Recenzja Niezniszczalnych 4 2023: legenda kina akcji na krawędzi przepaści?
Są filmy, do których siada się jak do starego kumpla – z sentymentem, z lekkim uśmiechem, ale też z niepokojem, czy aby na pewno ten kumpel nadal jest sobą. „Niezniszczalni 4” to właśnie taki seans. Zanim włączyłem film, złapałem się na tym, że bardziej niż na fabułę czekałem na… emocje sprzed lat. Na ten specyficzny dreszcz, który kiedyś dawały nazwiska wyświetlane w napisach początkowych. Stallone, Statham, Lundgren, Norris – to były czasy, gdy kino akcji nie udawało niczego więcej niż było: czystej adrenaliny, mięśni, potu i wybuchów.
I właśnie z takim bagażem wszedłem w czwartą część serii. Nie jako bezkrytyczny fan, ale też nie jako cyniczny hejter. Raczej jako ktoś, kto dorastał na VHS-ach, wypożyczalniach kaset i wieczorach spędzonych przed telewizorem, gdy jeden granat potrafił zakończyć cały film, a dialogi były równie twarde jak szczęki bohaterów. „Niezniszczalni” zawsze byli hołdem dla tamtego kina – pytanie tylko, czy ten hołd nie zamienił się w autoparodię.
Już od pierwszych minut pojawia się we mnie wewnętrzny konflikt. Z jednej strony – radość z powrotu znajomych twarzy, z drugiej – świadomość, że czas jest bezlitosny nie tylko dla ludzi, ale i dla filmowych marek. Czwarta część próbuje balansować między nostalgią a próbą odświeżenia formuły: młodsze twarze, nowa dynamika, inne tempo narracji. Tylko czy da się pogodzić ducha starego kina akcji z oczekiwaniami współczesnego widza, który widział już wszystko?
Ta recenzja nie będzie ani laurką, ani bezmyślnym linczem. To raczej osobista próba odpowiedzi na pytanie, które pewnie wielu z Was zadało sobie przed seansem: czy „Niezniszczalni 4” to wciąż legenda kina akcji, czy już tylko echo dawnej chwały, stojące niebezpiecznie blisko przepaści? Usiądźcie wygodnie – bo to nie jest tylko opowieść o filmie. To także opowieść o tym, jak starzeją się nasze filmowe marzenia.
Czwarta odsłona „Niezniszczalnych” zaczyna się od tego, co fani znają i kochają: adrenaliny od pierwszych sekund, wybuchów, strzelanin i napięcia, które niemal czuje się w powietrzu. Ale już w trakcie pierwszych scen widać, że twórcy postawili na coś więcej niż powtórzenie starego przepisu. Wprowadzają młodsze pokolenie najemników, które w naturalny sposób kontrastuje ze starą gwardią – Ross, Statham, Lundgren czy Rourke to legenda, doświadczenie i ciężar tradycji, podczas gdy nowi bohaterowie wnoszą świeżość, nowoczesne techniki walki i perspektywę współczesnej akcji. Ta mieszanka generacji jest nie tylko ciekawym zabiegiem narracyjnym, ale również metaforą – pokazuje, że nawet legenda musi ewoluować, jeśli chce przetrwać w świecie, który nieustannie zmienia zasady gry.
To, co uderza w „Niezniszczalnych 4”, to sposób, w jaki film balansuje między nostalgią a nowoczesnością. Nie chodzi tu tylko o sceny walki czy spektakularne efekty specjalne, ale o charaktery postaci i ich relacje. Lee Christmas i Gina tworzą wybuchową mieszankę, której chemia jest odczuwalna na ekranie i nadaje dodatkowego wymiaru opowieści. To nie tylko akcja dla samej akcji – to historia o lojalności, odpowiedzialności i tym, co czyni z ekipy „Niezniszczalnych” prawdziwy team.
Kiedy patrzy się na walkę bohaterów, nie sposób nie zauważyć staranności w choreografii scen akcji. Każda potyczka, choć pełna dramatyzmu, jest przemyślana – widać, że twórcy nie zadowalają się jedynie szybkim montażem i efektownymi wybuchami. To walka na poziomie planowania i strategii, nawet w kontekście kina blockbusterowego. Zauważalne jest też, że film nie boi się ryzykować, wprowadzając elementy nieoczekiwane – nowe środki taktyczne, zaskakujące zwroty akcji czy sceny, które balansują na granicy kina sensacyjnego i thrillera.
Nie można pominąć emocjonalnej warstwy filmu. „Niezniszczalni 4” to nie tylko mięśnie i broń. To także opowieść o odpowiedzialności za siebie nawzajem, o tym, jak stare przyjaźnie przetrwają próbę czasu i jak nowe relacje mogą wzmocnić zespół. Widać, że twórcy świadomie zbudowali postacie tak, aby ich działania i decyzje miały wpływ nie tylko na akcję, ale i na widza – by odczuwaliśmy napięcie, radość, strach i dumę razem z bohaterami.
Ostatecznie film nie boi się też bawić własnym gatunkiem – momenty humoru, ironiczne komentarze i lekkie przekomarzania między bohaterami tworzą balans pomiędzy powagą misji a rozrywką, której oczekuje publiczność. To sprawia, że seans jest nie tylko spektaklem akcji, ale też doświadczeniem, które łączy nostalgię z świeżym spojrzeniem, intensywność z humorem i tradycję z nowoczesnością.
W tym rozwinięciu widać, że „Niezniszczalni 4” to film wielowarstwowy – akcja to tylko powierzchnia, pod którą kryją się emocje, relacje, strategia i przemyślana konstrukcja fabularna. To opowieść o legendzie, która stara się przetrwać w nowym świecie, o młodych, którzy uczą się od starszych, i o tym, że prawdziwa siła tkwi nie tylko w mięśniach, ale w jedności, inteligencji i odwadze.
Kończąc moją refleksję nad „Niezniszczalnymi 4”, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten film jest czymś więcej niż kolejnym blockbusterem pełnym wybuchów i spektakularnych walk. To przede wszystkim opowieść o przetrwaniu legendy w nowym świecie – zarówno w sensie fabularnym, jak i symbolicznym. Ross, Statham, Lundgren czy Rourke to nie tylko bohaterowie akcji; to postacie, które niosą ze sobą ciężar doświadczenia, lojalności i historii, którą fani serii poznawali przez lata. Ich obecność przypomina nam, że prawdziwe bohaterstwo nie polega wyłącznie na sile fizycznej, ale także na wytrwałości, odpowiedzialności i mądrości zdobytej w boju.
Nowe pokolenie najemników wprowadza do filmu świeżą energię, innowacyjne techniki i perspektywę współczesnej akcji, co sprawia, że „Niezniszczalni 4” stają się czymś więcej niż tylko nostalgicznym powrotem. To spotkanie tradycji z nowoczesnością, w którym stare i nowe idee koegzystują, czasem się zderzają, ale ostatecznie wzmacniają całą narrację. To w tym balansie – między doświadczeniem a młodzieńczą impulsywnością – tkwi największa siła tej części serii.
Nie sposób też nie wspomnieć o emocjonalnej warstwie filmu. Relacja Lee Christmasa i Giny to przykład, jak w kinie akcji można połączyć napięcie, humor i romantyzm, bez popadania w przesadę. To subtelny, ale znaczący element, który dodaje głębi i ludzkiego wymiaru historii, pokazując, że nawet twardzi najemnicy mają w sobie uczucia i słabości.
Patrząc na „Niezniszczalnych 4” z perspektywy widza, widzimy, że film nie boi się ryzykować, eksperymentować i odświeżać formułę, która przez lata stała się legendą. To miks akcji, strategii, humoru i emocji, który sprawia, że seans wciąga od pierwszej sceny do ostatnich napisów. To również przypomnienie, że prawdziwa siła drużyny nie tkwi w jednostkach, ale w jedności, wzajemnym wsparciu i zaufaniu – niezależnie od pokolenia, z którego się pochodzi.
Ostatecznie „Niezniszczalni 4” to film pełen energii, emocji i spektakularnych momentów, który nie tylko bawi, ale też zmusza do refleksji nad tym, co naprawdę czyni bohaterów „niezniszczalnymi”. To hołd dla klasyki kina akcji, odświeżony i dopasowany do współczesnych oczekiwań, pokazujący, że legenda może przetrwać, jeśli nie boi się zmiany, a jednocześnie pozostaje wierna swoim korzeniom.
Dla mnie osobiście „Niezniszczalni 4” to film, który daje poczucie satysfakcji, adrenaliny i nostalgii jednocześnie, przypominając, że kino akcji może być zarówno widowiskiem, jak i opowieścią o ludziach, ich wyborach i wartościach, które naprawdę się liczą. To podróż, w którą wyrusza się z bohaterami, a z której wychodzi się z poczuciem, że warto walczyć, warto ufać, warto tworzyć więzi – niezależnie od tego, jak trudna jest misja.
MOJA OCENA: 57,96%
IMDb OCENA: 4,8/10

Nie miałam okazji widzieć tej serii, ale nie jestem też pewna, czy chcę ją zobaczyć.
OdpowiedzUsuńCzasem sama świadomość tematu albo klimatu wystarcza, żeby wiedzieć, że to nie jest coś dla nas na danym etapie życia. Nie wszystko trzeba zobaczyć ani „odhaczyć”, nawet jeśli inni polecają. Każdy ma swój próg wrażliwości i swoje potrzeby — i to jest w porządku. Czasem rezygnacja jest bardziej świadomym wyborem niż ciekawość.
OdpowiedzUsuńOglądałam wszystkie części Niezniszczalnych. osobiście dobrze się na tych filmach bawiłam i nie żałuję że poświęciłam czas na ich obejrzenie :)
OdpowiedzUsuńNiektóre filmy nie muszą być ambitne, żeby sprawiały przyjemność. „Niezniszczalni” mają swój rytm i specyficzny klimat, który działa po prostu rozrywkowo. Czas spędzony przy nich nie jest zmarnowany, jeśli pozwala dobrze się bawić – w końcu o to w kinie często chodzi.
UsuńTo raczej filmowy gatunek, który ogląda bardziej mój mąż, niźli ja, więc trudno się o nim wypowiadać. Nie mniej jednak, z tego co wiem filmy cieszą się popularnością ;)
OdpowiedzUsuńCzasem trudno ocenić coś, czego się samemu nie śledzi na co dzień. Fajnie jednak, że mimo to zauważasz popularność tego gatunku i wiesz, że ma swoje grono odbiorców. Czasem warto obserwować reakcje innych — nawet jeśli samemu nie jest się fanem — bo pokazuje to, co w danym temacie przyciąga ludzi i co działa w praktyce.
UsuńDla mnie to była akurat najsłabsza część serii, acz można obejrzeć. Najlepsze zdecydowanie pierwsze dwie części, które bardzo lubię. Trzecia w miarę, choć już gorsza od dwójki i jedynki.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Twoją opinią — też mam wrażenie, że w trzeciej części czegoś zabrakło w porównaniu z dwoma pierwszymi. Nie jest to film zły, da się obejrzeć, ale brakuje temu temu „tego czegoś”, co sprawiało, że pierwsze dwie części naprawdę wciągały i zostawały w pamięci. Czasami kontynuacje po prostu nie dorastają do oryginału, choć starają się podtrzymać klimat.
OdpowiedzUsuńJa widziałam tylko dwie części i bardzo mi sie podobały. Nie wiem czy będę oglądała dalsze części. Może kiedyś spróbuję. Ciekawa jestem ostatniej cześci Johna Wicka z Keanu. Od kilku osób słyszałam, że bardzo okej, mam nadzieję, że rzeczywiście jest tak dobry jak mówią. Ostatnio dużo siedzę w japońskich produkcjach, nowszych i starszych. Nie wiem czy widziałeś filmy Rorouni Kenshin, jeśli nie to bardzo polecam. Świetnie zrobione filmy z klimatem i obsadą.
OdpowiedzUsuńTeż tak mam – czasami ciężko zdecydować się na kolejne części, zwłaszcza gdy poprzednie zrobiły dobre wrażenie. „John Wick” z Keanu podobno trzyma poziom, chociaż ja jeszcze nie obejrzałem ostatniej części. Za to „Rurouni Kenshin” znam i naprawdę warto – klimat i choreografia walk są rewelacyjne, a historia wciąga, nawet jeśli nie zna się mangi. Cieszę się, że interesujesz się różnymi produkcjami, bo często w takich mniej popularnych perełkach kryje się dużo jakości.
Usuń