Kochaj życie, powtórki nie będzie
Kochaj życie. Brzmi jak frazes z kubka kupionego na przecenie, jak hashtag pod zdjęciem zachodu słońca, jak rada od kogoś, kto nigdy nie musiał naprawdę walczyć o każdy kolejny poranek. A jednak — im dłużej żyję, im więcej widzę, im więcej tracę i odzysuję — tym bardziej rozumiem, że w tym zdaniu kryje się coś brutalnie prawdziwego. Coś niewygodnego. Coś, czego nie da się już odzobaczyć, kiedy raz się to pojmie.
Bo życie nie jest ani ładne, ani uporządkowane, ani sprawiedliwe. Nie jest też historią, która ma sens od początku do końca. To raczej chaotyczny strumień zdarzeń, decyzji, przypadków i konsekwencji, które często nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że przydarzają się właśnie tobie. I właśnie dlatego — paradoksalnie — jest jedyną rzeczą, której naprawdę warto się trzymać. Kurczowo. Bez wstydu.
Zbyt często uczono nas, że życie trzeba „ogarnąć”. Zaplanować. Ułożyć w logiczne etapy: edukacja, praca, stabilizacja, sukces, spełnienie. Jakby istniał jakiś uniwersalny scenariusz, który wystarczy poprawnie odegrać. Problem polega na tym, że ten scenariusz jest fikcją. A my — zamiast żyć — zaczynamy odgrywać role. Pracownika. Partnera. Rodzica. Człowieka sukcesu. Człowieka, który „daje radę”. I w tym całym spektaklu gdzieś po drodze gubimy siebie.
I nagle okazuje się, że dni zaczynają się zlewać w jedną, bezbarwną masę. Że czekamy na weekendy, urlopy, „lepszy moment”. Że odkładamy życie na później, jakby było czymś, co można przełożyć na dogodniejszy termin. Jakby ktoś gwarantował nam ciąg dalszy.
Nie gwarantuje.
To jest właśnie ten moment, w którym trzeba powiedzieć sobie coś bardzo niewygodnego: powtórki nie będzie. Nie dostaniesz drugiej wersji tego samego dnia. Nie poprawisz rozmowy, której nie odbyłeś. Nie cofniesz milczenia, które kosztowało cię relację. Nie odzyskasz czasu, który oddałeś rzeczom i ludziom, którzy na niego nie zasługiwali.
To nie jest motywacyjna gadka. To jest rachunek rzeczywistości.
I teraz najważniejsze pytanie — co z tym zrobisz?
Bo możesz oczywiście wzruszyć ramionami. Uznać, że „tak już jest”, że „wszyscy tak żyją”. Możesz dalej dryfować między obowiązkami a rozrywką, między zmęczeniem a chwilową ulgą. Możesz zagłuszać tę myśl kolejnymi bodźcami, ekranami, planami, które nigdy nie dochodzą do skutku.
Ale możesz też zrobić coś znacznie trudniejszego.
Możesz zacząć żyć świadomie.
To znaczy: przestać udawać, że masz nieskończony czas. Przestać odkładać decyzje, które i tak cię dopadną. Przestać godzić się na bylejakość — w relacjach, w pracy, w sposobie, w jaki traktujesz samego siebie. Możesz zacząć zadawać sobie pytania, których unikałeś, bo były niewygodne. I możesz — krok po kroku — odzyskiwać wpływ tam, gdzie go oddałeś.
Kochanie życia nie polega na ciągłym byciu szczęśliwym. To jedna z największych bzdur, jakie sprzedaje współczesna kultura. Życie nie jest od tego, żeby było przyjemne. Jest od tego, żeby było prawdziwe. A prawda bywa bolesna, nieestetyczna i daleka od instagramowych filtrów.
Kochanie życia to zgoda na całość. Na chaos, na niepewność, na porażki, na momenty, w których wszystko się sypie. To umiejętność bycia obecnym nawet wtedy, kiedy najchętniej uciekłbyś gdziekolwiek indziej. To odwaga, żeby patrzeć rzeczywistości prosto w twarz — bez upiększeń i bez iluzji.
I tak, to wymaga wysiłku. Wymaga rezygnacji z wygodnych kłamstw. Wymaga konfrontacji z własnymi wyborami, zaniedbaniami, lękami. Ale w zamian dostajesz coś, czego nie da się kupić ani odziedziczyć: autentyczne doświadczenie własnego życia.
Nie cudzego. Nie wyreżyserowanego. Nie podpowiedzianego przez algorytmy.
Twojego.
Dlatego ten tekst nie będzie o tym, jak „żyć lepiej” według jakiegoś uniwersalnego przepisu. Nie będzie listą porad ani checklistą do odhaczenia. Będzie raczej próbą brutalnie szczerego spojrzenia na to, jak żyjemy — i dlaczego tak często robimy to w sposób, który nas unieszczęśliwia.
Bo jeśli naprawdę mamy tylko jedną szansę — a wszystko wskazuje na to, że właśnie tak jest — to warto przynajmniej spróbować przeżyć ją po swojemu.
Bez powtórek. Bez dubli. Bez gwarancji happy endu.
Ale za to — do końca naprawdę.
Najtrudniejsze w tym wszystkim nie jest nawet to, że życie jest kruche. Najtrudniejsze jest to, jak bardzo nauczyliśmy się udawać, że takie nie jest.
Widzisz to wszędzie. W rozmowach, które są bardziej wymianą uprzejmości niż realnym kontaktem. W pracy, która dawno przestała mieć sens, ale wciąż „się opłaca”. W relacjach podtrzymywanych siłą rozpędu, z przyzwyczajenia, z lęku przed pustką. W codziennym „jakoś to będzie”, które w praktyce oznacza: nie mam odwagi nic zmienić.
I nie chodzi o to, żeby nagle wszystko rzucić, spalić mosty i wyjechać w Bieszczady. To kolejny romantyczny mit, który świetnie się sprzedaje, ale rzadko działa. Prawdziwa zmiana jest znacznie mniej spektakularna — i przez to dużo trudniejsza. Bo dzieje się w ciszy. W decyzjach, których nikt nie oklaskuje. W momentach, kiedy wybierasz coś inaczej niż zwykle, choć każda część ciebie krzyczy, żeby wrócić do starego schematu.
Bo schematy są bezpieczne. Nawet jeśli nas niszczą.
To jest jeden z najbardziej przewrotnych mechanizmów, jakie w sobie nosimy: potrafimy przywiązać się do tego, co nas ogranicza, tylko dlatego, że jest znajome. Wolimy przewidywalny dyskomfort niż nieznaną wolność. Wolimy narzekać niż ryzykować. Wolimy analizować niż działać.
A czas — bezczelnie — leci dalej.
Nie zatrzyma się, aż „będziesz gotowy”. Nie poczeka, aż poukładasz sobie wszystko w głowie. Nie zrobi pauzy, kiedy będziesz miał gorszy okres. On nie negocjuje. I to jest może najbardziej brutalna, ale też najbardziej oczyszczająca prawda: życie dzieje się niezależnie od twojej gotowości.
Dlatego tak łatwo wpaść w pułapkę wiecznego przygotowania. Jeszcze jeden kurs. Jeszcze trochę oszczędności. Jeszcze jeden „lepszy moment”. Jeszcze chwila, aż będę bardziej pewny siebie, bardziej stabilny, bardziej… gotowy.
Tylko że ta chwila nigdy nie przychodzi.
Bo gotowość nie jest stanem, który osiągasz. Jest decyzją, którą podejmujesz mimo braku pewności.
I to boli. Bo oznacza, że nie możesz już zrzucić odpowiedzialności na okoliczności, na innych ludzi, na „niewłaściwy czas”. Nagle okazuje się, że to ty jesteś jedyną osobą, która naprawdę decyduje o kierunku własnego życia — nawet jeśli wpływ masz ograniczony, nawet jeśli nie wszystko zależy od ciebie.
Zawsze coś zależy.
I tu pojawia się kolejny niewygodny temat: odpowiedzialność za własne wybory. Nie tę powierzchowną, deklaratywną, którą łatwo rzucić w rozmowie. Tę realną, która oznacza przyjęcie konsekwencji — także tych, które bolą, uwierają, wstydzą.
Bo prawda jest taka, że część rzeczy, które cię dziś frustrują, jest efektem decyzji, które sam podjąłeś. Część — tego, czego nie zrobiłeś. Tego, co odłożyłeś. Tego, na co się zgodziłeś, choć wewnętrznie czułeś sprzeciw.
To nie jest oskarżenie. To jest odzyskiwanie sprawczości.
Bo dopóki winny jest świat, system, inni ludzie — dopóty jesteś zakładnikiem. Kiedy zaczynasz widzieć swój udział w tym, gdzie jesteś, odzyskujesz coś bezcennego: możliwość zmiany.
Nie natychmiastowej. Nie spektakularnej. Ale realnej.
I nagle okazuje się, że życie nie musi wyglądać dokładnie tak jak teraz. Że nie wszystko jest z góry przesądzone. Że nawet drobne decyzje — te, które wydają się nieistotne — zaczynają układać się w inny kierunek.
Tyle że to wymaga uważności.
A z uważnością mamy dziś ogromny problem. Żyjemy w świecie, który zrobi wszystko, żebyś jej nie miał. Powiadomienia, scrollowanie, niekończące się treści, które mają jeden cel: utrzymać twoją uwagę jak najdłużej, ale jak najpłycej. Bo głęboka uwaga jest niebezpieczna — prowadzi do pytań. A pytania prowadzą do zmian.
Łatwiej jest być zajętym niż obecnym.
Łatwiej jest konsumować niż tworzyć.
Łatwiej jest reagować niż decydować.
I tak dzień po dniu oddajemy kawałki własnego życia w zamian za chwilową stymulację, za poczucie, że „coś się dzieje”. Tylko że to „coś” rzadko ma cokolwiek wspólnego z tym, czego naprawdę chcemy.
A czego właściwie chcesz?
To pytanie brzmi banalnie, dopóki nie spróbujesz odpowiedzieć na nie uczciwie. Bez kalkulacji. Bez patrzenia na oczekiwania innych. Bez filtrów typu „co wypada”, „co się opłaca”, „co jest rozsądne”.
Wtedy robi się cicho.
Bo okazuje się, że przez lata bardziej uczyłeś się spełniać cudze scenariusze niż pisać własny. Że wiesz, jak powinno wyglądać „dobre życie” według standardów społecznych, ale niekoniecznie wiesz, jak wygląda dobre życie dla ciebie.
I to jest moment przełomowy. Nie dlatego, że od razu znajdziesz odpowiedź. Tylko dlatego, że przestajesz udawać, że ją masz.
Od tego miejsca zaczyna się coś prawdziwego.
Nie zawsze wygodnego. Czasem samotnego. Często pełnego wątpliwości. Ale prawdziwego.
Bo kochanie życia nie polega na tym, żeby wszystko było jasne i poukładane. Polega na tym, żeby mieć odwagę iść dalej, mimo że nie jest. Żeby wybierać świadomie, nawet jeśli nie masz gwarancji, że to właściwy wybór. Żeby być w tym, co jest — zamiast ciągle uciekać w to, co było albo co „kiedyś będzie”.
Masz tylko ten moment.
Nie idealny. Nie dopracowany. Czasem chaotyczny, czasem ciężki, czasem zwyczajnie nijaki.
Ale twój.
I jeśli jest coś, co naprawdę warto zrobić, zanim to wszystko się skończy — to przestać go marnować na życie, które nawet nie jest twoje.
I w którymś momencie — nie w wielkim przełomie, nie w filmowej scenie z muzyką w tle, tylko gdzieś pomiędzy zwykłym dniem a jeszcze bardziej zwykłą nocą — zaczyna do ciebie docierać coś, czego nie da się już odwrócić: nikt nie przyjdzie, żeby przeżyć to życie za ciebie.
Nie będzie lepszego momentu. Nie będzie idealnej wersji ciebie, która nagle „ogarnie wszystko” i zacznie żyć tak, jak zawsze chciałeś. Nie wydarzy się żaden cudowny zbieg okoliczności, który poukłada rzeczy bez twojego udziału. To wszystko są opowieści, które karmią naszą bierność. Ładne, wygodne, kompletnie nieskuteczne.
Zostajesz z rzeczywistością.
Z tym, co jest.
Z tym, kim jesteś — bez filtrów, bez wersji demonstracyjnej, bez planu awaryjnego.
I to jest moment, w którym możesz zrobić coś radykalnego. Nie spektakularnego. Radykalnego w sensie uczciwości.
Możesz przestać się okłamywać.
Przestać mówić sobie, że „to jeszcze nie ten czas”, że „inni mają łatwiej”, że „tak już musi być”. Możesz przestać rozmywać odpowiedzialność w tysiącu drobnych usprawiedliwień, które brzmią rozsądnie tylko do momentu, kiedy naprawdę się im przyjrzysz.
Bo prawda jest taka: większość ograniczeń, które dziś uznajesz za niepodważalne, dawno temu została przez ciebie zaakceptowana bez walki.
I jasne — nie wszystko zależy od ciebie. Świat nie jest sprawiedliwy, punkt startowy nie jest równy, a życie potrafi przyłożyć bez ostrzeżenia. Ale między „nie mam pełnej kontroli” a „nie mam żadnej kontroli” jest ogromna różnica. I to właśnie w tej przestrzeni toczy się całe twoje życie.
Nie na Instagramie. Nie w planach. Nie w rozmowach o tym, co „kiedyś”.
Tu.
W wyborach, które podejmujesz codziennie — nawet jeśli próbujesz je zignorować.
Bo brak decyzji też jest decyzją.
Pozostanie w miejscu też jest ruchem — tylko w stronę stagnacji.
Milczenie też coś mówi — najczęściej więcej, niż byś chciał.
I możesz oczywiście dalej żyć tak, jak żyłeś. Możesz zamykać oczy, kiedy coś ci nie pasuje. Możesz przyzwyczajać się do niewygody, aż stanie się normą. Możesz minimalizować swoje potrzeby, żeby pasowały do życia, które masz — zamiast budować życie, które pasuje do ciebie.
Tylko że za to wszystko płacisz.
Nie pieniędzmi. Czasem.
Każdym dniem, który przeżywasz na pół gwizdka.
Każdą rozmową, w której nie jesteś naprawdę obecny.
Każdą decyzją podjętą ze strachu zamiast z przekonania.
I w pewnym momencie rachunek zaczyna być nie do zignorowania.
Nie przychodzi w formie jednej wielkiej katastrofy. Raczej jako ciche, uporczywe poczucie, że coś jest nie tak. Że to nie tak miało wyglądać. Że gdzieś po drodze zgubiłeś kierunek, tylko nie pamiętasz kiedy.
I wtedy masz dwa wyjścia.
Możesz to zagłuszyć — kolejną rozrywką, kolejnym zajęciem, kolejnym „nie mam teraz głowy”. To działa. Na chwilę. A potem wraca, zwykle mocniejsze.
Albo możesz się zatrzymać.
Naprawdę zatrzymać.
Nie po to, żeby wszystko natychmiast naprawić. Tylko po to, żeby w końcu zobaczyć, gdzie jesteś.
Bez narracji obronnej. Bez tłumaczeń. Bez upiększeń.
To nie jest przyjemne doświadczenie. Często jest wręcz brutalne. Ale jest konieczne, jeśli chcesz odzyskać cokolwiek, co przypomina świadome życie.
Bo dopiero kiedy przestajesz uciekać, zaczynasz widzieć wyraźnie.
A kiedy widzisz — nie możesz już udawać, że nie wiesz.
I to jest moment, w którym zaczyna się odpowiedzialność w najczystszej formie. Nie jako ciężar. Jako wybór.
Możesz dalej iść w to, co znane — nawet jeśli cię to dusi.
Albo możesz skręcić. Może nie od razu o sto osiemdziesiąt stopni. Może na początku ledwo zauważalnie. Ale wystarczająco, żeby zmienić kierunek.
I nie, to nie będzie łatwe. Będą wątpliwości. Będzie opór. Będzie pokusa, żeby wrócić do starego, bo stare — nawet jeśli złe — jest przewidywalne.
Ale z każdą decyzją podjętą świadomie coś się przesuwa.
Trochę więcej odwagi.
Trochę mniej udawania.
Trochę więcej ciebie w twoim własnym życiu.
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie o spektakularne sukcesy. Nie o idealnie poukładane życie, które dobrze wygląda z zewnątrz. Tylko o to, żebyś mógł spojrzeć na swoje dni — nawet te trudne, nawet te nieudane — i powiedzieć: to było moje.
Nie narzucone. Nie przejęte od innych. Nie przeżyte „na próbę”.
Moje.
Bo kiedy naprawdę zrozumiesz, że powtórki nie będzie, zmienia się wszystko.
Zmienia się to, na co się zgadzasz.
Zmienia się to, czego unikasz.
Zmienia się to, co jesteś gotów stracić — i to, czego wreszcie nie chcesz już tracić.
I nagle okazuje się, że życie nie musi być perfekcyjne, żeby było warte przeżycia.
Wystarczy, że jest prawdziwe.
A prawda — choć bywa niewygodna — ma jedną przewagę nad wszystkimi iluzjami świata:
pozwala ci w końcu żyć, zamiast tylko istnieć.
Bez powtórek.
Bez dubli.
Za to z pełną świadomością, że to, co robisz teraz — właśnie teraz — naprawdę ma znaczenie.

Kocham i doceniam :)
OdpowiedzUsuńI to się czuje 😊 Czasem nie trzeba nic więcej dodawać — jeśli coś trafia w punkt, to po prostu zostaje i ma znaczenie.
UsuńJakby się tak porządnie wgryźć w ten tekst, w każde zdanie, zajęłoby to co najmniej tydzień ;-)
OdpowiedzUsuńWięc tak wybiórczo zauważę odnosząc się do fragmentu: "Kochanie życia nie polega na ciągłym byciu szczęśliwym. To jedna z największych bzdur, jakie sprzedaje współczesna kultura. Życie nie jest od tego, żeby było przyjemne." Otóż uważam, więcej, jestem przekonana, że bycie szczęśliwym nie oznacza, że życie mamy przyjemne. Bycie szczęśliwym oznacza, że widzimy w nim po prostu sens nawet, jeżeli nie zawsze jest przyjemne. Nie utożsamiałabym poczucia szczęścia z przyjemnością, z przyjemnościami. Poczucie szczęścia to nie jest chwilowa euforia, tylko akceptacja sensowności naszych poczynań. I znowu, uwaga, sensowność nie jest nam dana z zewnątrz, to my sami nadajemy naszym decyzjom sens i ta sensowność nie jest uzależniona od tego, czy decyzje były dobre, czy prowadziły do dobrych, oczekiwanych rozwiązań, zmian. Można podjąć sensowną decyzję i - po ludzku doświadczyć - złych, nieprzyjemnych tego konsekwencji, ale to ani nie umniejsza jej sensowności, ani poczuciu szczęścia. No chyba że ktoś uważa, że szczęście to ciągła wycieczka all inclusive.
Zgadzam się, że szczęście wcale nie musi iść w parze z przyjemnością czy brakiem trudności. To bardziej taki wewnętrzny kompas, który pozwala nam poczuć, że nasze działania mają znaczenie i że nasze życie, mimo przeszkód, jest wartościowe. Bardzo mi się podoba Twoje rozróżnienie między chwilową euforią a poczuciem sensu – to właśnie ta głębsza akceptacja i świadomość własnych wyborów daje prawdziwe szczęście. I ta myśl, że sens nadajemy sami, niezależnie od efektów, jest tak uwalniająca – bo pozwala działać bez paraliżującego lęku przed błędem
UsuńCzasy takie, że coraz częściej staramy się zatrzymać i pomyśleć jak żyje, co robię i dlaczego? Oczywiście nie każdy. Inni pędzą po coś i nie zdają sobie z tego sprawy. Ja staram się żyć świadomie. Wiem, że mój czas tu na ziemi nie jest nieskończony. Wszystko ma swój kres. I dobre i złe rzeczy. Warto docenić życie, bo mamy tylko jedno. Trzeba je dobrze wykorzystać, żeby potem niczego nie żałować. Oczywiście popełniam błędy jak każdy, marnuje okazje, czas na zamartwianie się o byle gówno, zamiast cieszenie się tym, co mam. Jest mi szkoda tego czasu. Bardzo.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Widać, że starasz się żyć świadomie i cenić każdą chwilę, co w dzisiejszym pędzie nie jest wcale takie oczywiste. Myślę, że wielu z nas może się z tym utożsamić — ważne, że mimo popełnianych błędów potrafimy wyciągać wnioski i doceniać to, co mamy tu i teraz.
UsuńPanie Andrzeju, Pański wpis to niezwykle mocne i potrzebne przypomnienie. Często biegniemy przez życie, odkładając 'bycie szczęśliwym' na mityczne jutro, a przecież – jak Pan słusznie zauważa – ten spektakl nie ma prób generalnych. Poruszyło mnie Pana stwierdzenie, że życie trzeba po prostu kochać, z całym jego inwentarzem. W przededniu Świąt takie słowa brzmią wyjątkowo głośno i skłaniają do zatrzymania się nad tym, co naprawdę ważne. Dziękuję za tę dawkę szczerej, życiowej energii i życzę Panu, aby ta miłość do życia wracała do Pana z podwojoną siłą każdego dnia. Serdecznie pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńTo naprawdę trafne spostrzeżenie. Zgadzam się, że często gubimy się w codziennym pędzie i zapominamy o tym, co naprawdę ważne
UsuńThis is so powerful and grounding. ⚡ I love how you highlight the raw clarity of truth—uncomfortable yet liberating. That sense of living fully, without repeats or illusions, makes every moment feel significant. Your words carry a quiet urgency to embrace the present with full awareness, which is both inspiring and deeply moving.
OdpowiedzUsuńI appreciate how you captured that sense of honesty—it really does feel both challenging and freeing at the same time. That idea of being fully present, without hiding behind illusions, is something simple in theory but not easy in practice. Your take adds a lot of depth to it.
UsuńThis is strikingly profound. 🌿 I love how you capture the uncompromising power of truth—its ability to cut through illusions and make life tangible. The emphasis on the present, on the weight and importance of each moment, gives the piece a quiet intensity that lingers long after reading.
OdpowiedzUsuńI completely agree—there’s something about the way it lays bare the truth that makes you stop and really feel the moment. That quiet intensity you mention is exactly what stays with me too, long after reading. It’s a reminder of how much power there is in simply being present.
UsuńAndrzeju, dużo słów mądrych napisałeś i dużo też takich mądrych napisali inni mędrcy. Ale z tego wszystkiego ja zapamiętałam i stosuję. Żyj chwilą, dniem dzisiejszym ale za to z całych sił
OdpowiedzUsuńCoś w tym jest — im więcej się człowiek naczyta i nasłucha, tym bardziej dochodzi do takich prostych wniosków. A życie „tu i teraz” wcale nie jest takie łatwe, jak brzmi, więc jeśli komuś się to udaje choć trochę, to już naprawdę dużo
UsuńAndrzeju, niestety „nigdy nie wejdziemy dwa razy do tej samej rzeki” :(
OdpowiedzUsuńW cieple letnie wieczory, leżąc na materacu na balkonie wpatrywałam się w gwiazdy wielokrotnie zastanawiając się nad szeregiem różnych pytań.
Jakich?
Np. czy rzeczywiście nasze życie zapisane jest w gwiazdach? Czy rodziny się „bez spisanego scenariusza”, księga naszego życia jest pusta i wypełniamy ją, czy też odgrywamy wyznaczone nam, przypisane już kiedyś role? Czy, gdyby prawdą była reinkarnacja, to w jakim wcieleniu my byśmy się odrodzili? Zastawiałam się nad opinią niektórych, że jesteśmy tak naprawdę grą komputerową? Czy w naszym życiu coś dzieje się, następuje nie bez powodu, ale ma związek z czymś, co nastąpi kiedyś ta później, bliższej lub dalszej przyszłości. I wiele podobnych kwestii.
Niestety, ale życie jest piekielnie niesprawiedliwe oraz trudne. Nie oszukujmy się, jest coraz trudniej, a ludzie (zwłaszcza ci „zwykli”) mają coraz więcej problemów. Niestety, ale realizm życia sprawia, że ludzie nie mają zbyt wielu powodów do radości, poczucia prawdziwego szczęścia. Nawet, jeśli chwilę jesteś prawdziwie szczęśliwy, zaraz sprowadzi Cię na ziemie proza życia. Czasem też mam myśli, iż bardziej szczęśliwymi są ci odcięci od świata, plemiona w środku np. Amazonki nie znające naszego życia, niemające dostępu do naszych nowinek technicznych, technologicznych i newsow.
Andrzeju, niestety „nigdy nie wejdziemy dwa razy do tej samej rzeki” :(
W cieple letnie wieczory, leżąc na materacu na balkonie wpatrywałam się w gwiazdy wielokrotnie zastanawiając się nad szeregiem różnych pytań.
Jakich?
Np. czy rzeczywiście nasze życie zapisane jest w gwiazdach? Czy rodziny się „bez spisanego scenariusza”, księga naszego życia jest pusta i wypełniamy ją, czy też odgrywamy wyznaczone nam, przypisane już kiedyś role? Czy, gdyby prawdą była reinkarnacja, to w jakim wcieleniu my byśmy się odrodzili? Zastawiałam się nad opinią niektórych, że jesteśmy tak naprawdę grą komputerową? Czy w naszym życiu coś dzieje się, następuje nie bez powodu, ale ma związek z czymś, co nastąpi kiedyś ta później, bliższej lub dalszej przyszłości. I wiele podobnych kwestii.
Niestety, ale życie jest piekielnie niesprawiedliwe oraz trudne. Nie oszukujmy się, jest coraz trudniej, a ludzie (zwłaszcza ci „zwykli”) mają coraz więcej problemów. Niestety, ale realizm życia sprawia, że ludzie nie mają zbyt wielu powodów do radości, poczucia prawdziwego szczęścia. Nawet, jeśli chwilę jesteś prawdziwie szczęśliwy, zaraz sprowadzi Cię na ziemie proza życia. Czasem też mam myśli, iż bardziej szczęśliwymi są ci odcięci od świata, plemiona w środku np. Amazonki nie znające naszego życia, niemające dostępu do naszych nowinek technicznych, technologicznych i newsow.
Masz w tym wszystkim sporo racji i czuć, że to są przemyślenia, które naprawdę „przeleżały się” w głowie, a nie rzucone od tak. Te pytania o sens, przypadek i to, czy coś jest z góry zapisane, chyba prędzej czy później dopadają każdego — szczególnie w takich spokojnych momentach, kiedy człowiek zostaje sam ze sobą i myślami.
OdpowiedzUsuńCo do samego życia — bywa ciężkie, czasem wręcz absurdalnie niesprawiedliwe, i trudno temu zaprzeczyć. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że to właśnie te krótkie momenty spokoju czy zwykłej radości mają największą wartość, bo nie są dane „na stałe”. Może nie chodzi o to, żeby je zatrzymać na dłużej, tylko żeby je zauważać, kiedy się pojawiają.
A jeśli chodzi o ludzi żyjących gdzieś z dala od tego wszystkiego — pewnie mają mniej bodźców i mniej chaosu, ale też zupełnie inne wyzwania. Każdy świat ma swój ciężar, tylko inaczej rozłożony.
Ale jak byłoby przyjemniej, gdybyśmy mieli mniej problemów? Mielibyśmy mniej smutków, trosk, nie oszukujmy się, ale i więcej zdrowia więcej czasu na celebrację życia.
OdpowiedzUsuńMasz rację — mniej problemów pewnie oznaczałoby więcej spokoju i przestrzeni na to, co naprawdę daje radość. Z drugiej strony mam wrażenie, że to właśnie trudniejsze momenty sprawiają, że potrafimy bardziej docenić te dobre. Bez nich życie byłoby może łatwiejsze, ale też trochę płytsze. Ważne chyba, żeby mimo wszystko umieć łapać te chwile, które pozwalają nam się zatrzymać i po prostu cieszyć tym, co jest.
UsuńAndrzeju, powiem Ci, że ja odnoszę wrażenie, iż tej radości jest naprawdę stanowczo za mało w naszym życiu.
UsuńPozdrawiam!
Gdzieś po drodze łatwo się zatracić w codziennych obowiązkach i zapomnieć o tych drobnych rzeczach, które naprawdę potrafią poprawić nastrój. A przecież czasem wystarczy chwila luzu, trochę dystansu i od razu wszystko wygląda inaczej. Trzeba sobie o tym przypominać częściej 🙂
Usuń