Kiedy umarło w Tobie dziecko?
Czasami myślę o tym, jakby było możliwe wrócić w miejsca, które dawno przestały istnieć, do momentów, które pozornie nigdy nie miały znaczenia. A jednak mają – i to ogromne. Pamiętam tamto lato, jeszcze koniec lat osiemdziesiątych, kiedy świat wydawał się prosty, choć równocześnie tak dziwnie skomplikowany. Nie mieliśmy internetu, smartfonów, ani Instagramu, który wciągałby nas w tryby porównywania i oceny. Mieliśmy tylko siebie, nasze dziecięce pomysły i marzenia.
To wtedy zbudowaliśmy latawiec – najdłuższy, najpiękniejszy, jaki nasze małe oczy mogły zobaczyć. Nie był to zwykły kawałek papieru i drewna. Był manifestem naszej dziecięcej odwagi, próbą oswojenia świata, który zdawał się tak bardzo nas przerastać. Każdy kawałek sznurka, każdy listek, każdy kolorowy pasek materiału, który dopasowywaliśmy do ramy, był nośnikiem nadziei. Nadziei, której w świecie dorosłych zaczyna brakować.
Dziś, patrząc na tamte wspomnienia, rozumiem, że nasze działania miały głębszy sens – choć wtedy nie wiedzieliśmy, jak go nazwać. Byliśmy dziećmi, więc świat interpretowaliśmy po swojemu. Dla nas łzy dorosłych były czymś niezrozumiałym. Teraz wiem, że te łzy były wzruszeniem – wzruszeniem, które pochodziło z czystego podziwu, zachwytu i – paradoksalnie – z rozczulenia nad naszą prostotą, naszą wiarą w sens, którego w dorosłym świecie tak często brakuje.
Przez lata nauczyliśmy się krytycznie patrzeć na rzeczywistość. Nauczyliśmy się podejrzewać innych, wyczuwać drugie dno, analizować każdy gest. Nauczyliśmy się, że dobro nie zawsze istnieje samo z siebie, że zaufanie jest luksusem, a spontaniczna radość bywa niebezpieczna. Dzieci tego nie wiedzą. Dzieci kochają bez oczekiwań, wierzą bez dowodów, widzą dobro tam, gdzie dorośli dostrzegają tylko zagrożenie.
I właśnie dlatego pytam: kiedy umarło w Tobie dziecko? Kiedy przestałeś wierzyć w proste cuda, w dobro, w moc szczerego gestu? Kiedy pierwsza porażka, pierwsze rozczarowanie, pierwsze zetknięcie się ze światem dorosłych sprawiło, że przestałeś patrzeć w niebo z przekonaniem, że wszystko jest możliwe?
W tym felietonie chcę wrócić do tego momentu. Chcę przypomnieć sobie i Tobie, drogi czytelniku, co tracimy, gdy dorastamy – i co możemy odzyskać, jeśli tylko odważymy się spojrzeć na świat oczami dziecka. Opowiem o latawcu, który miał wzbić się do samego nieba, o chłopcu, który nie pogodził się ze stratą matki, o dorosłych, którzy nie rozumieli, a jednak pomogli. Ale nie tylko o tym – chcę opowiedzieć o tym, jak w dorosłości uczymy się krytyki, podejrzliwości i obojętności, i jak te mechanizmy niszczą w nas coś fundamentalnego: spontaniczność, radość i wiarę w sens.
Chcę napisać felieton, który nie będzie tylko sentymentalną opowieścią. Będzie krytycznym spojrzeniem na świat dorosłych – świata, w którym zbyt łatwo odcinamy się od własnego wewnętrznego dziecka, świata, który uczy nas obojętności wobec cudzych emocji, świata, który nagradza cynizm i osłabia wrażliwość. Ale jednocześnie będzie wołaniem o to, co najcenniejsze: o powrót do umiejętności kochania bez kalkulacji, marzenia bez granic i cieszenia się tym, co proste, choć dorosły świat każe nam wątpić w jego sens.
Bo latawiec, który kiedyś zbudowaliśmy, był czymś więcej niż zabawką. Był mostem między dzieckiem a dorosłym, między marzeniem a rzeczywistością, między stratą a nadzieją. I kiedy dziś patrzę na tamten moment, wiem jedno: jeśli w nas nie ma już dziecka, świat staje się miejscem zbyt ciężkim, zbyt cynicznym i zbyt szarym. Ale jeśli odważymy się spojrzeć w niebo – możemy wzbić się razem z nim, choćby tylko na chwilę.
I w tym właśnie tkwi siła opowieści – przypomina nam, że nawet w dorosłości możemy odzyskać coś, co w nas umarło, możemy na chwilę znów poczuć się dzieckiem.
Tamto lato było jednym z tych, które zapadają w pamięć nie dlatego, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego w sensie przygodowym, ale dlatego, że każda chwila była pełna niewypowiedzianych emocji, których dorosły świat nie potrafiłby zrozumieć. Chłopiec, którego mama odeszła za wcześnie, był jak mały wybuchający wulkan żalu, tęsknoty i nadziei. Nie wiedział jeszcze, że cierpienie dorosłych bywa ukryte, że często nosi się maskę opanowania i spokoju. On miał jedną prawdę: jego mama była gdzieś w niebie, a on chciał ją dotknąć, chociażby kartką przywiązanej do latawca.
I wtedy wchodziliśmy my – dzieci, które wbrew rozsądkowi, logice i zdrowemu rozsądkowi dorosłych, wierzyły, że wszystko jest możliwe. Chodziliśmy po wsi, pukanie do drzwi sąsiadów, pytając, czy mogą oddać nam sznurki, kawałki drewna, resztki materiału. Spotykaliśmy spojrzenia pełne niedowierzania, czasem lekki uśmiech, czasem szept: „Po co wam to wszystko? Nie ma sensu”. Ale sens istniał – nie w materialnym wymiarze, ale w tym, co niewidoczne dla dorosłych oczu. W sensie empatii, woli, miłości.
I nagle zauważyliśmy, że dorośli też zaczynają się włączać. To był moment, w którym świat dorosłych na chwilę przestał być szary i sceptyczny. Ofiarowywali nam swoje łakocie, swoje fragmenty sznurka, swój czas. I wtedy pomyślałem, że prawda o świecie nie jest taka, jaką mówią dorosłe książki i lekcje. Prawda jest ukryta w drobnych gestach, w tym, że ktoś chce nam pomóc, choć nie musi.
Chłopiec był skupiony na jednym celu: wysłać swoją miłość do mamy. Każde nasze działanie, każdy listek materiału, każda lina w lataniu latawca, były przedłużeniem jego tęsknoty. Nie mówił o tym, nie pytał o sens – po prostu działał. My też działaliśmy, bo widzieliśmy w tym sens. I wtedy dotarło do mnie, jak bardzo dzieci patrzą na świat inaczej niż dorośli. Dziecko nie pyta, dlaczego. Dziecko nie rozważa konsekwencji. Dziecko wierzy.
Pamiętam, jak patrzyliśmy, gdy latawiec wznosił się coraz wyżej. Był jak most między nami a tym, co niewidzialne, między naszą rzeczywistością a niebem, którego nie potrafimy dosięgnąć. Krzyk radości, łzy szczęścia, bicie serca – wszystko to mieszało się w jedno. Wtedy zrozumiałem, że magia dzieciństwa nie polega na braku problemów, ale na tym, że potrafimy je oswoić sercem.
A teraz spójrzmy na nas samych – dorosłych. Kiedy ostatni raz pozwoliliśmy sobie wierzyć w coś bez dowodów? Kiedy ostatni raz zrobiliśmy coś, nie analizując każdego kroku, nie zastanawiając się, czy się opłaca, czy przyniesie efekt, czy ktoś nas skrytykuje? Dorosłość przychodzi jak cichy złodziej, który zabiera spontaniczność, ciekawość i prostą wiarę w dobro. Zabiera naszą zdolność do zachwytu, do radości z małych rzeczy.
Dlatego pytanie „kiedy umarło w Tobie dziecko?” nie jest tylko retoryczne. Jest pytaniem o utracony świat, o to, co w nas zostało zduszone przez logikę, obowiązki, cynizm, strach przed zranieniem. To pytanie o to, czy jeszcze potrafimy patrzeć w niebo z przekonaniem, że coś niewidzialnego, pięknego i magicznego jest możliwe.
Chłopiec nauczył mnie też czegoś jeszcze – że strata nie musi oznaczać końca. Że nawet w żalu, w tęsknocie, w pustce po kimś, kogo kochamy, można znaleźć sens. Latawiec doleciał tam, gdzie miał dolecieć. Nie fizycznie, nie w sensie mierzalnym, ale emocjonalnie, duchowo. Bo miłość, którą nosimy w sercu, ma moc przenikania granic, które dorośli uważają za nieprzekraczalne.
Patrząc na tamto wydarzenie dzisiaj, rozumiem coś jeszcze ważniejszego: dzieciństwo nie umiera całkowicie. Ono pozostaje w nas, ukryte, czasem głęboko w zakamarkach duszy. Może spać, może być przytłoczone codziennością, rutyną, dorosłym światem. Ale gdy pozwolimy sobie na odwagę, możemy je obudzić. Możemy znów poczuć dziecięcą radość, prostą wiarę w dobro i moc marzeń.
I w tym tkwi sedno: nie chodzi o ucieczkę w nostalgię, ani o powrót do dziecięcej naiwności. Chodzi o odzyskanie części siebie, która wierzy w sens, w dobro, w możliwość wzlotu – nawet jeśli tylko metaforycznie, jak latawiec lecący ku niebu.
Bo każde z nas nosi w sobie tego chłopca lub dziewczynkę, który patrzył w niebo z nadzieją, że wszystko jest możliwe. I każde z nas może pozwolić sobie na chwilę, by ten fragment siebie ożył. Nie po to, by uciec od świata dorosłych, ale by móc go przeżywać pełniej, z większą wrażliwością, odwagą i radością.
Kiedy patrzę dziś wstecz na tamto lato, na latawiec, na łzy chłopca i na nas – dzieci, które razem budowałyśmy most między ziemią a niebem – zdaję sobie sprawę, że ta opowieść nie dotyczy tylko pojedynczego latawca czy jednego dziecka. Dotyczy nas wszystkich. Dotyczy chwili, w której przestajemy wierzyć, w której tracimy zdolność do zachwytu i prostego entuzjazmu. Dotyczy momentu, kiedy w nas umiera dziecko – nie fizycznie, nie dosłownie, ale duchowo.
Dorastanie nauczyło nas krytyki. Nauczyło ostrożności, podejrzliwości i planowania każdego kroku. Nauczyło dostrzegać zagrożenia tam, gdzie ich nie ma, i podchodzić do ludzi z dystansem. Nauczyło, że w życiu trzeba walczyć o swoje, że dobro nie istnieje samo z siebie, że marzenia często pozostają niespełnione. I chociaż te lekcje są niezbędne, zabrały nam coś fundamentalnego: umiejętność patrzenia na świat oczami dziecka.
Chcę Ci powiedzieć jedno: dziecko w Tobie nie musi umrzeć na zawsze. Ono śpi, ukryte pod warstwą rutyny, obowiązków, dorosłego cynizmu. Możesz je obudzić. Możesz pozwolić sobie na radość z drobnych rzeczy, na spontaniczny gest dobra, na wiarę w sens, nawet jeśli rozum podpowiada Ci, że to bez sensu.
Latawiec, który zbudowaliśmy, doleciał do nieba nie dlatego, że był perfekcyjny, nie dlatego, że był logicznie skonstruowany, ale dlatego, że w sercu miał prawdę. Prawdę o miłości, nadziei i odwadze. Prawdę, że to, co niewidoczne, często jest ważniejsze niż to, co materialne. Prawdę, że dzieci potrafią dotykać rzeczy, których dorośli nawet nie próbują dostrzec.
I w tym tkwi przesłanie, które chcę Ci zostawić: jeśli w dorosłości czujesz, że świat jest zbyt ciężki, że ludzie są zbyt podejrzliwi, że nadzieja jest luksusem – pamiętaj, że możesz w sobie obudzić dziecko. Możesz patrzeć na ludzi z ciekawością, a nie ze strachem. Możesz wierzyć w dobro, nawet jeśli inni już w nie nie wierzą. Możesz marzyć i działać, nawet jeśli rozum podpowiada, że to niemożliwe.
Bo każdy z nas, kiedyś, w dzieciństwie, patrzył w niebo z wiarą, że wszystko jest możliwe. I choć dorosłość stara się zdusić w nas tę wiarę, nie musi jej całkowicie zabierać. Możesz wzbić się razem z latawcem ku własnym marzeniom. Możesz przywrócić w sobie radość, wrażliwość i odwagę. Możesz jeszcze raz poczuć, że świat jest miejscem pełnym cudów – jeśli tylko pozwolisz swojemu dziecku w Tobie obudzić się i spojrzeć w niebo.
Tak więc pytam Cię: kiedy ostatni raz pozwoliłeś sobie wierzyć w niemożliwe? Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś, bo Twoje serce mówiło Ci, że tak trzeba, a nie dlatego, że kalkulowałeś korzyści? Kiedy ostatni raz wzbiłeś się w powietrze razem z latawcem, który miał dolecieć do samego nieba?
Jeśli nie pamiętasz – czas wrócić. Nie po to, by uciec od dorosłości, lecz by ją przeżyć w pełni. Bo odzyskanie swojego wewnętrznego dziecka nie jest sentymentem ani ucieczką. To jest odzyskanie zdolności kochać, marzyć, wierzyć, działać z serca. To jest odzyskanie siebie w świecie, który stara się zdusić spontaniczność i zachwyt.
Niech ten latawiec będzie w Tobie. Niech Twoje dziecko w Tobie wzbiło się w powietrze i dotknęło nieba, niezależnie od tego, co mówią dorośli. Niech przypomina Ci, że w każdej chwili możesz odzyskać wiarę w dobro, odwagę i prostą radość. Bo jeśli potrafimy jeszcze patrzeć w niebo z zachwytem, to znaczy, że nasze dzieciństwo nie umarło – i że wciąż możemy wzbić się razem z latawcem, który naprawdę doleciał do nieba.

Każdy z nas powie, że ma lub miał do niedawna w sobie wewnętrzne dziecko. Mamy je, chociażby ciesząc się z małych rzeczy, ale ja tu o tym prawdziwym dziecku teraz się wypowiem. Tym magicznym dziecku, które żyło w innym świecie.
OdpowiedzUsuńNie pamiętam dokładnie, ale miałam naście lat jak się zorientowałam, że nie potrafię się już bawić jak kiedyś. Że zwykły karton nie może być już statkiem pirackim, a liście to nie są pieniądze i zabawa w sklep nie ma sensu. Zabolało. Pamiętam dokładnie to uczucie, które mnie ogarnęło. Taki nagły żal i tęsknota, ta świadomość, że to już nie wróci. To było we mnie i nagle po prostu znikło. Tak jakby było to zapisane w kalendarzu.. nadszedł konkrety dzień i nie umiałam już być piratem. Kiedyś nie przeszkadzał mi brak kapelusza czy papugi na ramieniu. Nagle zaczęło mi to przeszkadzać bo moja dziecięca wyobraźnia przestała widzieć statek, morze i wszystkie inne atrybuty.
Jakby ktoś odciął prąd. Tak po prostu..
Ten moment, kiedy orientujesz się, że coś w Tobie przestawiło się bez pytania o zgodę. Że świat nagle przestaje być elastyczny, a zaczyna być dosłowny. I to naprawdę potrafi zaboleć, bo tracisz nie tylko zabawę, ale cały sposób patrzenia na rzeczywistość.
UsuńMyślę, że najgorsze w tym nie jest to, że przestajesz widzieć statek w kartonie, tylko że uświadamiasz sobie nieodwracalność tej zmiany. To uczucie „już nigdy tak nie będzie” potrafi uderzyć mocniej niż jakakolwiek konkretna strata. Nikt Cię na to nie przygotowuje, nie ma ceremonii przejścia, po prostu któregoś dnia coś gaśnie i zostajesz z tą ciszą.
Ale wiesz co? To, że pamiętasz to tak wyraźnie, że potrafisz o tym pisać z taką czułością, znaczy, że ta wyobraźnia nie zniknęła całkowicie. Ona może nie działa już jak wtedy, ale dalej masz w sobie zdolność do refleksji, do nadawania znaczeń, do zatrzymania się nad uczuciem sprzed lat. To też jest forma magii — tylko dojrzalsza, mniej widowiskowa.
I może nie będziesz już piratem bez kapelusza, ale nadal możesz budować swoje światy — tylko teraz z innych materiałów.
Pewnie wyjdę na dziwną, ale nie pamiętam kiedy umarło we mnie dziecko. Mam wrażenie, że wciąż nim jestem: zachwyca mnie każda mała rzecz, to że rano otwieram oczy bez względu na pogodę, to jak pada słońce na korony drzew, jak pachnie mech, że mam pracę, dzięki której mogę sobie spokojnie kupić nowe puzzle i czuję zapach kawy, którą parzę do książki. Jestem i pesymistką i introwertykiem, ale tak dużo rzeczy sprawia mi wciąż ogromną radość, że aż czasem mi wstyd...
OdpowiedzUsuńTo naprawdę piękne, co piszesz. Nie jesteś dziwna – wrażliwość i zachwyt nad drobnymi rzeczami to coś, co sprawia, że życie staje się bogatsze. Ja bym powiedział, że w Tobie po prostu wciąż mieszka dziecięca ciekawość świata, a to wcale nie jest coś, czego trzeba się wstydzić. Wręcz przeciwnie – to dar, który pozwala cieszyć się codziennością w pełni, nawet gdy jesteśmy świadomi trudów życia.
UsuńStaram się na co dzień patrzeć na życie optymistycznie. Nawet za bardzo optymistycznie. Zastanawiam się czasem, czy to szaleństwo, czy niedojrzałość, dziecinada. Ale taka doza szaleństwa pozwala realizować nawet najbardziej nierealne pomysły.
OdpowiedzUsuńMyślę, że w takim podejściu nie ma nic złego. Czasem właśnie odrobina tego „szaleństwa” sprawia, że człowiek ma odwagę zrobić coś, na co inni nawet by się nie zdecydowali. Gdyby wszyscy patrzyli tylko bardzo trzeźwo i zachowawczo, wiele ciekawych rzeczy pewnie nigdy by się nie wydarzyło. A optymizm potrafi naprawdę dużo zmienić w sposobie myślenia i działania. 🙂
Usuń- dziecko we mnie nigdy nie umarło...
OdpowiedzUsuń- dziecko we mnie umarło, ale szybko w porę zostało reanimowane...
nie wiem, które z tych stwierdzeń jest bliższe prawdy, ale to nie jest istotne, bo oznacza to samo: dziecko we mnie wciąż żyję... i wiem też, co to sprawiło... otóż mam to głównie dzięki praktyce zen...
ale zanim to rozwinę, to muszę Ci wyjaśnić /tak raczej pokrótce/, co to w ogóle jest zen... rzecz w tym, że 99 procent tego, co napisano i jest dostępne także w necie to są po prostu bzdury, bullshits i hogwash... szkoda czasu na czytanie tego... zen z pewnością nie jest religią, nie jest filozofią, tym bardziej też nie jest ideologią... co prawda zen ma pewną swoją drobną bazę teoretyczną, ale jest tak prosta, jak instrukcja używania młotka, więc wcale nie trzeba jej znać... bo zen jest tylko i wyłącznie narzędziem, tak jak ten młotek... zen, a dokładniej praktyka zen, tak jak młotek nie ma żadnego celu... ma tylko skutki uboczne... aczkolwiek wiele z nich jest z grubsza podobnych u prawie każdego, ale niekoniecznie... praktyka zen działa na umysł, robi z nim między innymi to, co ścierka robi z brudną szybą, aczkolwiek porównanie do ścierki nie jest do końca ścisłe... gdy patrzymy na świat przez ta szybę, to wiele z tego świata zasłania nam brud zalegający na tej szybie... nie widzimy tego świata takim, jaki on jest... ten brud to są skutki naszego myślenia, są to nasze opinie, oceny, poglądy, są to wszystkie iluzje, które to myślenie tworzy... dziecko powstaje w chwili urodzenia, gdy płód staje się dzieckiem... to dziecko ma czystą szybę percepcji... potem z chwili na chwilę zaczyna dorośleć, co oznacza, że jego szyba percepcji zaczyna powoli zarastać wspomnianym brudem... praktyka zen myje tą szybę, aczkolwiek nie robi tego tak inwazyjnie i radykalnie, ten brud odpada dość powoli, zaś jeśli zaczynasz się za bardzo starać, to ta ścierka przestaje działać... ale to już są kwestie techniczne... skutkiem praktyki zen jest to, że szyba jest coraz czystsza, innymi słowy zaczynami widzieć świat coraz bardziej takim, jaki jest... można też rzec, że zen odwraca proces doroślenia...
ale to jeszcze nie koniec... dziecko działa spontanicznie, bo niewiele myśli, za to dużo czuje... innymi słowy niewiele rozumuje racjonalnie, wiele zaś rozumuje intuicyjnie... gdy dziecko dorośleje, to myśli coraz więcej, ale też coraz mniej zaczyna czuć i staje się tym samym mniej spontaniczne... praktyka zen powoduje, że ten proces ulega odwróceniu... zaś człowiek staje się znowu bardziej spontaniczny...
oczywiście nie chodzi o to, aby stać się bezmyślnym, żeby wcale nie myśleć... na to akurat są inne, szybsze sposoby... myślenie /rozumowanie racjonalne/ jest jakby nie było bardzo użytecznym narzędziem, więc po co je całkiem odrzucać?... tu chodzi jedynie o wyłączenie nadmiaru myślenia... nie chodzi więc też, aby stać się dzieckiem na poziomie niemowlęcia, bo wtedy traci się samodzielność... chodzi jedynie o to, aby zaistniała pewna równowaga między używaniem myślenia i używaniem czucia /rozumowania intuicyjnego/... równowaga między byciem dzieckiem i byciem dorosłym... od dawna już jestem w tym stanie, czyli dziecko we mnie żyje... jestem o wiele bardziej spontaniczny od przeciętnego człowieka w moim dorosłym(!) wieku...
cdn, bo musiałem podzielić komentarz...
Ciekawie to opisujesz, zwłaszcza z tą „szybą percepcji”. Coś w tym jest, że z czasem człowiek obrasta w różne przekonania, nawyki myślowe i interpretacje, przez które patrzy na świat trochę jak przez filtr. Dzieci faktycznie mają w sobie większą świeżość i bezpośredniość w odbieraniu rzeczywistości.
UsuńPodoba mi się też wątek równowagi, o którym wspominasz. Nie chodzi przecież o to, żeby całkiem porzucić rozum czy analizę, tylko żeby nie pozwolić, aby wszystko było ciągle przefiltrowane przez nadmiar myśli. Intuicja i spontaniczność też mają swoje miejsce, a kiedy są w równowadze z rozsądkiem, człowiek chyba naprawdę czuje się bardziej „żywy”. 🙂
ciąg dalszy...
OdpowiedzUsuńaha, jeszcze drobiazg o samej praktyce:
instrukcja do niej brzmi bardzo prosto "po prostu siedź"... nie rób nic ze swoim umysłem, pozwól mu działać samodzielnie... na niczym się nie koncentruj, nie bloku żadnych myśli, nie walcz z nimi... umysł jest wtedy jak pokój, który ma otwarte drzwi i okna... myśli będą wchodzić nimi i wychodzić... nic z tym nie rób, po prostu nie gadaj z nimi, w końcu ich nadmiar sam odejdzie i nie wróci...
praktyka zen nie jest medytacją... co prawda nawet fachowcy, nauczyciele zen używają tego słowa, ale oni się mylą... być może ta pomyłka bierze się z zewnętrznego podobieństwa, bo przy wielu technikach medytacji człowiek siedzi tak samo... każda medytacja jest jakimś odlotem, zastąpieniem iluzji, w której umysł tkwi na co dzień... za to praktyka zen jest przylotem(!), gdyż iluzje powoli znikają i człowiek zaczyna percepować świat takim jaki on jest, postrzega ten świat jak dziecko...
po pewnym czasie regularnej praktyki człowiek dochodzi do takiego etapu rozwoju, w którym nie musi już siedzieć, aby praktykować... praktyka dzieje się podczas każdej życiowej czynności... stare powiedzonko mówi o tym tak, że "zen praktykuje się umysłem, nie tyłkiem"... ale to już się dzieje dopiero po latach praktyki... a na razie wystarczy postępować według wspomnianej już instrukcji...
p.jzns :)
Bardzo obrazowo to opisałeś, szczególnie ten motyw z otwartym pokojem i myślami, które po prostu przychodzą i odchodzą. To podejście wydaje się dużo bardziej naturalne niż ciągłe próby kontrolowania wszystkiego, co dzieje się w głowie. Czasem im bardziej człowiek próbuje coś „uciszyć”, tym bardziej to wraca.
UsuńPodoba mi się też myśl, że z czasem taka praktyka może przenikać zwykłe, codzienne czynności. Wtedy nie jest to już jakaś oddzielna „technika”, tylko raczej sposób bycia i patrzenia na rzeczywistość. Brzmi to jak coś, co wymaga sporo cierpliwości, ale jednocześnie daje dużo spokoju i dystansu do własnych myśli. 🙂 PS. ponoć to ja się rozpisuję. p.jzns :)
I kolejny Twój artykuł do przemyślenia.
OdpowiedzUsuńDaje do myślenia i pokazuje temat z trochę innej strony. Lubię takie teksty, bo zostają w głowie na dłużej i skłaniają do własnych refleksji.
UsuńA ja myślę że mam jeszcze w sobie coś z dziecka - ciekawość świata i zachwyt nad nim. Oraz pragnienie eksplorowania.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam już wiosennie ♥️
To piękne podejście. Te cechy – ciekawość, zachwyt i chęć odkrywania – naprawdę sprawiają, że życie staje się pełniejsze. Widać, że potrafisz cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać w świecie to, co wyjątkowe. Uwielbiam takie wiosenne nastawienie
Usuń