Czasami myślę o tym, jakby było możliwe wrócić w miejsca, które dawno przestały istnieć, do momentów, które pozornie nigdy nie miały znaczenia. A jednak mają – i to ogromne. Pamiętam tamto lato, jeszcze koniec lat osiemdziesiątych, kiedy świat wydawał się prosty, choć równocześnie tak dziwnie skomplikowany. Nie mieliśmy internetu, smartfonów, ani Instagramu, który wciągałby nas w tryby porównywania i oceny. Mieliśmy tylko siebie, nasze dziecięce pomysły i marzenia. To wtedy zbudowaliśmy latawiec – najdłuższy, najpiękniejszy, jaki nasze małe oczy mogły zobaczyć. Nie był to zwykły kawałek papieru i drewna. Był manifestem naszej dziecięcej odwagi, próbą oswojenia świata, który zdawał się tak bardzo nas przerastać. Każdy kawałek sznurka, każdy listek, każdy kolorowy pasek materiału, który dopasowywaliśmy do ramy, był nośnikiem nadziei. Nadziei, której w świecie dorosłych zaczyna brakować. Dziś, patrząc na tamte wspomnienia, rozumiem, że nasze działania miały głębszy sens – choć...