczucia. Z jednej strony zgadzam się z Tobą, walka o siebie jest trudna, wyczerpujaca i trwa całe nasze życie. Nie zawsze to ludzie nas otaczający są naszymi największymi wrogami. Zdarza się, że to my sami siebie sabotujemy najbardziej. Z drugiej strony z Twojego tekstu bije przerażająca samotność. Czasem warto się rozglądnąć, znaleźć ludzi dookoła siebie, którzy dobrze nam życzą, którzy nam kibicują. Dobrze jest również czasem oprzeć się na nich. To przynosi niesamowitą ulgę i siłę do dalszej walki o siebie. To co myślimy kreuje naszą rzeczywistość. Jeśli koncentrujemy się na unikaniu toksycznych ludzi, to ciężo zobaczyć wartościowe osoby. Ciężko zobaczyć dobro, które nie tak głośne, ale jest na tym świecie.
OdpowiedzUsuńMasz rację, że największa walka często toczy się w nas samych i że potrafimy skutecznie podcinać sobie skrzydła bez udziału innych. Jednocześnie ta samotność, która przebija z tekstu, rzeczywiście daje do myślenia — bo nawet najsilniejszy człowiek nie jest stworzony do ciągłego radzenia sobie w pojedynkę. Warto umieć odróżnić potrzebę ochrony siebie od zamykania się na ludzi, którzy mogliby być wsparciem. Ciche dobro bywa mało widowiskowe, łatwo je przeoczyć, ale to ono często daje realną ulgę i pozwala iść dalej z mniejszym ciężarem.
UsuńInteresujące. Ja zdefiniowałem swoje życie jako walkę, ale bardziej ze swoimi lękami, słabościami czy niewłaściwym spojrzeniem na świat. Staram się pracować nad sobą.
OdpowiedzUsuńInni odgrywają wprawdzie rolę w tej walce, ale koncentruję się na ich atakach. Raczej obserwuję ich zachowanie i swoją reakcję na to. Najczęściej włączają się u nich pewne mechanizmy, te mnie interesują. Nie znaczy to, że mnie nie wkurza czy boli, jak ktoś próbuje wykorzystać jakąś moją słabość. Z tym, że to trochę jak w czasie wędrówki, często jest coś tam, co przeszkadza, taka już natura rzeczy :) Czasami jest bowiem ładna pogoda i wędruje się pogodnie.
Napisałeś:
>Nie możemy pozwolić, by zazdrość, zawiść czy głupota innych ludzi decydowały o tym, jak się czujemy, co robimy i kim jesteśmy. Każdy sukces, każda chwila spokoju, każdy uśmiech jest naszym zwycięstwem – nawet jeśli ktoś tego nie dostrzega,
Myślę, że jest trochę osób, które cieszą się moimi sukcesami, tak, jak ja cieszę ich powodzeniem. Oczywiście, odczuwam czasami zazdrość, ale jest to moim zdaniem normalne. Podziwiam u wielu motywację do pracy nad sobą i staram się od nich uczyć -- na przykład w sporcie.
Ktoś kiedyś powiedział: "najlepiej porównywać się nie z innymi, ale z tym, jakim było się wczoraj".
Więc staram się koncentrować na własnych krokach. Każdy miał jakiś inny start, jest osobną indywidualnością, dlatego wolę takie porównania.
Pozdro :)
Czytając Twój komentarz, mam wrażenie dużej świadomości i spokoju w podejściu do siebie i świata. Ta „walka”, o której piszesz, brzmi bardziej jak długodystansowa praca nad własnymi reakcjami niż nieustanne starcie z otoczeniem — i to jest podejście, które ma sens. Skupienie się na mechanizmach, a nie na samych atakach, daje realną sprawczość, nawet jeśli czasem coś zaboli albo zwyczajnie wkurzy. Podoba mi się też to porównanie do wędrówki: przeszkody są wpisane w drogę, ale nie definiują całej trasy. A myśl o porównywaniu się do wczorajszego siebie jest chyba jedną z niewielu, które faktycznie pomagają i nie wypaczają obrazu. W tym wszystkim widać nie ucieczkę od emocji, tylko próbę uczciwego ich oswojenia — bez nadęcia i bez udawania, że wszystko da się mieć pod kontrolą.
OdpowiedzUsuńZgadza się. Bardzo dobrze tu ująłeś.
UsuńWędrówka, to nie zawsze wygodna podróż dorożką, ale raczej marsz na piechotę, w górach, gdzie też jakimś pojazdem nie wszędzie się zajedzie :)
Dlatego czasami bywa trudniej, szczególnie jak zła pogoda, ale z drugiej strony odwiedza się miejsca, do której nie każdy może dotrze, ze względu na rodzaj drogi :) Przemierza się polany i widzi rozległe krajobrazy. Tak, w czasie drogi nie zawsze wszystko jest pod kontrolą, na przykład pogoda. Czasami coś pójdzie nie tak i trzeba improwizować, albo po prostu iść dalej ;)
Dobrze to opisujesz i trafia do mnie ta metafora. Wędrówka z definicji zakłada wysiłek, niepewność i momenty, w których trzeba zdać się na własne decyzje, a nie na wygodne rozwiązania. I chyba właśnie w tym tkwi jej sens — że nie wszystko da się zaplanować, a mimo to idzie się dalej. Pogoda, zmęczenie, zmiana trasy uczą pokory, ale też uważności. A te miejsca, do których dociera się pieszo, zostają w pamięci na dłużej niż te „zaliczone” z okna pojazdu. Nie dlatego, że są piękniejsze, tylko dlatego, że zostały zdobyte po drodze, krok po kroku.
Usuń