„La La Land” stał się kultowym filmem XXI wieku
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem La La Land, nie spodziewałem się, że ten film wciągnie mnie w taki sposób, jak robią to nieliczne obrazy w moim kinowym życiu. Nie była to zwykła sekwencja efektów, piękne ujęcia czy chwilowe uniesienie serca przy muzyce. To było coś głębszego – poczucie, że ktoś zrozumiał moje własne marzenia, moje porażki i codzienne zmagania, a następnie przelał je na ekran w sposób, który łączy realizm z fantazją w proporcjach niemal idealnych. La La Land jest jak film, który zna naszą tęsknotę za światem, w którym wszystko byłoby możliwe, a jednak nie boi się pokazać gorzkiej prawdy, że życie nigdy nie jest całkiem bajkowe.
Nie jestem typem widza, który łatwo ulega zachwytom. Lubię kino wymagające, które prowokuje do myślenia, które zmusza do zatrzymania się nad własnym życiem i światem, który nas otacza. La La Land od pierwszej sceny robi coś niezwykłego: wciąga mnie w wir musicalu, wprowadzając mnie w tłum ludzi utkniętych w korku na autostradzie Los Angeles, którzy nagle – jakby za sprawą niewidzialnej magii – zaczynają śpiewać i tańczyć. To poczucie niemożliwego i jednocześnie absolutnie realnego wywołuje w moim umyśle falę emocji, które trudno uchwycić słowami. Jest radość, jest chaos, jest nadzieja, jest ironia – wszystko w jednym krótkim fragmencie, który trwa zaledwie kilka minut.
Mia i Sebastian – bohaterowie tej historii – stają się naszymi przewodnikami po świecie, który jest jednocześnie idealny i niedoskonały. Mia, marząca o karierze aktorskiej, pracuje w kawiarni na terenie studia filmowego, codziennie stawiając czoła odmowom na castingach. Sebastian, pianista jazzowy, który marzy o otwarciu własnego klubu, zmaga się z rzeczywistością, w której pasja i sztuka często ustępują miejsca kompromisom i kalkulacjom. To, jak Chazelle pokazuje ich codzienność, jest dla mnie najbardziej fascynujące: bohaterowie nie są nadludźmi, nie są idealni, nie mają życia wyciętego z katalogu marzeń. Są ludzcy – z wadami, lękami i ambicjami, które czasem prowadzą do kolizji.
I w tym miejscu film staje się czymś więcej niż tylko musicalem. To refleksja nad tym, jak odnaleźć siebie w świecie, który nieustannie wymaga od nas dostosowania się, gdzie marzenia kosztują, a rzeczywistość często okazuje się mniej łaskawa niż nasze wyobrażenia. Chazelle bawi się formą, wprowadza choreografie, które w naturalny sposób wyrastają z codzienności bohaterów, a jednocześnie są odskocznią od niej. To balans między iluzją a prawdą, między snem a światem, w którym żyjemy – balans, który wciąga mnie do tego stopnia, że czuję, jakbym sam brał udział w tej opowieści.
Los Angeles w La La Land nie jest tylko tłem. To miasto żyje własnym życiem, obserwuje, komentuje i w pewnym sensie kształtuje losy bohaterów. Wieczorne panoramy miasta, migoczące światła, wzgórza pozwalające spojrzeć na wszystko z dystansu – wszystko to buduje atmosferę, która pozwala zrozumieć, że marzenia w tym świecie nie są czymś oczywistym. Każde zwykłe spotkanie, każdy gest, każdy wybór ma znaczenie. I choć miasto jest miejscem, gdzie marzenia mogą się spełnić, film nie pozwala zapomnieć, że osiągnięcie ich wymaga odwagi, poświęcenia i gotowości do konfrontacji z własnymi słabościami.
To właśnie w tym balansie – między fantazją a rzeczywistością – tkwi największa siła filmu. Nie jest to kino banalne ani łatwe. Nie ma tu jednowymiarowych bohaterów ani prostych rozwiązań fabularnych. Każdy numer muzyczny, każdy taniec, każde spojrzenie aktorów – wszystko służy temu, by widz mógł poczuć, że stoi w centrum świata bohaterów. Że uczestniczy w czymś więcej niż tylko historii o miłości – że doświadcza życia, które jest zarówno piękne, jak i trudne, ulotne, a jednocześnie niezapomniane.
Patrząc z perspektywy osoby, która od lat obserwuje kino i stara się zrozumieć, co sprawia, że film pozostaje w pamięci, mogę powiedzieć jedno: La La Land jest filmem, który wciąga w sposób absolutny. To obraz, który łączy klasyczną formę musicalu z nowoczesnym spojrzeniem na świat, pokazuje ludzkie pragnienia i ograniczenia, a przy tym jest tak misternie zrealizowany, że trudno oderwać od niego wzrok. To film, który nie pozwala przejść obok siebie obojętnie – i który, niezależnie od tego, ile razy go obejrzymy, wciąż potrafi wywołać emocje równie intensywne jak przy pierwszym seansie.
Mia i Sebastian – bohaterowie tej historii – to postaci, które od pierwszych chwil filmu zyskują moją sympatię, nie dzięki spektakularnym osiągnięciom, lecz przez swoją zwyczajność i autentyczność. Mia, która dzień po dniu walczy o rolę w Hollywood, nie jest idealną, nieomylną aktorką. Jej porażki i wątpliwości są namacalnie prawdziwe – czuję je w każdej scenie, gdy wychodzi z kawiarni po kolejnym nieudanym castingu lub gdy w jej oczach widać zmęczenie marzeniami, które wciąż nie stają się rzeczywistością. Sebastian natomiast jest artystą pełnym pasji, ale też pewnej naiwności – jego idealizm wobec jazzu i sprzeciw wobec kompromisów w muzyce prowadzi do konfliktów i izolacji. Obserwowanie ich drogi jest jak oglądanie własnych marzeń i ograniczeń w lustrze: ile z tego, co chcielibyśmy osiągnąć, zależy od nas, a ile od rzeczywistości, w której żyjemy?
Co fascynujące, Chazelle nie serwuje nam tego w sposób dydaktyczny ani patetyczny. Każda scena jest zbudowana tak, że emocje bohaterów stają się naszymi emocjami. Przykładem jest scena w planetarium, gdzie Mia i Sebastian unoszą się w powietrzu podczas tańca. To nie jest tylko efekt wizualny – to moment, w którym widz może poczuć lekkość marzeń, ich ulotność i jednocześnie piękno chwili, która w rzeczywistości jest niemożliwa do powtórzenia. Osobiście poczułem wtedy mieszankę zachwytu i smutku: zachwytu nad samym pomysłem i realizacją sceny, smutku nad tym, że życie rzadko daje nam takie momenty bez ograniczeń.
Równie ważna jest muzyka, która w La La Land działa na wielu poziomach. Chazelle z jednej strony oddaje hołd klasycznym amerykańskim musicalom z lat 50. i 60., z drugiej – wprowadza elementy współczesne: jazz, swing, fragmenty popu. To połączenie tradycji z nowoczesnością jest czymś, co osobiście fascynuje mnie w tym filmie najbardziej. Każda melodia, każdy motyw powracający w różnych scenach, jest nośnikiem emocji – nie tylko tych bohaterów, ale i moich własnych, jako widza. Gdy słyszę w tle „City of Stars”, czuję zarówno nostalgię, jak i nadzieję, które idealnie współgrają z tematem filmu: marzenia, ambicje i cena, jaką płacimy za ich realizację.
Nie mogę pominąć choreografii. Chazelle od samego początku pokazuje, że nie boi się ryzyka ani skomplikowanych realizacyjnie ujęć. Początkowa sekwencja w korku na autostradzie, kręcona w jednym ujęciu, jest dowodem nie tylko perfekcji technicznej, ale też kreatywności i odwagi w opowiadaniu historii. Każdy krok, każdy gest tancerzy i statystów jest w pełni zsynchronizowany, a jednocześnie ma w sobie element spontaniczności, który sprawia, że scena wydaje się naturalna, a nie wyreżyserowana. To balans między planem artystycznym a rzeczywistością, który bardzo osobiście doceniam, bo rzadko spotyka się taki kunszt w kinie współczesnym.
Równie intrygujące jest to, jak Chazelle operuje fabułą w kontekście relacji między bohaterami. Miłość między Mią a Sebastianem nie rozwija się linearnie, nie jest idealna i nie kończy się klasycznym happy endem. To decyzje, kompromisy i ambicje zawodowe wprowadzają napięcie i często konflikt. Jako widz czuję się wtedy bliżej bohaterów niż w typowych romansach – ich radości są moje, ich porażki też. Moment, w którym po latach spotykają się ponownie, jest jednym z najbardziej przejmujących fragmentów filmu: widać w nim, że marzenia się spełniły, ale nie w formie, której byśmy oczekiwali, a cena osobistego szczęścia jest czasem wyższa, niż byśmy chcieli przyznać.
„La La Land” to również film o mieście, które jest bohaterem równorzędnym z ludźmi. Los Angeles w wykonaniu Chazelle’a nie jest tylko miejscem akcji – to żywy organizm, który oddziałuje na życie postaci, wyznacza rytm ich codzienności i nie pozwala zapomnieć, że w świecie marzeń zawsze istnieje granica między fikcją a realnym życiem. Wieczorne panoramy, wzgórza Hollywood, ulice pełne świateł i neonów – wszystko to tworzy aurę, która zachwyca wizualnie, a jednocześnie w subtelny sposób przypomina, że sukces wymaga poświęceń.
Nie mogę nie wspomnieć o ironii i subtelnym humorze, który przewija się przez film. Chazelle w mistrzowski sposób balansuje między melancholią a lekką zabawą, pokazując, że świat artystów to nie tylko romantyzm i pasja, ale też frustracja, kompromisy i absurdalne sytuacje codzienności. To element, który sprawia, że film jest w mojej ocenie tak ludzki i wiarygodny – nie boi się pokazać, że życie w Fabryce Snów bywa trudne, a marzenia nie zawsze prowadzą do szczęścia w formie, jaką sobie wyobrażamy.
Patrząc na całość – fabułę, muzykę, choreografię, wizualną warstwę, grę aktorską – „La La Land” jawi się jako dzieło niezwykle dopracowane, które w sposób nieoczywisty łączy klasykę z nowoczesnością, realizm z magią, smutek z radością. To film, który nie boi się zadawać trudnych pytań: czy warto poświęcać życie dla marzeń? Czy miłość może przetrwać, gdy ambicje zawodowe stają się priorytetem? Czy artysta może zachować swoją niezależność w świecie, który dyktuje reguły sukcesu? Jako widz czuję się wciągnięty w tę refleksję, a jednocześnie delektuję się każdym kadrem, każdą nutą, każdym gestem bohaterów.
Kiedy film dobiega końca, długo jeszcze nie opuszcza mnie uczucie, które trudno opisać jednym słowem. To mieszanka zachwytu, nostalgii i pewnej melancholii. „La La Land” nie jest bowiem tylko opowieścią o Mi i Sebastianie, o ich marzeniach i wyborach – to przede wszystkim lustro, w którym każdy widz może ujrzeć swoje własne pragnienia, kompromisy i momenty, w których życie nie układało się tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Osobiście poczułem w tym filmie coś bardzo intymnego: świadomość, że świat jest pełen możliwości, ale nie ma w nim prostych odpowiedzi ani gwarancji szczęścia.
To, co najbardziej uderza w tym zakończeniu, to jednoczesna słodycz i gorycz. Widok Mi, która osiągnęła sukces zawodowy, oraz Sebastiana prowadzącego swój klub jazzowy, wywołuje u mnie poczucie satysfakcji – ich marzenia się spełniły. Ale równocześnie pojawia się nuta smutku: ich osobista historia, ich wspólna miłość, została zawieszona w czasie, a happy end, który znamy z klasycznych opowieści, nie jest tu możliwy. To refleksja, która wciąga mnie głębiej niż większość współczesnych filmów: pokazuje, że życie jest pełne kompromisów, wyborów i nieodwracalnych konsekwencji.
Jako widz czuję, że Chazelle nie tylko opowiada historię bohaterów, ale też prowadzi dialog ze mną. Każde spojrzenie, każdy detal scenografii, każdy motyw muzyczny – wszystko jest precyzyjnie skonstruowane, by wciągnąć mnie w świat, w którym marzenia są jednocześnie możliwe i nierealne. Moment, w którym Sebastian patrzy na Mi w swoim klubie i rozbrzmiewa stary motyw muzyczny, jest jednym z najbardziej przejmujących w kinie ostatnich lat. Czuję wtedy ciężar wszystkich niewypowiedzianych słów, wszystkich utraconych okazji, wszystkich wyborów, które definiują nasze życie. I choć wiem, że w realnym świecie nie istnieje bajkowy finał, te kilka chwil pozwala mi poczuć, że piękno tkwi nie tylko w osiągnięciu celu, ale w samej drodze, w marzeniach, w emocjach, które ich realizacja wywołuje.
„La La Land” jest też dla mnie hymnem na cześć artystycznej pasji i odwagi. Sebastian i Mia pokazują, że warto walczyć o to, co kochamy, nawet jeśli cena jest wysoka. Film jest pełen subtelnych lekcji o życiu: o tym, że czasem trzeba pozwolić odejść pewnym ludziom, że marzenia wymagają cierpliwości, poświęcenia i odwagi, a nasze wybory nie zawsze prowadzą do komfortu, ale do prawdziwego spełnienia – takiego, które rodzi się w zgodzie z sobą samym.
I choć La La Land jest filmem osadzonym w świecie Hollywood, to jego przesłanie jest uniwersalne. Nie chodzi tu tylko o sukces w show-biznesie, ale o odnalezienie własnej drogi, o umiejętność docenienia chwil, które czynią życie wartościowym. To film o nadziei, nawet wtedy, gdy kończy się ona w sposób paradoksalny – pokazuje, że marzenia, miłość i pasja mają sens same w sobie, niezależnie od końcowego rezultatu.
Osobiście, wychodząc z kina, poczułem coś rzadkiego – inspirację i refleksję równocześnie. Inspirację, by nadal wierzyć w swoje marzenia, mimo przeszkód; refleksję, że każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje, które kształtują nasze życie w sposób nieprzewidywalny. To właśnie ten balans między magią a rzeczywistością czyni La La Land filmem, który zostaje w pamięci na długo, a jego przesłanie rezonuje jeszcze długo po opuszczeniu sali kinowej.
Podsumowując, „La La Land” to coś więcej niż musical, więcej niż opowieść o miłości, więcej niż hołd dla Hollywood. To osobista, ludzka historia o marzeniach, wyborach i cenie, jaką płacimy za dążenie do celu. Damien Chazelle stworzył dzieło, które jest zarówno wizualnym arcydziełem, jak i emocjonalnym doświadczeniem, pełnym refleksji nad życiem, sztuką i tym, co w nas najważniejsze. I choć każdy widz może odebrać film inaczej, dla mnie pozostaje on przypomnieniem, że warto kochać, marzyć i walczyć o swoje – nawet jeśli szczęście przychodzi w nieoczekiwanej, czasem gorzkiej formie.
„La La Land” nie jest tylko filmem. To lekcja życia, która pozostaje w sercu na długo, długo po tym, jak zgasną światła sali kinowej.
MOJA OCENA: 56,6%
IMDb OCENA: 8,0/10

Szczerze mówiąc, a raczej pisząc - nie widziałam tego filmu, ale słyszałam o nim wiele dobrego. Po twojej recenzji mam ochotę go obejrzeć.
OdpowiedzUsuńPolecam go serdecznie
UsuńTak, oglądałam ten film i jestem zauroczona nim. Wszystko w nim jest co lubię. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zawsze jestem pod urokiem przenikania się czasów, dlatego ten film będzie ze mną zawsze.
OdpowiedzUsuńZgadzam się w pełni – też mam słabość do historii, w których przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splatają się w sposób naturalny. To daje wrażenie, że film nie tylko opowiada historię, ale pozwala ją poczuć. Cieszę się, że znalazłaś w nim coś, co zostaje w pamięci na długo.
Usuńpamiętam zgiełk wokół tego filmu, gdy wkroczył na ekrany... sporo wtedy słuchałem radia jeżdżąc na rowerze i popołudniu, gdy już był przesyt tematów politycznych przez parę dni furt gadano o tym filmie... ale potem poszło jak zwykle: na świecie jest tak wiele książek, muzy, kobiet, krzaków Ziela, a także właśnie filmów, że nie sposób tego wszystkiego zaliczyć nawet przez kilka wcieleń... ważne jednak, że przypomniałeś, rzuciłeś powiew myśli, że może niegłupio jest coś z tym konkretnym przypadkiem zrobić...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Pamiętam tamten szum równie wyraźnie — przez chwilę miałem wrażenie, że każdy o tym filmie mówi, jakby to była sprawa wagi państwowej. A później, dokładnie jak piszesz, wszystko się rozmyło w codziennym natłoku rzeczy ważnych, mniej ważnych i zupełnie przypadkowych. Tyle jest tego całego „świata do obejrzenia”, że zwyczajnie nie da się być wszędzie naraz, nawet gdyby człowiek naprawdę próbował.
UsuńFajne jest jednak to, że czasem ktoś jednym zdaniem potrafi przywrócić coś do obiegu naszych własnych myśli. I nagle okazuje się, że może jednak warto poświęcić temu chwilę uwagi — nie dlatego, że wszyscy o tym mówili, ale dlatego, że akurat w tym momencie jakoś to w nas rezonuje.
Dobry impuls, dzięki.
p.jzns :)
Dzień dobry:)
OdpowiedzUsuńLala oglądałam dawno dawno... i oczywiście 6 oscarow nie może się mylić. A Twoja recenzja to potwierdza.
Dzień dobry :)
UsuńTeż mam tak, że do niektórych filmów wraca się bardziej pamięcią niż konkretnymi scenami — i choć czas mija, to zostaje wrażenie, że coś w nich „zagrało” właściwie. Oscary to jedno, ale czasem dopiero czyjaś recenzja albo spokojna refleksja po latach przypomina, dlaczego ten film faktycznie zrobił swoje.
Fajnie, że wspólne odczucia potwierdzają, że to nie był tylko chwilowy zachwyt, ale coś, co naprawdę miało w sobie sens.
Nie widziałam jeszcze, bo przyznam, że zbytni zgiełk wokół filmu trochę mnie zniechęca...
OdpowiedzUsuńCzasem właśnie ten cały zgiełk działa odwrotnie, zamiast zachęcić. Bywa tak, że gdy coś jest „wszędzie”, człowiek ma ochotę poczekać, aż kurz opadnie i obejrzeć dopiero wtedy, kiedy może wyrobić sobie własne zdanie, bez presji zachwytów czy krytyki innych.
UsuńMoże przyjdzie odpowiedni moment, kiedy film sam „zapuka” — spokojniej, bez hałasu. I wtedy obejrzysz go na swoich zasadach, co zwykle daje najlepszy efekt.
Gdzieś u mnie leży na płycie kupionej jako dodatek do czasopisma, ale schowałam w dobrym miejscu. W końcu się znajdzie albo prędzej na streamingu obejrzę, bo tyle dobrych opinii słyszałam.
OdpowiedzUsuńTeż mam kilka takich płyt „odłożonych na później” i zwykle odnajdują się wtedy, kiedy już przestaję ich szukać. A jeśli nie, to rzeczywiście streaming jest dziś najprostszą drogą — zwłaszcza gdy wokół jakiegoś tytułu robi się tyle szumu, że aż głupio go dalej odkładać. Najważniejsze, że ciekawość została — prędzej czy później i tak po ten film sięgniesz, niezależnie od tego, czy z półki, czy z sieci.
UsuńO "La la land" oczywiście słyszałam, jednak do tej pory żadna pozytywna opinia nie była w stanie mnie zaciągnąć przed ekran. Oglądanie musicali mnie męczy niestety :(
OdpowiedzUsuńRozumiem Cię — musical też nie jest moim pierwszym wyborem i zwykle muszę się do nich trochę zmuszać. „La La Land” długo omijałem z dokładnie tego samego powodu. Ale kiedy już się przełamałem, okazało się, że to bardziej film o wyborach i konsekwencjach niż typowy „śpiewany” seans. Muzyka jest tam dodatkiem, a nie celem samym w sobie.
UsuńNie namawiam na siłę, bo jeśli coś Cię męczy, to żadna opinia tego nie zmieni. Ale jeśli kiedyś trafisz na wieczór, w którym szukasz czegoś spokojniejszego, z ładnymi kadrami i odrobiną nostalgii — może warto dać mu szansę. Ja sam widziałem go w kinie trzy razy, w telewizji pewnie pięć albo sześć, a jutro wpadnie mi jeszcze wersja na DVD. I dalej mnie nie nuży, co samo w sobie jest dla mnie zaskakujące.
A jak nie, to nic na siłę — są filmy, które po prostu nie są dla każdego, i to też jest w porządku.
Wnioskuję, że to wspaniały musical. Chętnie bym obejrzała :)
OdpowiedzUsuńPolecam :)
UsuńOglądałam ten film/musical już jakiś czas temu. Przyznam się, że nie jestem wielką fankom produkcji w tym gatunku, choć mam takie do których wracam, jak choćby "Skrzypek na dachu".
OdpowiedzUsuńPonieważ miałam okazję recenzować ten film, pozwolę sobie przytoczyć fragment mojego tektu, jeśli mogę ;)
"La La Land to z pewnością nie jest film, czy raczej musical idealny, ale pokazuje, mimo swego baśniowego charakteru coś, co jest wartością samą w sobie – prawdę. To opowieść o miłości ale ukazana nie w przesłodzony, cukierkowy, ale czasami w nieco przykry sposób. Reżyserowi i scenarzyście, udało się w naturalny sposób pokazać, że czasami miłość to wyrzeczenie, a życie to jeden wielki kompromis. Mimo kilku wad i przede wszystkim odgrzewania tego co już gdzieś kiedyś było, warto wrzucić ten film na listę do obejrzenia, jeśli takową macie."
Też nie jestem bezwarunkowym fanem musicali, ale są takie, które zostają w głowie nie przez piosenki, tylko przez emocje i myśli, jakie zostawiają. „La La Land” właśnie takim jest — ma swoje wady, momentami faktycznie trąci powtórką znanych motywów, ale jednocześnie mówi coś naprawdę życiowego. Bez wielkich deklaracji, raczej przez krótkie momenty, drobne decyzje, te ciche „a może inaczej nie możemy”.
UsuńTo, co napisałaś o kompromisach, mocno do mnie trafia. Bo film może być baśniowy, ale ta prawda pod spodem zostaje — że nie wszystko da się mieć naraz, a czasem najważniejsze decyzje podejmuje się nie krzykiem, tylko milczeniem.
I myślę, że właśnie dlatego warto go obejrzeć, nawet jeśli ktoś nie należy do fanów gatunku. To nie jest musical, który trzeba lubić — to historia, którą po prostu dobrze jest przeżyć.
Już 5 raz miałem to oglądać i do tej pory jeszcze nie obejrzałem.
OdpowiedzUsuńMam dokładnie tak z kilkoma filmami i książkami — niby chcę, niby odkładam na „później”, a potem mijają miesiące. Czasem to znak, że jeszcze nie ma na to właściwego momentu, a czasem po prostu życie pędzi szybciej niż nasze plany. Może w końcu przyjdzie ten dzień, kiedy włączysz i nawet nie zauważysz, że to już ten piąty raz… tylko po prostu obejrzysz do końca.
Usuń